"Chodzenie"
- polemika (a raczej *prawie polemika* bo trochę zdryfowałem z tematu)
By uniknąć nieporozumień zacznę od paru informacji na swój temat, mam dwadzieścia lat i jestem sam (do ostatniej chwili chciałem napisać "samotny”, ale do tego tematu jeszcze wrócę). Zabrzmiało to trochę jak przywitanie w jakiejś grupie wsparcia, ale chciałem tylko wyjaśnić, że nie jestem sfrustrowanym gimnazjalistą, oburzonym, że ktoś śmiał wątpić w szczerość jego uczuć.
(By uniknąć nieporozumień, czerwony: -on-racjonalista-, reszta: ja)
Czytając tekst "Chodzenie" początkowo zgadzałem się z autorem. 12 latki uganiające się za chłopakami, 13 latki które dwa tygodnie nie mają chłopaka i już "nie mogą wytrzymać", to już przesada. A zwroty typu "Nie masz dziewczyny? Stary, znajdź sobie, naprawdę, musisz mieć", jakby chodziło o paszport polsatu, jak i sama koncepcja szukania parterów na siłę, nie rozumiejąc *o co w tym wszystkim chodzi* też całkowicie mi nie odpowiada.
Piszę jednak dlatego, że odnoszę wrażenie, że autor też nie rozumie *o co w tym wszystkim chodzi* i dlatego napisał swój tekst.
Edukacja dzieci opiera się głównie na podpatrywaniu zachowań starszych, dziecko uczy się mówić słuchając rodziców, czemu więc obserwując innych nie miałoby tak samo nauczyć się dobierania w pary, trzymania za ręce i całowania?
Dzieci są bardzo dobrymi obserwatorami, niestety często nie rozumieją co widzą. Pokolenie gapiące się w telenowele gdzie wszyscy *chodzą* (strasznie nie lubię nadużywać tego określenia) ze sobą i bez słów "kocham cię" nie może być mowy o porządnym odcinku. Dzieciaki chcą chodzić ze sobą "bo to takie fajne" i ich *idole* to robią a to "kocham cię" po prostu pasuje im do schematu, do roli którą znają i którą nieświadomie odgrywają, nawet jeśli nie znają znaczenia tych słów.
Poza tym samo określenie "chodzić ze sobą" jest moim zdaniem zwyczajnie dziecinne (pamiętam jak dziś te liściki o treści "czy będziesz ze mną chodzić???", eh, wspomnienia;-)) i dokładnie pasuje do takich dziecinnych *związków*. Tyle, że w większości przypadków nie widzę w tym nic złego, spacer dwójki młodych ludzi, którzy *tylko* bardzo się lubią i przy tym trzymają się za ręce, nawet jeśli mają tylko 15 lat, to piękna rzecz i basta.
Czasem jednak dzieci posuwają się za daleko przy tym powielaniu wzorców starszych i stąd ciąże w gimnazjum, ale to już patologia i nie można oceniać całego zjawiska na podstawie takich przypadków.
-on-racjonalista- napisał, że "każdy z kimś chodzi”, że w szkołach od piątej czy szóstej klasy podstawówki jest taka presja, że w gimnazjum to już absolutnie trzeba, bo inaczej "to obciach". Myślę ze mocno przesadził.
Z tego co pamiętam to w mojej klasie w podstawówce praktycznie nie było żadnych par, mówiło się o różnych sympatiach, często też nazywaliśmy to miłością (wycinanie serduszek z papieru i wrzucanie najładniejszym koleżankom do piórników:]) i naprawdę w to wierzyliśmy, że "koleżanka mi się podoba" jest jednoznaczne z tym, że ją "kocham". W gimnazjum par było raptem kilka, dwie, może trzy, i to raczej w trzeciej nie pierwszej klasie. Z czego jedna nadal jest razem, to już chyba pięć lat...
Nie można nie wspomnieć, że w wieku gimnazjalnym pojawia się jeszcze popęd płciowy, który jeszcze bardziej komplikuje sprawę, ale jak by nie kombinować to z pewnością sprawia, że zwiększa się potrzeba przebywania z przedstawicielami płci przeciwnej (przeważnie).
