« poprzednia | spis treści | następna »  
Bad Day L.A.
Solar

eżeli miałbym wybrać jedną osobę z naszej branży growej, którą najbardziej lubię, to z pewnością wybrałbym Americana McGee. Jego fantastyczna Alice, czy wreszcie niedawny Scrapland są dla mnie mocnymi argumentami, żeby ów pan zajął to zaszczytne miejsce. Każda z tych gier ma w sobie kropelkę, a nawet więcej geniuszu. Geniuszu, dzięki któremu chcę się w nie grać i ciężko oderwać się od naszego sprzętu. I chodź może nie wszystkie są hitami na miarę wszechczasów (patrz: Scrapland) to w każdą naprawdę fajnie pograć. Niestety gry sygnowane nazwiskiem pana McGee wychodzą dość rzadko. Dlatego też mam bardzo ważną wiadomość: American McGee powrócił z nową produkcją!

 

Miasto aniołów.

 

            „Czy wiesz, że istnieje 12,5 % szansy, że zostaniesz ofiarą ataku terrorystycznego?” takimi oto słowami rozpoczyna się gra. Zapewne to właśnie one podsunęły twórcy pomysł na tę grę. Otóż fabuła gry umiejscowiona jest w znanym wszystkim mieście Los Angeles, na które jedna po drugiej spadają najprzeróżniejsze katastrofy. Mamy więc atak terrorystyczny, inwazja zombich, trzęsienie ziemi, wojna gangów, meteoryty, atak meksykańskiej armii narodowej (nie pytajcie, ta gra jest naprawdę dziwna!). Jednym słowem masakra. My wcielamy się w niejakiego murzyna Anthony'ego. Anthony jest żulem, erotomanem, brudasem* i chamem. Jest twój. Musisz pokierować naszego bohatera tak, żeby udało mu się przeżyć w tym całym szaleństwie. Czyżby protoplasta Survivora? No, nie do końca ;)

 

Let's Rock!

 

            Nie myślcie sobie, że Anthony jest jakimś słabym, przepitym menelem, który nic nie potrafi. Jak każdy bezdomny, nasz bohater potrafi sobie radzić z gaśnicą, łomem strzelbą i innymi przedmiotami, przydatnymi w środowisku żulerskim. Podczas naszej wycieczki po Los Angeles będziemy starali się uratować własny tyłek, a także pomóc innym. A tak, będziemy bohatersko wynosić dzieci z pożarów, leczyć zombich, aby ci znów byli normalnymi ludźmi, zrobimy nawet masaż serca (dość niekonwencjonalny...) i opatrzymy ranne osoby. No cóż, takiego bohatera jak Anthony Ameryka jeszcze nie widziała. Warto zaznaczyć, że za każdy dobry uczynek (zabicie terrorysty na przykład) dostajemy uśmiechy. Im mamy ich więcej, tym przychylniejszym okiem patrzą na nas ludzie i nie uznają nas za zagrożenie.  

 

Kill, kill, KILL!

 

            Jednak nie myślcie sobie, że w tej grze chodzi jedynie o ratowanie ludzi i ogólne czynienie dobra. Bad Day LA to przede wszystkim gra akcji, więc w nasze łapki trafi całkiem sporo rzeczy służących do eksterminacji. Będziemy korzystać z łomu, strzelby, shotguna, snajperki, cążek (takich do paznokci...), a pod koniec gry dostaniemy rakietnice i będziemy mogli nieźle zaszaleć! Co ciekawe w walce nie będziemy sami. Przez całą grę kolejną do naszej drużyny dołączą Sick Kid, Juan, Britney i Sargent. Sick Kid, który na samym początku do nas dołącza to góra sześcioletni dzieciak, który wszystkie wydarzenia w grze komentuje treścią żołądkową. Juan to rodowity meksykanin, który nie rozstaje się ze swoją piłą łańcuchową. Przez większą część gry to on najbardziej pomagał mi w walce. Britney to typowa blondynka, najgorsza z pomagających nam postaci, mało odporna i słaba. Sargent, który dołącza do nas pod koniec gry to jednoręki żołnierz, najodporniejszy z całej bandy i dość skuteczny w ataku. Co do samej pomocy, przy naszym boku staje tylko jedna z postaci, między którymi możemy się dowolnie przełączać (co ciekawe w przerywnikach filmowych pokazana jest cała drużyna). W sumie cała ich rola sprowadza się do chodzenia za nami i pomagania w zabijaniu wrogów. Ich sztuczna inteligencja stoi na niezgorszym poziomie, nie zdarza im się zablokować na jakimś słupie, dosyć dobrze radzą sobie z bronią, ogólnie nie mam zastrzeżeń. Niestety nie możemy im wydawać żadnych poleceń, mamy na nich wpływ jedynie poprzez np. danie im gaśnicy, ponieważ wtedy mogą zacząć gasić pożary i leczyć zombi, jednak nie robiłem tego za często, ponieważ szczerze mówiąc nie było mi to potrzebne.

