wiatraki,   wiatraczki   i  przyjaciele

Gdy jest naprawdę gorąco, rodzą się w mózgach myśli ogniste. Natura przepuszczona przez pryzmat gałek ocznych wznieca płomienie. Też mam w mózgu taką małą iskierkę, coś awangardowego - rym, który odbija się od ścian czaszki, rozlewając po kończynach energię zabójczą - narkotyk dla kultury, packę na nudę, wino ulotne i lekkie. Przeciska się przez szczeliny w oknach, sączy z sufitu, tryska strumieniem z dziurki od klucza. Są ludzie, którzy tym boskim napojem napełniają swoje brzuchy, wprowadzają do krwioobiegu. Są też tacy, co w poszukiwaniu odlotu sięgają po coś cięższego - toną w szeleście kartek. Zamyka się taki jeden z drugim w swojej bibliotece, mruży oczy i odpada - odpada od rzeczywistości. Rozpędza swoje myśli. Po uzyskaniu odpowiedniej prędkości wypuszcza z rąk logikę.

Tramwaj był zapchany. -Wcale się nie zgubiłem! – pomyślałem zdenerwowany. Starałem się znaleźć w książce zdanie, które przed chwilą mi uciekło - wyłowić z bieli, a w zasadzie z żółci, klucz, dzięki któremu mógłbym uciec ze świata blaszanych potworów, skamieniałych zasad i śmierdzących ulic. -To już było. To też. – spojrzałem się przez okno, nadal bezmyślnie przerzucając kartki.

Jak już mówiłem, tramwaj był zapchany - tutaj spocony dzieciak, mdlejąca staruszka tam, a w zasadzie wszędzie i zwielokrotnieni lepkością i zlepieni w całość – dziesiątki zbrązowiałych od słońca kup, wszystkie obleczone w rozmokły papier toaletowy. W szary papier toaletowy... Bo wszyscy mają szarość w środku, niezależnie od tego jak się opalili.  Pojazd skręcił. Szyby zadrżały, a wszechświat przechylił się na chwilę w prawą stronę. Człowiek, który nie trzymał drążka potknął się i potrącił mężczyznę obok. Słońce zaczęło świecić mi w twarz. Zamknąłem książkę. Ciekawe, co ci ludzie teraz zrobią? Co zrobi człowiek tak spocony, tak lepki i śmierdzący? Wskoczy pod prysznic? Może od razu włączy wentylator? Zapewne znajdą się też tacy, co zasiądą przed telewizorem, otworzą wcześniej schłodzone piwo i oddadzą swe ciało w ręce chłodu - arktycznego chłodu i chmielu. A ja? Ja pobiegnę do domu, wyciągnę deskę i się na ten piekielny upał z powrotem wpakuję. Ja, wieprzowy kotlecik, wskoczę dobrowolnie na betonową patelnię. I po co? Tylko po to, aby odczuć trochę satysfakcji z pędu, z wirującej pod nogami sklejki?  Oczywiście, że można się słońcem cieszyć, ale jedynie wtedy, gdy dopiero wstało, albo wtedy, gdy przedziera się przez liście zieleniących się drzew. Słońcem bezwstydnym, ordynarnym i nachalnym się cieszyć nie mogę i nie potrafię, bo nie można się oddać mordercy, co to wykorzystuje małą dziurkę w atmosferze do smażenia ludzi, co wypala ziemię, kruszy lasy i lodowce topi. Nie jego wina? Co z tego, że to ziemia krąży wokół słońca? Jest gorąco i nasze spalone żarem plecy, uda i łydki mają prawo do narzekania. 

Postanowiłem poczekać jeszcze trochę. Wytrzymać oczekiwanie na mojego osobistego Godota, na przypływ weny – coś co mogłoby zwalczyć  umysłowy uwiąd. Trzaski, skrzypnięcia i pomruki zasygnalizowały, że tramwaj zatrzymuje się na przystanku. Do sedesu transportu miejskiego oddano jeszcze kilku pasażerów. Nikt nie wysiadł, było jeszcze ciaśniej, ciężej, bardziej gorąco. Jeden z moich przyjaciół opowiadał mi niedawno o tym, że cudownie by było gdyby każdy spotkany na ulicy człowiek przywitał się z tobą. Podzielam jego zdanie – cudownie jest się witać, cudownie jest się żegnać i przebaczać, ale jedyną grzecznością, którą mógłbym poczęstować współpasażerów, było ‘przepraszam’. Przepraszam, ale wysiadam. Wysiadam i nie wracam. Opuszczam tę imitację pociągu. Imitację, bo czymś takim nie można podróżować! Tramwajem można się jedynie błąkać.

Nowożytność zastąpiła konie śmierdzącymi spalinami, zimne jeziora napojami gazowanymi, zmieniła rwący wicher w nieśmiałe powiewy elektrycznych wiatraczków. Nieudolne naśladowanie osłabia twórczość – to jak zamknąć piorun we fleszu aparatu, wcisnąć w słuchawkę telefonu bicie serca albo kroki. Ludzie zsuwają się ze swoich drzew, rezygnują z bananów. Ci, którzy wcześniej uznawali jakieś wartości, dążą jedynie do zaspokojenia pragnień. Zapominają, że woda butelkowana jest w każdym sklepie i nie trzeba się o nią bić. Co innego woda z kranu - zabójcze toksyny i ścieki i chlor nie nadają się do picia. Poza tym… Liberalizm zabija powoli. Chyba jestem niezdecydowany – nienawidzę śniegu, narzekam na upał.  Czas pogodzić się z tym wszystkim i pozwolić się głaskać pod włos. 

Tramwaj znów się zatrzymał, wysiadłem. Odetchnąłem głębiej. Nad miastem kłębiły się ciemne chmury, szklane misy po brzegi wypełnione orzeźwiającym wiatrem. Elektronika umilkła, konstytucje zbladły wobec potęgi natury, koła znieruchomiały, a z nieba zaczął sypać grad. Potrzeba tak niewiele, alby zatrzymać cały transport i rozbić plany biznesmenów. 

Przecież wystarczy jedynie poczuć ten wiatr i wypluć z płuc spaliny. Ja chyba lubię takie apokalipsy - mógłbym godzinami wpatrywać się w te durne wyładowania atmosferyczne... 

sypee