Mały Sadysta

 

Z objęć twardego snu wyrwał Małego Sadystę głos mamy wołający: Wstawaj, bo spóźnisz się do szkoły. Chłopiec usiadł w porozwalanej pościeli, przetarł pięścią oczy i pomyślał, co zrobiłby potworowi zwanemu matką, za te codzienne pobudki z miłego snu. „Taaak, wyrywanie paznokci, to byłoby to!” – stwierdził po czym pocieszony tą myślą ubrał się i poszedł do kuchni.

W radiu jak zwykle pieprzyli o polskiej gospodarce. Z odbiornika dobiegał Małego Sadystę monotonny głos jakiegoś spasłego biurokraty, który nie widzi nic prócz własnego dobra. „Pierdolony egoista” , przeszło przez myśl chłopczykowi i oczyma duszy ujrzał rozpalone cęgi, którymi rozrywałby sutki panu z radia.

Zjadłszy śniadanie, ubrał się i skierował swoje kroki na przystanek, aby wspólnie z bandą rozwrzeszczanych dzieciaków oczekiwać autobusu. „Ach, wziąłbym rózgę i wpierdolił dwadzieścia batów na gołą dupę, każdemu z tych bachorów” pomyślał z niechęcią spoglądając na przedszkolaczki krzyczące na siebie z radością.

Autobus nie nadjeżdżał, a przenikliwe zimno i ryki współtowarzyszy dzielących przystanek przyprawiały Małego Sadystę o ból głowy i drgawki. Z odrazą przywołał w myślach obraz spóźniającego się kierowcy, któremu wepchnąłby do uszu odpalone petardy. Na widok porozrywanych wybuchem małżowin i latającej wkoło krwi, uśmiechnął się do siebie i z większym entuzjazmem zaczął oczekiwać pojazdu mającego dowieźć go do szkoły.

W szkole wcale nie było lepiej. Mijający go tępi i barczyści neandertale czy ubrane i umalowane jak dziwki dziewczęta, działały mu na nerwy tak mocno, że niemal z przyjaźnią pomyślał o człowieku, który wymyślił granat odłamkowy. W jego chorym móżdżku przewijały się obrazy pakerków pozbawionych przez rozgrzany metal oka, czy szmat wijących się w przedśmiertnych konwulsjach.

Z lekkim uśmieszkiem przekroczył próg klasy i wyjął przybory niezbędne do nauki – długopis, zeszyt i książki- oraz zapewniające dobre samopoczucie – cyrkiel i nożyczki. Z półprzymkniętymi oczyma słuchał produkującej się pod tablicą, nudnej nauczycielki. Z obawy przed zaśnięciem postanowił przejrzeć swój sadystyczny zeszyt, gdzie swe chore wizje urzeczywistniał ołówkiem. Z rozczuleniem spojrzał na rysunek nauczycielki pozbawionej głowy przez drut rozciągnięty na wysokości jej szyi, czy pejzaż zza miasta ubarwiony nieznośnym kolegą wyginającym gałąź na konopnym sznurku.

„ Życie jest piękne” – powiedział sam do siebie i zwrócił się w kierunku szatni, aby przebrać się w strój sportowy przed lekcją wychowania fizycznego. Lubił w-f, bo przed zajęciami mógł zajrzeć do kanciapy ze sprzętem. Ładował swe życiowe baterie głaszcząc smukłe kije bejzbolowe i oszczepy atletyczne. Wielokrotnie widział w duszy obraz chamskiego wuefisty, ponabijanego na ostre groty oszczepów, do którego podchodził powoli z pałką opartą na barku. Oczy wystraszonego mężczyzny błyszczały ze strachu, wstrząsał  nim szloch...

Podczas gry w piłkę po używał sobie na całego, kopiąc, robiąc wślizgi i brutalnie faulując. Humor poprawiał mu się z każdym sadystycznym uczynkiem. Kiedy posłał twardą futbolówkę w twarz bramkarza, zawył z uciechy. Reszta uczniów patrzyła na  niego dziwnie, ale nie zwracał na to uwagi oddając się perwersyjnej żądzy zadawania bólu. Szczerzył zęby w uśmiechu wracając z boiska do szatni.