Narrenturm.                                       

 

            Ważną częścią tej gry, jest humor, którego twórcy nie poskąpili. W Bad Day LA wyśmiewany jest strach Amerykanów przed najróżniejszymi katastrofami, które z pewnością im się niedługo przydażą, archetyp superbohatera, ratującego Amerykę i jeszcze wiele innych spraw związanych z amerykanami. American Mcgee nieźle sobie pojechał. Gra jest bardzo dziwna, momentami niesmaczna, a także niepoprawna politycznie. Niektóre żart są naprawdę bardzo dobre, a niektóre były dla mnie po prostu głupie. Ale cóż, nie każdy musi mieć takie samo poczucie humoru jak twórcy gry.

 

 

 

Show must go on!

 

            Niestety gra nie jest pozbawiona wad, a największą z nich jest żywotność gry. W pewnym momencie wykonywanie dość podobnych zadań zaczyna nużyć, a jako, że gra jest liniowa nie ma się ochoty do niej wracać po raz drugi. Poza tym jest dosyć krótka, nie znając plansz przeszedłem ją w jakieś 7 godzin, co nie jest jakimś oszałamiającym wynikiem.

 

Trzynastka to ty?

 

            Oprawa graficzna zasługuje na naszą uwagę, głównie ze względu na jej komiksowość. Twórcy zastosowali technikę cell-shadingu, dzięki której całość wygląda jak interaktywny komiks. Jeżeli miałbym porównywać wygląd Bad Day LA do jakiejś innej gry, to najbliżej mu do XIII. Grafika ogólnie nie powala, ale wygląda dosyć dobrze i raczej nie ma czego się przyczepić. Jedyne co mnie irytowało, to mała liczba modeli postaci. Wśród mieszkańców Los Angeles pojawia się tylko kilka różnych rodzajów ludzi. Oczywiście nie wymagam, żeby każdy przechodzień wyglądał zupełnie inaczej, ale mogłoby ich być trochę więcej.

            Co do przerywników filmowych, te prezentują się wyśmienicie. Przede wszystkim podobało mi się pokazanie spustoszenia Los Angeles. Naprawdę wygląda to fajnie, a scena, kiedy meteoryty zaczynają rozbijać budynki utkwiła mi w pamięci i raczej tam zostanie. O udźwiękowieniu tak naprawdę nie ma co pisać. Niby wszystko jest na swoim miejscu i brzmi tak jak powinno brzmieć, niby wszystko jest na swoim miejscu i brzmi tak jak powinno, ale podczas gry tak naprawdę nie zwraca się na to uwagi.

 

Murwa kać!

 

                        Bad Day LA w wersji na PeCety miał swoją premierę w Cd-Action, dzięki czemu można tę grę dostać za niemal 15 złotych (oczywiście można dostać tę grę normalnie w sklepie). Polonizacją tej gry zajęło się dwóch redaktorów CDA: Andrzej „EGM” Sawicki, oraz Tomasz „Ghost” Matusik. Jak im się udała polonizacja? Naprawdę fantastycznie, wniosła bardzo dużo humoru do gry. Teksty w stylu „Ja tu murwa kać krwawię!”, czy „O żesz motyla noga!” są naprawdę zabawne i mogę się założyć, że dialogi są dużo zabawniejsze, niż w angielskiej wersji. Panowie z CDA podobnie jak polonizator Shreka, włożyli do gry sporo nawiązań do naszej polskiej rzeczywistości. Mamy tutaj nawiązania do polityki (Yes, yes, yes!), polskich dobranocek („A teraz drogie dzieci pocałujcie misia w...”) itp. Nie chcę wam wszystkiego opisać, ponieważ stracilibyście okazje osobistego ich poznania. Warto, panowie redaktorzy włożyli dużo serca w projekt i nie zawiedli. Szacunek!

 

Dobranoc, Los Angeles!

 

                        American McGee po raz kolejny wykonał naprawdę kawał porządnej roboty. Ta gra nie jest ponadczasowym hitem i nigdy na to miejsce nie kandydowała. Założę się, że za parę lat nikt o niej nie będzie pamiętał. Mimo to warto zagrać, bo Bad Day LA dostarcza nam sporą dawkę akcji, w humorystycznym sosie. Życzę smacznego!



GENIALNA polonizacja
humor
spora dawka akcji    ładna grafika
humor momentami niesmaczny
liniowa
po jakimś czasie nuży                            gra na jeden raz
Gatunek: akcja/TPP
Producent: Enlight Software
Dystrybutor: CD-Action
Rok produkcji: 2006
Procesor: 1,4 GHz
Pamięć RAM: 256 MB
Karta grafiki: 32 MB
System: Windows 98/2000/Me/XP

« poprzednia | spis treści | następna »