W liceum wszystkim jeszcze bardziej zależało żeby być z kimś, choć bez większych sukcesów, większość była sama.
"Chodzą, zrywają, znowu chodzą. I po co im to? Podobnie jak w pierwszym wypadku - wszyscy tak robią. Drogi gimnazjalisto - a co Cię wszyscy obchodzą? Musisz być taki jak wszyscy? Jeśli wszyscy poszliby skoczyć z mostu, też poszedłbyś z nimi?"
Posłużę się Twoim porównaniem, nawet jeśli nikt nie skoczyłby z tego mostu ja bym to zrobił, już w czasach gimnazjum z pewnością nie chodziło o żadną presję tylko o potrzebę.
Tak, potrzebę. Drogi -racjonalisto- bez urazy, ale to, że Ty nie odczuwasz potrzeby bliskości i czułości czy choćby pożądania, to nie znaczy, że wszyscy są tacy. Z pewnością są ludzie tacy jak Ty, jednak stwierdzenie, że wszystkim zależy tylko na akceptacji otoczenia, biorąc pod uwagę tylko swoje zdanie, jest zwyczajnie niepoważne. Akceptuję twoją decyzję i na pewnym poziomie nawet rozumiem, drażni mnie tylko, że Ty nie akceptujesz decyzji innych. Odniosłem wrażenie, że czujesz się lepszy, bo nie dotyczy Cię *cała ta zabawa*.
"A zatem, ustalmy definicję, by potem przejść do rozważań. Chodzenie to zjawisko dotyczące dwóch osób, które się kochają i spędzają ze sobą czas. Definicja teoretyczna. A od teorii do praktyki droga daleka."
Absolutnie nie zgadzam się z tą definicją, ale o tym za chwilę, zdaniem -racjonalisty-
"W większości wszystkie te pary które spotykasz się nie kochają."
I z tym chyba nawet się zgadzam, ale czy to coś złego?
Znalazłem coś takiego w encyklopedii "chodzić z kimś -o osobach odmiennej płci: utrzymywać z kimś bliskie stosunki, być czyjąś sympatią-" koniec, ani słowa o miłości, i z tym się zgadzam, uważam, że miłość "od pierwszego wejrzenia" to bzdura. Jak można kochać kogoś, kogo się nie zna? A czy jest lepszy sposób żeby poznać kogoś, kto z pewnych przyczyn nas zainteresował niż zacząć spędzać z nim więcej czasu? Czy miłość to jakiś wymóg? Obowiązek? "Tak, wy się kochacie, więc możecie się spotykać"? Kto miałby to oceniać i po co? Przebywanie razem sprawia im przyjemność, więc to robią. Moim zdaniem to nic złego.
"A zatem chodzenie to tylko gra pozorów, oszukiwanie samego siebie. Ostro to zabrzmiało? Wiem. Tylko zastanów się przez chwilę czy nie mam racji."
Zastanowiłem się, jeśli chcesz znać moje zdanie to nie masz.
Teraz czas na kilka moich subiektywnych definicji.
Czym dla mnie jest miłość?
Gdy żyje dla kogoś, nie dla siebie, gdy nie wyobrażam sobie życia bez osoby, którą kocham, gdy jej potrzeby są ważniejsze od moich, gdy jestem gotowy poświęcić dla niej absolutnie wszystko, bez zastanowienia, bo nic nie znaczy dla mnie tak wiele...
Tak rozumiem miłość...
Kocham moją przyjaciółkę. Znamy się od bardzo dawna, kocham ją i wiem, że ona kocha mnie, mówimy sobie o wszystkim, świetnie się rozumiemy, spędzamy ze sobą mnóstwo czasu i dobrze się czujemy w swoim towarzystwie, ale mimo to nie jesteśmy razem, nigdy nie byliśmy i nigdy nie będziemy, nie ma między nami "tego czegoś". Kiedyś byłem w niej niewyobrażalnie zakochany, nie mogłem przestać o niej myśleć, dwa lata jeździłem na jakieś wykłady z fizyki tylko dlatego że ona tam jeździła i mogłem dłużej z nią przebywać... Później uświadomiłem sobie, że nie mam u niej szans i zrezygnowałem. Pokochałem ją dopiero później. Powiedziałbym, że jest dla mnie jak rodzina, tylko, że tak naprawdę jest dla mnie ważniejsza...
