CIĘCIE

 

 

/AKCJA/

Ranek...  

Stoję przed lustrem...

Nagi...

Bóg jest słabym artystą...

 

Patrzę w lustro i widzę okropną twarz. Paskudną, owalną, geometryczną bryłę osadzoną na nieproporcjonalnym ciele. Czas to wszystko zakończyć. Wiele razy próbowałem... bezboleśnie. Zawsze dochodziłem do pewnego momentu i nie wytrzymywałem bólu, poddawałem się i zostawiałem swoje ciało jeszcze bardziej zdeformowanym. W tych chwilach nachodziły mnie różne myśli: czy istnieje życie po życiu? Czy Bóg sobie ze mnie żartuje czy go po prostu nie ma? Co dzisiaj na obiad? Czy zdjąłem czajnik z gazu? Człowiek jakkolwiek mocno do czegoś przekonany czasami musi ulec... Dlatego zostawałem z nowymi ranami, które były zbyt płytkie, bym przestał to robić i zbyt głębokie bym potrafił to zakończyć. Przysiągłem sobie, że tym razem się uda, wiele razy już łamałem przysięgi. Najtrudniejsza rzecz to znaleźć sposób, tragiczny wybór, bo w rzeczywistości nie można tego zrobić bezboleśnie. Po dłuższym zastanowieniu zawsze wybierałem ostrze. Jest wiele technik (elektryczna, chemiczna)... zawsze jednak obstawałem przy tradycyjnym ostrzu. Ten sposób gwarantuje poczucie władzy do upragnionego końca, kontrolę każdego ruchu i przeszywający dotyk czegoś zimnego, a zarazem tak bardzo lustrzanego, że do końca odbija przerażoną twarz. Więc kolejny raz wybieram ostrze... czuję przeraźliwy chłód i paraliżującą niemoc. W oddali słychać słowa piosenki „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...” Chciałbym zaśpiewać, ale nie mogę, nie wykrztuszę z siebie w tym momencie ani jednego zbędnego słowa. Strach... boję się bólu. Przeżegnanie... na koniec. Szybki machinalny ruch ręką... oczekiwanie... nic nie czuję... tnę dalej... raz za razem... pojawiają się rany. Okrutny, wewnętrzny ogień rozpala mnie od środka, czuję każdy atom mojego ciała. Ból... niesamowite uczucie promieniście rozchodzącego się bólu i nadzieja, że jestem już blisko końca, jeszcze kilka odruchowych ciosów ostrzem by mieć pewność, że zwieńczę dzieło. Krew... bordowa A Rh +, nie uratowała żadnego życia. Zostało już tylko kilka sekund, wzrok skupiam na gęstej, buraczanej cieczy... Stoję, nie padam... Trzymam w ręku ostrze, już nie lustrzane, lecz zalane krwią. Oczekiwanie... to niesamowite, udało się, pierwszy w życiu raz naprawdę się udało.

 

Ranek...  

Stoję przed lustrem...  

Nagi...  

Bóg był słabym artystą...

 

Ta sama szkaradna twarz, okryta ranami i śladami spływającej krwi.

Ten jeden, jedyny raz przynajmniej ogolona.

 

/CIĘCIE/

 

 

PS: Z rzeczy prozaicznych nienawidzę golenia i mojej nieogolonej mordki.

 

QUASIMODO

quasimodo18@wp.pl