Jak
nie zostałem politykiem
…czyli
o tym, jak mi szambo perfumerią zapachniało
Ogólnie rządzenie jest fajne. Z taką myślą po raz pierwszy przekroczyłem próg biura partyjnego. Był, zdaje się, październik. Nie czerwony, na który się polować zwykło w filmach. Ciepły, zwyczajny. Nawet Łódź pachniała tego dnia inaczej. Nie były to może jeszcze bzy, które powinni już dawno zasadzić w centrum, ale na pewno dało się wyróżnić przyjemniejsze zapachy niż spaliny urzędowych samochodów, spieszące do kolejnych zleceń.
Namówił mnie Adam. A właściwie: powiedział mi Adam. Namawiać nie było właściwie do czego, perspektywa legitymacji partyjnej, comiesięcznych składek członkowskich i pewnie jeszcze kupy innych, fajnych rzeczy, roztoczyła się przede mną w okamgnieniu. Ja – w partii. Ja – student zwyczajny. Ja – urodzony w szpitalu miastowym, wychowany na wsi. Ja – podziwiający politycznych liderów, politycznych komentatorów i politycznych złodziei. Teraz miałem być jednym z nich.
Pierwsze spotkanie było miłe. Partyjniakom zapalają się oczka, kiedy widzą świeże mięso. Sztuk mięsa było siedem, w porywach dziewięć. Połowa (czyli cztery) ze stosunków międzynarodowych. Ja – z kulturoznawstwa. Dumny jak cholera, że dziennie i na państwowym uniwersytecie. Pogadaliśmy o tym, czemu do partii. Właściwie to po jednym zdaniu powiedzieliśmy. To było na plus, bo gadać nie potrafię, jak to jedynak.
Po pierwszym spotkaniu czas przyszedł na pierwsze zadanie. Czas był przedwyborczy, samorządy aż się prosiły o to, by je złupić i wykorzystać. Konwent naszego kandydata. Co tam naszego – mojego! Mój kandydat. Wreszcie. Fajnie mieć kandydata.
Meritum: założyłem garnitur, pomajtałem planszą z nazwiskiem kandydata, wysłuchałem zaproszonego zespołu, nie zobaczyłem partyjnego lidera, który nie doleciał na spotkanie, pożałowałem straconej soboty. A można było wrócić do domu w piątek. Tak to pierwszy raz się zezłościłem i zeźliłem na politykę. W końcu ile można być w opozycji? Dzień, dwa, no ale chyba nie tydzień cały?!
Świeże mięso w kampanii wyborczej miało dwa główne zadania. Pierwszym było roznoszenie ulotek, drugim roznoszenie gazetek. Monotematyczne? A gdzie tam. Ten dreszczyk niepewności przy zwiedzaniu niezbyt ciekawych zakątków miasta, tego nie da żaden przewidywalny sport ekstremalny.
Ulotki roznosiłem gdzieś tak ze dwie godziny, w międzyczasie rozlepiając z pięć plakatów. Gazetek się nie naroznosiłem, bo akurat ogłoszono żałobę narodową. Zaplanowana z miejscowym zdaje się że rozmachem kampania wzięła w łeb. Cały pokój wyładowany pismami propagandowymi, których już nikt nie rozniesie, bo partyjne szefostwo odgórnie zawiesiło kampanie wszelakie. Promowało to oczywiście kandydatów, którzy w wyścigu prowadzili. My, niestety, próbowaliśmy gonić. I "próbowaliśmy" jest tu zdecydowanie najwłaściwszym słowem.
Ale wróćmy na moment do pierwszej tury wyborów, które nasz – mój kandydat przegrał choć dość wyraźnie, to jednak nie na tyle, by nie liczyć się w turze drugiej. Trafiliśmy na jakieś spotkanie, poznaliśmy śmietankę polityczną miasta. Właściwie to tylko jednego Afroamerykanina, który wchodząc witał się ze wszystkimi, ale zawsze to coś. Lokalny lider zabrał głos, pochwalił zebranych za zaangażowanie, zebrani również się owym zaangażowaniem pochwalili. Następnie lokalny lider skrytykował lokalny dodatek do lokalnego (i nie tylko) lidera sprzedaży dzienników (z pominięciem tabloidów). Krytyka opierała się na zdjęciu naszego kandydata, który kilka tygodni wcześniej na tej samej fotce wyglądał normalnie, a teraz już jak trup. Polityczny trup – pomyślałem sobie. Bo i wbrew panującej atmosferze walki, grania na styku i przeciągania liny ja wiedziałem, że mój kandydat polegnie. Przewidywania sprawdziły się, tak oto po raz pierwszy poczułem gorycz politycznej porażki.
Po wyborach świat wrócił do normy. Zebrania koła akademickiego przestały już być super ważne, nasza pomoc, choć deklarowana, jakoś nie znajdywała oddźwięku w działaniach partii, która razem z inną partią stworzyła w Radzie Miasta większość. Po kilku miesiącach marazmu pojawiła się jednak inicjatywa – gazetka! To coś dla mnie – pomyślałem, po czym nie pojawiłem się na kolejnym spotkaniu. Historia pisemka potoczyła się beze mnie, za to z zawrotną prędkością. Ufni we własne siły i umiejętności młodzi redaktorzy stworzyli kilkudziesięciostronicowego molocha, który nijak nie nadawał się do druku. Kiedy zostało im to uświadomione, jak tradycyjny jeden mąż jednomyślnie (no, prawie jednomyślnie) podali się do dymisji. Do akcji wkroczyła żona owego jednego męża, przyjmując kornie uwagi, wsłuchując się w głosy rozsądku i potakując ogólnej krytyce. Widać było, że z taką postawą tylko ona może zostać naczelną. Tak się właśnie robi kariery.
Gazetka w końcu wyszła, mimo krytyki jednego z członków koła na konwencji partyjnej (sic!). Niestety nie miałem przyjemności brać w niej udziału, ale jeśli człowiek na oko jeszcze nastoletni występuje przed zgromadzeniem, pośród którego znajdują się jedne z najważniejszych osób w czołowej partii danego kraju i z jednej strony wzywa do dymisji sztab odpowiedzialny za kampanię w wyborach prezydenckich, z drugiej zaś wyrzuca swoje żale na lokalne i mało znaczące struktury koła akademickiego, w których widzi brak sprawnego systemu przepływu informacji, to ja przepraszam, ale dziwię się, że sala ponoć nie wybuchła gromkim śmiechem. A mówcy gratuluję odwagi i, rzecz jasna, dobrego samopoczucia. Niestety dla niego konwencja się skończyła, a on sam został skarcony na najbliższym zebraniu koła. Mam nadzieję, że duma zmieściła mu się do kieszeni, kiedy wybijano mu z głowy pseudo-prometejskie zapędy.
Był
to mój ostatni kontakt z lokalnymi strukturami partii. Być
może ścigają mnie teraz za nie płacone składki, ale nawet tego nie
jestem w stanie stwierdzić, gdyż proces przyjmowania mnie na członka
partii przedłużał się niemiłosiernie i nawet teraz, po ośmiu
miesiącach, nie jestem pewien własnej bytności w tworze, który
dumnie zwie się partią polityczną.