Dla niektórych może wydać się to niejasne, ale kocham ją, tylko po prostu nie jestem w niej zakochany...
Pewnie w tym momencie wielu Czytelników krzyknęło "co?!". Uważam, że "kochać" i "zakochać się" to zupełnie inne sprawy. Jak dla mnie "zakochanie" zdewaluowało się do czegoś w rodzaju "zauroczenia". "Nie mogę przestać o niej myśleć tak się *zakochałem*","...i wtedy zobaczyłem ją, była taka piękna, od razu się *zakochałem*". Rozumiecie? Ile razy mówi się lub słyszy takie stwierdzenia? A jak często przy tym ma się na myśli miłość? Prawdziwą, odpowiedzialną, szczerą?
Chyba poważnie zboczyłem z tematu, ale może stanie się to przyczyną kolejnej polemiki:].
"No tak, jeszcze jedna sprawa. Po co komu chodzenie. Czy naprawdę jest to takie przyjemne? Mimo wielu rozważań nie znalazłem logicznego argumentu, który przekonałby mnie do tego, że warto z kimś chodzić. I to najprawdopodobniej z tego powodu nie miałem, nie mam i raczej nie będę miał dziewczyny."
"Idziesz ulicą, patrzysz, idą chłopak i dziewczyna, trzymają się za ręce. Myślisz, też bym tak chciał."
Powiedz szczerze drogi -racjonalisto-, naprawdę byś nie chciał? Rozumiem, że możesz być nieśmiały, mi też brakuje śmiałości, ale czy przyglądałeś się im kiedyś dokładniej? Jak na siebie patrzą, jak cieszą się, że mogą być razem? Jak są absolutnie pewni, że komuś na nich zależy i że jest ktoś, na kim może zależeć im? Wiedzą, że ich życie ma dla kogoś znaczenie...
Nawet tak banalne sprawy jak trzymanie kogoś za rękę, przytulenie, pocałowanie, drobne gesty zapewniające o uczuciu, trosce, zaufaniu...
Nie widzisz w tym czegoś pięknego?
Jestem sam i jest mi z tym źle, jestem samotny, nigdy nie byłem w żadnym poważnym związku, myśl "też bym tak chciał" towarzyszy mi od lat...
"Bez miłości oddech jest jak zegar, tykający..."*
Dokładnie tak, egzystencja której jedynym celem jest kontynuacja egzystencji nie ma żadnego sensu... A szczęście w miłości nadaje sens życiu jak nic innego...
Jak dla mnie to *o to w tym wszystkim chodzi* i daleki jestem od stwierdzeń "nudzi ci się to poderwij coś". Jednak dla większości ludzi mieć kogoś to absolutny priorytet, oś planów na życie... Nawet z czysto biologicznego punktu widzenia ludzie stworzeni są do życia w parach i czy Ci się to podoba czy nie, nie moglibyśmy istnieć gdyby miliony lat temu jakiś praprzodek stwierdził "po co mi to całe zamieszanie". Cieszy mnie jednak Twoja odrobina niepewności, to "raczej nie będę miał dziewczyny." zamiast "z pewnością". Nie chcę by zabrzmiało to protekcjonalnie, ale tak to już jest, że często jesteśmy o czymś przekonani a potem jedno zdarzenie całkowicie zmienia nasze poglądy. Mam nadzieję, że kiedyś spotkasz dziewczynę, z którą będziesz chciał być, nie ze względu na presję otoczenia, tylko dlatego że świat z nią przy Twoim boku będzie wydawał Ci się lepszym miejscem.
Ja wciąż szukam.
*(Cytuje z pamięci, więc nie mam pewności czy to było dokładnie tak, nie pamiętam też niestety czyje to słowa)
P.S.: To mój pierwszy tekst do Action Maga, mam nadzieję, że okaże się wystarczająco dobry by się ukazać i wystarczająco dobry by skłonić kogoś do refleksji, szczególnie autora tekstu "Chodzenie".