W AM 90 i 91 spoxgreq i Andrzej poruszali kwestie tolerancji. Teraz parę słów ode mnie.
(Andrzej) Ale nie uważacie, że świat trochę staje na głowie? W obecnych czasach mamy społeczne przyzwolenie na wszystkie możliwe perwersje, byle nie mówić o nich za głośno. I najśmieszniejsze jest to, że osoba mówiąca, że to wszystko obraża jej uczucia religijne, jest uważana za szerzącego ciemnotę nietolerancyjnego odszczepieńca. Zabawne, nie?
Standardy liberalnego i demokratycznego państwa oddzielają sferę prywatną od publicznej. To znaczy, że nic nikomu do wszelkich perwersji w Twoim życiu prywatnym (oczywiśnie jeśli nikogo do nich nie zmuszasz). Ale też nic nikomu do Twoich przekonań religijnych. U nas to wszystko jest pomieszane. W Polsce religijność jest stałym elementem życia publicznego i większość nie widzi problemu w tym, że wszędzie pełno jest takich "religijnych perwersji". Po ulicach maszerują jakieś procesje, uroczystości typu zakończenie roku szkolnego rozpoczyna się mszą itd. Problem pojawia się, kiedy przed publikę pchają się choćby tacy homoseksualiści w paradzie równości albo w akcji "niech nas zobaczą". Jeśli czyjeś uczucia religijne odnoszą obrażenia w wyniku zetknięcia się na forum publicznym z homoseksualizmem, to niech spada na bambus (a dokładniej do domu, niech praktykuje po kryjomu) ze swoją religijnością, która godzi w moje uczucia liberalne. Wniosek z tego dla mnie prosty: taka osoba nie ma moralnego prawa wywalać ze sfery publicznej innych i dlatego zdarza mi się pomyśleć o takich ludziach jako o "szerzących ciemnotę nietolerancyjnych odszczepieńcach". To całkiem proste - najpierw szanujmy uczucia innych, a potem domagajmy się poszanowania naszych. Jeśli są jacyś ludzie, którzy nie obnoszą się ze swoimi przekonaniami publicznie - takich ludzi rozgrzeszam ze wściekania się na parady, procesje itd. A że przeważają głosy ludzi pełnych emocji i nienawiści - z jednej i drugiej strony, to idzie to wszystko wyśmiewać. Bo nie chciałabym na poważnie stanąć w szeregu takiej demonstracji, mimo że popieram raczej cele. Ale środki nie bardzo.
Parady równości. W kontekście powyższego akapitu nie jest to dobre rozwiązanie. Upodobania seksualne nie powinny nikogo obchodzić i dlatego nie powinno być potrzeby demonstrowania. To powinno być śmieszne, demonstrować coś co jest oczywiste i nikogo publicznie nie obchodzi. Podobnie z religią, pochodzeniem, kolorem skóry... Ale czy dobrym pomysłem jest po prostu zakazać wszelkich demonstracji, które ranią czyjeś uczucia?
Wyobraźmy sobie państwo, w którym w sferze publicznej nie wolno w ogóle demonstrować orientacji seksualnej, przekonań religijnych, pochodzenia, narodowości... wszystkiego, z czego wynikać może dyskryminacja i konflikty. W szkołach zakazuje się muzułmankom noszenia chust, katolikom krzyżyków, gejom kolorowych skarpetek...
Paranoja. Wszystko może być "propagowaniem homoseksualizmu", więc zakazywać można wszystkiego. W imię ochrony uczuć innych ludzi oczywiśnie.
Więc nie zakazywać. Co robić? Starać się sprawić, żeby te kwestie były oczywiste i nikogo w sferze publicznej nie interesowały.
Demonstracje są jednak potrzebne, żeby do ludzi w ogóle dotarło, że jest jakiś problem. Wywalczyć w ten sposób coś więcej rzeczywiśnie nie bardzo się da. W momencie, kiedy do ludzi coś zaczyna docierać, walka przestaje koncentrować się na ulicy. Widocznie nie jesteśmy jeszcze na tym etapie.
(Andrzej) Smuga Cienia ma to do siebie, że cały czas się przesuwa. To co jeszcze wczoraj było niedopuszczalnie, dzisiaj jest d o p u s z c z a l n e, natomiast jutro będzie oczywiste. Postęp? Być może. Ale wypchajcie się z takim postępem.
Rozumiem, że niektórzy ludzie postrzegają tolerancję jako jakiś stały proces, totalizujący nasze życie, znoszący normy. Jako postępującą poprawność polityczną eliminującą myślenie, co jest dla kogo naprawdę słuszne. Jednak ja widzę walkę o tolerancję zupełnie inaczej, zwłaszcza że w Polsce daleko jeszcze do jej oczywistości. Tolerancja nie jest zjawiskiem dominującym.
Istnieje dylemat: co jeszcze tolerować, a czego już nie. I on moim zdaniem nie powinien nigdy zniknąć, to są pytania, na które trzeba stale odpowiadać od nowa. Co wcale nie znaczy, że trzeba iść ciągle w jednym kierunku. Ktoś powiedział "tolerancja i dialog zakłdają etyczny relatywizm". I to jest według mnie w nich najtrudniejsze i najważniejsze. Ludzie tolerancyjni to dla mnie nie to samo, co ludzie poprawni politycznie, bo poprawność polityczna zaczęła mieć wydźwięk negatywny, kojarzy się z narzucaniem siłą pewnego jedynego, słusznego punktu widzenia. Jesteśmy ludźmi tolerancyjnymi, a przez to etycznie relatywnymi. Dajemy czasem przyzwolenie, na nieetyczne naszym zdaniem zachowania, które jednak nie szkodzą pokojowi czy też nie naruszają tak podstawowych praw jak prawo do życia. Zastanawiamy się ciągle co jest dopuszczalne. Na przykład nie przyjmujemy a priori, że neonaziści to zło. Próba wprowadzania sztywnych norm jest nie tylko utopijna, ale postrzegam ją także jako pójście na łatwiznę. Z postępem jest to związane o tyle, o ile zmusza on nas do myślenia, do redefiniowania naszych przekonań. Często bładzimy, ale ludzie potrafią wyciągać wnioski z doświadczeń. To daje nadzieję, że nie zabrniemy w jakąś tragiczną pułapkę stale poszerzanego przyzwolenia na sporne etycznie kwestie. Jeśli będziemy o tym naprawdę myśleć, to zawsze zdołamy uratować zdrowe podejście do człowieka.