« poprzednia | spis treści | następna »  
 Przygody Blake'a odc.1
Blake zbudził się wczesnym rankiem. Na to, że był to właśnie wczesny i właśnie ranek, wskazywał dźwięk nastawionego na 6:00 radiobudzika marki Donner Wecker, który poza swoim niemieckim pochodzeniem, nie miał praktycznie żadnych wad – był różowy, pozbawiony zbędnego wyświetlacza, a w wersji Deluxe posiadał nawet radiową antenkę zakrzywioną w kształcie litery S, co pozwalało na odbieranie fal Jedynej Słusznej Stacji. Chcąc dokonać niesamowitego wyczynu powstania z łóżka, Blake zrezygnował z leżenia w pozycji bocznej ustalonej (jak zwykł to czynić po każdej popijawie) i powziął decyzję, że najpierw podniesie prawą nogę, a potem lewą, choć sam nie wiedział, po co, skoro i tak nie miał siły, by potem zwlec się z mocno wczorajszej pościeli i doczołgać do łazienki. Niemniej jednak pierwsza część misternego planu powiodła się w stu Pro-Centach, co należy tłumaczyć faktem, że Blake jak na swój zaawansowany wiek był jeszcze naprawdę Pro, oraz, że w jego prawej kieszeni mieściło się sto amerykańskich Centów, pochodzących z napiwków (bo przecież nie napadów), jakie uzyskiwał dzięki pracy barmana w lokalu „Odbita Palma”.

Inaczej rzecz się miała z nogą lewą, czego nie należy wiązać wcale z plotką, że Blake takowej kończyny nie posiadał. Bo posiadał, a nawet postał, pochodził i pobiegał – w zależności od tego, jak szybko gonili go etatowi degustatorzy drinków kiwi, którzy po piątej kolejce ulubionego trunku realizowali motto: „starość - nie radość, młodość - nie trzeźwość” i zaczynali przystawiać się do bohatera myśląc, że jest atrakcyjną blondynką z serialu „Deszczowy Parol”.

Chcąc unieść drugi ze swoich legendarnych narządów Blake napotkał na problem, którego ani on ani jego budzik marki Donner Wecker (pełniący rolę wyroczni) nie przewidzieli. Lewa noga wisiała już bowiem w powietrzu, zaopatrzona w gips i bandaż przywiązany do szpitalnego wysięgnika. „O co kaman?” – pomyślał Blake, podniecając się jednocześnie swym kaczi-akcentem oraz wspaniałą znajomością angielskiego. Skill posługiwania się popularnym lengłydżem posiadł dzięki brawurowym rozmowom z klientami „Odbitej Palmy”. Kiedy ci wpadali do lokalu krzycząc „Allah Akbar!”, Blake z właściwym sobie spokojem odprawiał ich słowami: „Hände hoch, wir haben keine Toilette!”. Nie miało to co prawda zbyt wiele wspólnego z angielskim, ale Blake zbytnio się tym nie przejmował. Bardziej martwiła go jego lewa noga, która w dalszym i jeszcze dalszym ciągu wisiała bezradnie, bezburmistrzowo i beznadziejnie na wysięgniku. Nie pomagały groźne spojrzenia, łóżkowe akrobacje oraz zaklęcia puszczane z radia podczas prognozy pogody („Zabierzcie parasole, bo dzisiaj w naszym konkursie do wygrania będzie deszcz nagród – ha, ha, żart prowadzącego!”) – ona ciągle tam wisiała i nie miała zamiaru samodzielnie opaść…

 

Blake poważnie zaniepokoił się swoją kontuzją. Na tyle poważnie, że postanowił, iż jeżeli przez trzy najbliższe minuty do jego pokoju nie przyjdzie żaden lekarz, to zadzwoni na polu…, poli…, no, w każdym razie gdzieś zadzwoni. Ale w pobliżu nie było żadnych minut, toteż chory czekał i czekał, żywiąc momentami nadzieję, że za chwilę zobaczy w drzwiach szpitalnej sali piękną, opaloną promieniami Röntgena pielęgniarkę. „Za chwilę” nastąpiło dużo później, choć można się spierać, czy nie było to nawet nieco potem. Wymarzonej pielęgniarki nadal jednak brakowało, a zamiast niej do pomieszczenia wszedł opasły doktor, który przez pięć minut mocował się ze zbyt wąskim, dwumetrowym przejściem. Prócz tego, że ukradł on Blake’owi nie trzy, a właśnie pięć jednostek czasowych, charakteryzował się równie dużą biegłością w sztuce lekarskiej. Od razu stwierdził bowiem: „Panie, masz Pan niesprawną nogę!”, po czym kilkukrotnie popukał zagipsowaną kończynę ośmiokilogramowym młotkiem, zanotował coś w swoim dzienniku i ruszył na dalszy obchód oddziału ortopedycznego, siejąc postrach wśród pozostałych trzech pacjentów (dwóch weteranów wojny w Czajnatałn oraz jednego nieszczęśnika, który przed paroma dniami spadł z dywanu na podłogę – pracował na ósmym piętrze wieżowca w hurtowni wykładzin).

Blake tymczasem zaczął kontemplować lekarską diagnozę. „Mam niesprawną nogę.” – myślał, a że szybko myślał to i dobrze pomyślał, bo noga, jak cię nie mogę, nadal wisiała w bezruchu nad łóżkiem niczym szynka na masarnianym haku. „Może tak musi być.” – wydedukował następnie, ciesząc się jak dziecko, że wie, co znaczy „dedukować” i podziwiając samego siebie za to, iż potrafi dochodzić do tak ambitnych wniosków, jak zrozumienie, że skoro opatrzona kończyna znajduje się w powietrzu, to pewnie dlatego, że tak właśnie musi być.

« poprzednia | spis treści | następna »