Boso po trawie.
Spojrzenie w lewo. W prawo. Nikogo nie ma w pobliżu. Uśmiech na twarzy. Wreszcie idę tak, jak lubię. Sama. Na pewno nikt nie nadchodzi? „Nie puszczę Cię, nigdzie sama stąd nie pójdzieeesz!”. Cudownie jest usłyszeć czasem swój śpiew prawda? Nawet najbardziej mijający się z dźwiękami. Nawet najbardziej kaleczący uszy. Ale swój. Prawdziwy. I iść do domu z ciężką torbą na ramieniu z poczuciem, że właśnie teraz jest się sobą. Tylko kiedy kogoś mijam ściszam głos. Czasem nie przestaję śpiewać, ale często zamykam się i znowu jestem zwykłą obywatelką.
Bolą mnie nogi. Jak zawsze… starłam sobie stopy. Nikt nie patrzy? Jeden but… Klap na
ziemię. Drugi. I już idę swobodnie. Lekkim krokiem. Z uśmiechem. I wcale nie dlatego jestem zadowolona, że już mnie nie boli. Bo boli. Kamienie wbijają się w stopy, szkła ranią
palce. Czuje je. I właśnie o to chodzi. Wreszcie wiem po czym idę. Mam wrażenie, że wtedy moja mała podróż jest prawdziwsza, niż gdy idę w butach. Idąc po ziemi naprawdę ją poznaję, nie odgradzam się od niej grubą warstwą gumy, tylko po to żeby mi było wygodnie. I tak nie będzie. No i po za tym uwielbiam trawę uginającą się pod moimi stopami. Nic nie sprawia mi większej przyjemności niż jej zimno. Tylko ta dziewczyna którą przed chwilą mijałam tak złośliwie spojrzała się na mnie…
Uwielbiam śpiewać. Uwielbiam chodzić boso. Uwielbiam zamykać oczy. Uwielbiam też patrzeć prosto w słońce. Kocham tańczyć. Gdy idę, nucę orkiestrowe utwory, gdybym mogła pewnie wzięłabym moją
waltornię i szła z nią po ulicy. Gdy widzę murek, chcę na niego wejść. Uwielbiam jeszcze się uśmiechać do własnych myśli. Kocham rysować. Często mam ochotę usiąść na chodniku i narysować wyjątkowe piękne drzewo, które mijam. Ale nie robię tego. Gdy wokół są inni ludzie nie śpiewam, nie podskakuje, nie zdejmuję butów. Jestem jak najbardziej przystosowana do społeczeństwa. Wiem jak należy się zachowywać. Normalnie. To znaczy tak, jak tego od nas oczekują. Ale kto konkretnie oczekuje? Kto ustala definicję słowa „normalnie”? Ludzie. Ogół. Hmm… Jestem człowiekiem tak? Więc chyba ja też stanowię o tym co jest „normalne”. Ode mnie też to zależy? Ale żeby norma stałą się normą musi być nią dla większej ilości ludzi, nie tylko dla mnie. Dla przechodniów, którzy się na mnie dziwnie patrzą. Więc grzecznie idę ulicą. Raz, dwa, trzy, cztery.
I tylko czasem dochodzę do radosnego wniosku, że co mnie oni obchodzą? I wtedy rozlega się mój śpiew, a buty dyndają na sznurówkach trzymanych w dłoni. Uśmiech się!