Miałem kiedyś
psa...
Urodziły się w połowie lutego, było ich jedenaście. Chłodna kalkulacja
i troska o zdrowie matki sprawiła, że dziewięć z nich zakończyło swój krótki
żywot już w dwa dni po urodzeniu. Cóż, można tylko być dobrej myśli i wierzyć,
iż nie czuły bólu.
Zostały, więc dwa pieski. Nie nazwane jeszcze, nie
otwierające póki co oczek, nie umiejące jeszcze chodzić. Odwiedzałem je co
dzień. Podnosiłem, przytulałem i głaskałem. Cały czas.
I w końcu nadszedł czas rozwoju. Powoli, za dnia na dzień
otwierały ślepka, powarkiwały cichutko czy próbowały szczekać. Początkowo te
próby wydawania „prawdziwych” psich dźwięków wywoływały u mnie salwy śmiechu. Z
czasem jednak przypominały one coraz bardziej to co przypominać powinny. A
pieski jak to pieski podrósłszy trochę i świata będąc ciekawe, chodziły za mną,
krok w krok, gdziekolwiek się udałem. Szarpały mnie przy tym za nogawki,
skubały ostrymi ząbkami sznurówki i zaczepiały kiedy tylko mogły. Nie
pozostawałem im jednak dłużny – szczypałem je w uszy, chwytałem za ogonki czy
ciągnąłem za futerko. Karmiłem je co dzień, bawiłem się z nimi cały czas i
opiekowałem się jak nikim innym do tej pory. Płakałem z radości widząc jak
obskakują i obszczekują moje kapcie, albo jak pętają się ojcu pod nogami
uniemożliwiając jakąkolwiek próbę ruchu. Słowem - przywiązałem się do nich
całym sercem, bo były zawsze ze mną, krzątały u boku...
Dlatego
zdziwiłem się niepomiernie gdy wróciwszy pewnego dnia ze szkoły i zawoławszy
pieski znalazłem tylko jedną „bestię”. Był pies, nie ma psa. Początkowo nie
przejąłem się tym wcale. W końcu to szczeniaki – każdy szalony, biega wszędzie,
wszystko musi obadać i obwąchać, więc na pewno kręci się gdzieś w pobliżu.
Obszukałem jednak dla pewności całą okolicę i nie mogąc go znaleźć powoli
utwierdzałem się w pewnym przekonaniu. Smutnym przekonaniu. Wszedłem wtedy do
domu i grobowym głosem zapytałem matki: Gdzie drugi pies? Zdziwiła się i
powiedziała, że jeszcze przed godziną biegał z bratem i obszczekiwał sąsiadów.
Uwierzyłem,
mimo iż nie powinienem. Warto bowiem zaznaczyć, że rodzice kiedyś już zrobili
mi niespodziankę związaną z psem. Niewesołą niespodziankę. Jak już się rzekło
powróciłem do poszukiwań. Nie przyniosły one jednak żadnego skutku. Wpadłem
wtedy do domu jak burza i niemal krzycząc kazałem matce iść ze mną. Nie powiem,
pomagała szukać, ale jedynie przez chwilę. Po paru minutach bowiem usiadła i
westchnąwszy ciężko zrezygnowana rzekła ze smutkiem: Dobrze, powiem Ci
prawdę...
Ku mej
rozpaczy okazało się, że szczeniaka zabrał pod moją nieobecność znajomy ojca.
Wściekłem się. Bardzo. Wyjąłem nóż z szuflady kuchennej i trzymając go w ręce
powiedziałem cicho matce: Do soboty widzę tego psa z powrotem.
Wtedy to
mniej więcej rozpętało się piekło. Matka wrzeszczała, ja krzyczałem – istne
pandemonium. Wybiegłem z domu dysząc ciężko. Wróciłem dopiero wieczorem. Nie odzywałem
się do nikogo, taka mała apatia. Nie byłem zły o to, że oddali mojego pupila.
Wiedziałem, iż któregoś z nich prędzej czy później ktoś go zabierze. Mnie
zezłościło podejście moich rodziców do tej sprawy. Mogli przecież pogadać
o tym ze mną, wybrać wspólnie którego psiaka oddamy. Ale nie, oni musieli oddać
go po kryjomu, robiąc przy tym ze mnie głupka mówiąc mi, iż gdzieś tu był przed
chwilą, i udając że nic nie wiedzą.
Kurwa!
*
Cóż, jest
niedziela, pogodziłem się ze stratą szczeniaka, nie chcę już żeby wracał, ale
żal odnośnie zachowania moich rodziców pozostał. Wyjętego noża nie żałuję –
taki mały pozer, ale niech wiedzą, że nie lubię robienia ze mnie głupka. Cieszę
się myślą, że pewnego dnia się odegram!