Strych – kraina wyobraźni
Po otrzymaniu niespodziewanego zastrzyku wolnego czasu z rozpaczą skonstatowałem, że nie wiem zupełnie, co mógłbym z nim zrobić. To taki mały paradoks – kiedy jesteś zajęty marzysz o chwili spokoju, a kiedy już ją dostaniesz nie masz pojęcia jak ją spożytkować. W tym momencie wszelkie wyjścia wydały mi się nieodpowiednie – komputer wyłączyłem jakieś 3 godziny temu, a poza tym i tak nie wiem co mógłbym z nim zrobić, wszystkie książki będące w tym czasie w moim posiadaniu były już przeczytane, a telewizji tylko jakieś tok-szoły.
Po sekundzie jednak przebłysnął w mej makówce cichutki pomysł, który niewątpliwie zostałby odrzucony przez moje mózgowe filtry logiczne, gdybym był choć trochę normalny. Jako że na szczęście wcale nie jestem, łatwo jest się domyślić, iż z lekkim wahaniem postanowiłem ów pomysł zrealizować. Jeszcze łatwiej – jak można wywnioskować z tytułu tego wspaniałego tekstu – przewidzieć co było tym pomysłem – tak, tak: postanowiłem pójść na strych!
Strych jaki jest każden widzi. Ot, pomieszczenie znajdujące się na piętrze, koniecznie zawalone różnego rodzaju śmieć... eee, skarbami. Definicja strychu (tudzież stryszku, bądź poddasza) doskonałego nakazuje także na posiadać tam sporą ilość kurzu, połamanych mebli i tym podobnych rzeczy. Ważne, aby te przedmioty porozrzucane były w sposób chaotyczny i zgoła nieprzewidywalny. Słowem – bałagan gorszy niż w burdelu.
Taki mniej więcej widok ukazał się moim modrym oczętom, kiedy przekroczyłem próg strychu. Koniec żartów, wszedłszy w jego granice zostałem zobowiązany do przestrzegania jego zasad. Teraz on rozdawał karty i na jego „stryszaną” łaskę byłem zdany.
Poszperałem trochę w stertach sprzętu elektronicznego piętrzącego się niczym Czomolungma, w rogu. Nie znalazłszy tam nic wartego uwagi – pomijając wyrwany z kablami zasilacz od mojej starej „trzysetki” (PII 300Mhz) i kilka kości ramu, również z tejże – otworzyłem przyprószoną jakimś szarym proszkiem szafę o gabarytach mogących wprawić w kompleksy Pudziana. Ku mej rozpaczy w jej wnętrzu nie kryło się żadne przejście do Narni, czy choćby nawet do Starego Parzęczewa. Srodze zawiedziony obróciłem się wkoło, aby zlokalizować kolejny cel. Omiotłem już wzrokiem poplątane wędki, sterty porozrzucanych książek, parę foteli z wystającymi sprężynami, kiedy moje spojrzenie spoczęło na obiekcie, którego w głębi duszy szukałem od początku. Plastikowa, upstrzona kolorami torba ze sklepu spożywczego. Wciśnięta była za kartony z jakimiś zabawkami z dzieciństwa (lwią część tychże kartonów zajmowały misie bez głów i/albo oczu tudzież porozbierane lalki :P), więc nic dziwnego, że nie zobaczyłem jej od razu.
***
Natychmiast wywróciłem ją do góry nogami (denkiem?) i wywaliłem wszystkie znajdujące się w niej cuda na światło żarówki. W pierwszej kolejności moja ręka ujęła zarysowaną kartę z bloku rysunkowego. „Hahaha, nie może być”, śmiałem się w głos widząc mapę jakiejś wymyślonej krainy narysowaną przed pięcioma laty, kiedy to w swej dziecięcej naiwności chciałem napisać opowiadanie fantasy. To były czasy – zakochany bezgranicznie w Harry’m Potterze, pragnąłem wymyślić coś własnego.
Niżej był dwustronnie zapisana kartka bloku technicznego, na której co cztery miesiące odrysowywałem mego żółwia, aby sprawdzić jak szybko – i czy w ogóle – rośnie. Rysunki dodatkowo wzbogacałem o moje zaobserwowania nt. zachowania pupila. Dziś cieszę się, że przeszedł mi pomysł wyjazdu na Wyspy Galapagos, w celu badania żółwi słoniowych... „Jejku, ale ja głupi byłem”, pomyślałem, zupełnie jakbym teraz nie był...
Pod nimi leżał sobie spokojnie mój plastikowy, obgryziony w prawym dolnym rogu, identyfikator – pamiątka po wyjeździe do Niemiec. Trzymając go w dłoniach przypominałem sobie wszystkie szczegóły tamtego wydarzenia. Od A do Z. Łzy napłynęły mi do oczu, w momencie wspomnienia Ailin, o zaciśniętych z wysiłku ustach próbującej wypowiedzieć moje nazwisko. „Du bist Kasperoooo... wyczyc?” Ech, było minęło...
Hmmm, a ten zabazgrany zeszyt? „O kurdę, moje pierwsze hip-hopowe rymy...Luuudzie, skąd ja się wziąłem?” Na wspomnienie tamtych tekstów do tej pory się uśmiecham...
W mordę, to mój pierwszy podręcznik do religii, jeszcze z zerówki! Buhahaha, jakie pismo. Koślawe literki stanowiłyby spore wyzwanie nawet dla Egiptologów biegłych w odcyfrowywaniu hieroglifów. A te pokolorowane rysunki ilustrujące fragmenty Biblii? Heh, do dziś nie wiem czemu mój Mojżesz miał pomarańczową brodę...
A cóż to za zawiniątko w rogu? Odwijam powoli, ostrożnie i moim oczom ukazuje się poznaczona podpisami parunastu ludzi biała koszulka, którą wziąłem na koniec szkoły podstawowej, aby zebrać kilka pamiątkowych autografów od kumpli... Te inicjały Siosia, który nie potrafił zapisać swej ksywki poprawnie – bezcenne!
Oooo, czy to aby ta sama gumka do włosów w kształcie myszy, którą zabrałem Ance? Tak, to na pewno ta sama, są jeszcze pozawijane włosy... Jej krzyk w momencie zdobywania przeze mnie tego „trofeum” pamiętam do dziś.
Ja Cię – to moje zdjęcie z pasowania na przedszkolaka! Te czerwone spodnie - nazwane przez moją mamę „sindbadkami” , bo wyglądały identycznie jak te należące do dzielnego marynarza – wzbogacone o czerwone skarpetki (!) i czerwone buty... Z premedytacją nie wspominam o tej czerwonej muszce (!!!) zawiązanej pod szyją...
Tamtego dyplomu z pierwszego w mym życiu konkursu – „Czytam i rozumiem” nie oddałbym za nic. Tym bardziej, że go wygrałem i że to na nim poznałem Karola i Sybillę, z którymi teraz uczęszczam do gimnazjum...
Siedziałem tam i wpłynąłem na suchego przestwór oceanu. Wóz nurza się w odmęty i jak łódka brodzi, wśród fali zdarzeń minionych, wśród wspomnień powodzi...
Strych opuściłem z wilgotnymi i zaczerwienionymi oczyma (naprawdę), z gorącym postanowieniem powrotu przy pierwszej nadarzającej się okazji. Najlepsze było to, że spojrzałem na zegarek i... Nie, to niemożliwe. A jednak... Bezlitosny blat, po którym ganiały się wskazówki pokazywał, że na stryszku spędziłem... 12 minut. Jestem nienormalny. Zdecydowanie!
***
Wstecz oglądał się
2007-04-14