Po lekcjach, w świetlicy, było o wiele gorzej. Telewizor stojący w kącie ryczał niemiłosiernie, szkolna wieża stereofoniczna nadawała jakieś dudniące trzaski, a Wiedźma  Świetlicowa – jak nazywał w myślach opiekunkę świetlicy – nad niczym nie panowała. Najchętniej cisnąłby czymś ciężkim w telewizor, chwycił wieżę w obie dłonie i uderzył w łeb Wiedźmy, niszcząc dwa wkurwiające go instrumenty jednym ciosem. A potem wyjąłby nożyczki i zamknąwszy drzwi zrobiłby Armaggedon dzieciom bawiącym się wokoło.

Od tych jakże wesołych myśli wyrwał go jeden z kolegów, który dorwawszy się do nowego „Auto Świata” szarpał go za rękaw wyjąc: Widziałeś tego nowego Merca? Mały Sadysta uśmiechnął się najszerzej jak mógł po czym pochylił się ku koleżce i wyszeptał słodko: Jeszcze raz mnie dotkniesz to wypruje Ci flaki, a na twoich jelitach powieszę twoją matkę. Chłopczyk cofnął się przerażony i podniósł rękę, chcąc zawołać opiekunkę. „Nie radziłbym” , rzekł już bez uśmiechu Mały Sadysta. Chłopczyk posłusznie opuścił dłoń i wycofał się w głąb sali.

Stanie na szkolnym parkingu gdzie promienie słoneczne robią z mózgu papkę, nie jest najprzyjemniejszą rzeczą jaka mogła spotkać Małego Sadystę. Podobnie jak stojący obok osiłek i jego nieodłączna komórka, po której śmigał palcami z przerażającą prędkością, która przy każdym kliknięciu wydawała wbijające się w mózg jak wiertło, przenikliwe „piiiip”  Mały Sadysta z ochotą widziałby klęczącego osiłka z dłońmi zanurzonymi w wiadrze z kwasem. „Mmmm, ten syk, odór palonego ciała i ten ból... Dobrze Ci tak złamasie!” – wydał w myślach wyrok na komórkowca.

W drodze powrotnej znowu miał okazję poprawienia sobie humoru, dręcząc młodszych, słabszych i głupszych od siebie współpasażerów, rzucając w nich ogryzkiem jabłka i znalezionymi w kieszeni małymi kamykami. Wszelkie opory i protesty tłumił pięściami. Przez chwilę był królem... rządził wszystkimi wkoło... miał nad nimi władzę... Rozmarzył się nad tą myślą, rozciągając się na tylnym siedzeniu szkolnego autobusu.

 

***

 

Zastanówmy się w tym momencie co doprowadziło tego niespełna piętnastoletniego człowiek doprowadzić do takiego stanu? Przecież z pozoru nie wyróżnia się z tłumu rówieśników. Gdy się jednak przyjrzy mu uważniej, albo –co gorsza – zagłębi w jego psychikę, można dostać dreszczy. Skąd w nim taka ilość agresji, co wywołuje w nim tą chorą brutalność? Dlaczego każdy jego krok poprzedza ból, krew i cierpienie innych. Czemu jest taki nieludzki?

Może od dziecka miał problemy w domu? Może od maleńkości w sporą część jego życia stanowił smutek, żal, strach, a co za tym szło – ból, krew i cierpienie? Może ojciec wracając po pijaku do domu robił awantury i terroryzował jego, matkę i brata? Być może zawsze miał na plecach krwawe pręgi, na udach szramy po pasku, a policzki nieludzko wręcz obite? A może w szkole dzieci się nad nim znęcały, był odrzucony przez środowisko, może nawet wykorzystywany seksualnie? Może robiono mu krzywdę za byle co? Może dawano mu popalić za nic, ot tak, dla radości?

Niewiadomo...

 

***

 

Mały Sadysta wyszedł z autobusu trzaskając drzwiami, po czym ruszył w stronę domu. Był na ulicy sam... obok leżał zbita butelka. W tym momencie usłyszał miauczenie... Odwrócił się i zobaczył kotka, najwyżej dwutygodniowego. Mała puchata kulka – widać było, że ledwo otworzyła oczka – ruszyła chwiejnym krokiem w stronę Małego Sadysty... Chłopak uśmiechnął się złowieszczo, pochylił się, wziął kotka na ręce, i spojrzał na zbite szkło leżące u jego stóp... Zamknął oczy i potrząsnął głową...  Przytulił kotka i rzekł cicho: Kocham Cię!

 

***

 

 

Ten chory tekst, chorego bohatera i jego chorą psychikę, wymyśliła chora wyobraźnia

 

PHANTASMAGORA

phantasmagor@vp.pl