BECZKA SOLI

 

 

                Na pewno wiesz, że z bliskimi ludźmi bywa bardzo różnie. Czasem się kogoś lubi, chociaż się z nim człowiek nie widuje. Ba, można kogoś lubić nie znając go zupełnie. Można też kogoś bardzo nie lubić nie znając go. Nie lubić i na dodatek podejrzewać, że ta druga strona podziela to uczucie. I nawet w tym nielubieniu, wbrew woli obu stron, istnieje pewne niewypowiedziane porozumienie.

 

I wiesz że nie lubiłam Cię. Albo raczej – znielubiłam.

 

                Wystarczy do tego jedna, wredna rzecz. Zazdrość. Coś co odczuwam jako nie moje, co jednak na dłuższą metę wgryza się perfidnie w umysł i ciało. Umysł mówi wtedy: ona jest fantastycznym człowiekiem, jest wszystkim czym ty nie jesteś. Ciało odmawia wtedy spokojnego snu, przyspiesza bicie serca, momentalnie rejestruje wszystko co może mieć choćby pozorny związek z nią, z Tobą. Jakby ktoś krzyczał na mnie ciągle, albo się wyśmiewał, albo gardził.

 

Zazdrość sprawia, że zaczynam podejrzewać u siebie paranoję. Jestem pewna, że zachowuję się i czuję nieracjonalnie, bezsensownie. Że wymyśliłam sobie ten problem, że nikt inny go nie dostrzega, bo on nie istnieje. Jestem pewna, że nikt o tym nie myśli. I o mnie też nie, bo skoro nie ma kontekstu, w którym na moje nieszczęście siebie widzę, to równie dobrze mogłabym nie istnieć.

 

Zazdrość. Myślę o Tobie, staram się przeniknąć Twoją osobę, ale nic o Tobie tak naprawdę nie wiem. Pozostają mi moje urojenia, moja wyobraźnia. Myślę o Tobie i jestem pewna, że Ty nigdy nie myślisz o mnie, że jesteś ponad to, że w ogóle Cię to nie obchodzi. Przecież jesteś taką świetną osobą, każdy to potwierdzi. Na pewno nie martwisz się, beztrosko cieszysz się tym co masz. Jesteś w moich oczach osobą szczęśliwą, olewającą to co wykracza poza Twoje szczęście. W tym mnie.

 

Ale myślę: czasem przeginasz, może jednak celowo mnie dręczysz? Może chcesz mnie jednak trochę kopać po kostkach? Może specjalnie wdeptujesz mnie w ziemię? Jeśli tak, to nie będę tego spokojnie znosić. Zaczynam być ciągle wkurzona na Ciebie.

 

Jesteś bezczelną, pozbawioną empatii osobą. Na dodatek doskonałą w najgorszym tego słowa znaczeniu.

 

Taki mam obraz Ciebie, gdy pierwszy raz zaczynam rozmowę.

 

 

 

 

 

Można, tak właśnie – zazdrościć komuś tego kim jest, a nie tego co ma. Zazdrościć komuś jego „być”,  zamiast jego „mieć”. A to znacznie gorsze uczucie, o wiele trudniejsze do przezwyciężenia.

 

I można doświadczyć czegoś tak niezwykłego i cudownego – być nastawionym na konfrontację z nieprzyjacielem, ale rozbić wszystkie naszykowane na tę okazję złe emocje o mur porozumienia, życzliwości i dobrej woli. Z jednej i drugiej strony.

 

Znaleźć w sobie dobre emocje.

 

I gdy nagle rodzi się w takich warunkach przyjaźń, to jest to jeszcze wspanialsze, bo właśnie z przyjacielem można dzielić to „być” i cieszyć się tym wspólnie.

 

 

 

Z tej historii biorę dla siebie co się da dobrego. Naukę o oczyszczającej konfrontacji z demonami. Albo o zniekształconym patrzeniu na ludzi, spowodowanym silnymi emocjami. I o tym, że dobro i przyjaźń może czaić się na mnie wszędzie, nawet w tych najbardziej nieprawdopodobnych zdarzeniach i momentach.

 

 

A tak najbardziej, to chciałam napisać

 

dziękuję Ci za to kim jesteś.

 

 

 

 

asztaka

asztaka@gazeta.pl