Tournee.
Siedział Kawior sobie, siedział, na łóżku, oglądając w tym samym czasie telewizornię. Program doprawdy znamienny zwrócił uwagę jego, gdy to podczas permanentnej zmiany kanałów, tak permanentnej niczym permanentna inwigilacja, w uszy wpłynęła fala dźwiękowa, wywołująca drgania, przez mózg jego odczytane jako słowo “nadzieja”. Do łepetyny przyczepiła mu się wtedy myśl, żeby tęże nadzieję sobie posiadać, a nawet jeśli byłoby to ponad jego siły, bądź też ponad środki pieniężne w jego kauczukowym portfelu, żeby dowiedzieć się, ile takie coś może kosztować.
I oto zainaugurowane zostało jego tournee po sklepach, supermarketach, domach handlowych i innych przybytkach bożych, przez współczesnych Kawiora nazywanych dumnie świątyniami odrodzenia w duchu-puchu. Nasz dzielny protagonisto-bohatero-człowiek nie omieszkał oczywiście skorzystać z darmowych autobusów, które, z korzyścią dla klienta i z pożytkiem dla miasta, podążały trasami tak wymyślnymi, prze-wyrafinowanymi, że nawet Kawior nie mógł przewidzieć, iż zanim dotrze na miejsce, objedzie pół Ciemnogrodu. Widać, tak już musiało być, a kimże on był, żeby podważać porządek wszechświata?
Oczom jego ukazał się budynek, który wydawał się być uwięczeniem dorobku współczesnych architektów. Kawior zignorował ich wysiłek, ich myśl techniczną i zmysł artystyczny, nie doceniając kunsztu układania betonowych płyt w różne kształty, ale w nie-różnych kształtach. W środku, prowadząc wózek, zaczął szukać tego, po co tam przyjechał i to, że wybrał on wózek, a nie koszyk, nie było wcale przypadkiem. W końcu, spodziewał się, iż nadzieja będzie czymś, co zajmie ogrom metrów sześciennych, a więc pojazd ten, ze względu na swoją hiper-mega-pojemność, wydawał się być najlepszym wyborem. Taaaa. Czy to nie brzmi za sztucznie?
– “Przepraszam pana. Gdzie mógłbym znaleźć nadzieję? Bo chciałbym nadzieję posiadać.
– Chłopcze drogi. Weź ty sobie lepiej co innego posiadaj, bo
nadziei tu nie posiadamy, a nie wiem czy kiedyś posiadać będziemy. Mamy za to inne promocje.
– Tylko nie chłopcze, rasisto!”
Rozmowa się urwała, a on wrócił z powrotem na przystanek gratisowo-darmowego autobusu. Gdy wsiadał do mega-wehikułu, kierowca zabrał głos, a może i głosy dwa, gdyż zeza miał rozbieżnego i nie było do końca wiadomym, gdzie w danej chwili spoziera swym złowieszczym wzrokiem,:
– “Paragonik, przejazd!
– Ale ja chciał...
– Paragonik, przejazd!
– Ale ja napra...
– Paragonik przejazd!
– Czy da mi pan sko... ?
– Paragonik, przejazd!”
Umilkł, żeby dokładniej przyjrzeć się ein Fuhrerowi po to, aby za chwilę usłyszeć tylko:
– “Paragonik, przejazd!”
Kawior, w swoim dążeniu do posiadania nadzieji, poczuł jak nagle powiało... beznadzieją. "Powiało", to słowo, które do końca nie oddaje tego, co akurat się działo – tam nią
hulało, niemalże. Wichura szalała sobie wokół całego zupamarktu, a nasz niestrudzony wojownik ulicy poczuł, jak krople deszczu spadają na jego pomarszczone, nienaturalnie duże czoło. I pojął on, że to chyba jednak burza się zbliża, co skłoniło go do ponownego odwiedzenia przybytku, zakupienia soku bylejakiego i zdobycia upragnionego paragonu, którego brak komplikowałby dalszy przebieg tej jego heroicznej wyprawy. Widać, tak już musiało być, a kimże on był, żeby podważać porządek wszechświata?
Już będąc w centrum handlowym, stwierdził Kawior, że wśród tych wszystkich cudów świata, znaleźć nadzieję nie będzie wcale łatwo. Nic to, przeca zapału mu nie brakowało. Wszak każdy jazzy człowiek posiadał nadzieję, a on, chcąc zdobyć uznanie swoich przyjaciół, musiał najpierw nadzieję... posiadać.
Pierwszym sklepem, który postanowił sobie odwiedzić, był niejaki Clop. Raźno, z bananem na twarzy swojej, dzierżąc w ręku proszek do pieczenia (i tu u czytelniaków następuje tzw. comic relief), podszedł do kobiety, która przypominała mu tych... no... Royal Guards (tu też – tak więc: ha ha ha):
- “Czy byłaby pani tak uprzejma i pomogła mi w moich poszukiwaniach? Szukam nadzieji, bo chciałbym nadzieję posiadać.
– Proszę drogiego pana. Zaraz sprawdzimy czy jest.”
Weszli pomiędzy jakieś regały, a ta poczęła obmacywać je swymi ręko-podobnymi kończynami. Podała mu jedną z herbo-szul:
– “W tej będzie panu do twarzy.
– A czy przymierzenie jej wiąże się z posiadaniem nadzieji?
– Myślę, że tak. Niech pan spróbuje.”
Kawior ożywił się i pobiegł prędu, prędu do przymierzalni, gdzie wybrany produkt przemysłu odzieżowego od razu... przymierzył. I trzeba wspomnieć, iż żadnej zmiany nie poczuł. Tak jakoś... beznadziejnie. Sprzedawczyni podała mu następną herbo-szulę:
– “W tej będzie panu do twarzy.
– A czy przymierzenie jej na pewno wiąże się z posiadaniem nadzieji?
– Myślę, że tak. Niech pan spróbuje.”
Ubrał Kawior i tą, ale znów było tak jakoś... beznadziejnie. Sprzedawczyni podała mu następną her-bla-bla:
– “W tej będzie panu do twarzy.
– Do dupy, nie do twarzy!“
Och, ach. Jakaż wielka była jego rozpacz (czytelniak smuci się razem z bohaterem). Nie było tego, czego szukał... ani tam... ani tu? Ostatnie co mu pozostało, to punkt z prasą, do którego... taaa... poszedł tam. A mysleliście, że co?
Coraz bardziej zniechęcony, przeglądał przez chwilę czasopisma, magazyny... co tam jeszcze było... kwartalniki. Bla, bla, bla.
CD-Action wśród gazet? Już był gotowy tłumaczyć sprzedawczyni, że CDA to nie gazeta, gdy nagle kątem oka zauważył twór o dźwięczno-wdzięcznej nazwie “NADZIEJ JA”. Po bliższym zapoznaniu się z tymże tworem, okazało się, że jest to polska wersja jakiegoś niemiecko-języcznego magazynu, bynajmniej nie dla dzieci.
– “Tylko dlaczego taka nazwa?” - pomyślał w skrytości ucha swego.
Kawior wpadł w swego rodzaju manię i jak małpa od drzewa do drzewa, tak on skakał od człowieka do człowieka, od psa do psa i innych istot żywych:
– “A pani posiada nadzieję? A pan? A pani? A ty? A ona? A on?” - powtarzał zaczepiając coraz to nowych, osobliwych osobników.
Lino-żyłko-nici z poszukiwań. Z tego nie wynikało nic, prócz wniosku, aby wrócić do domu. Nikogo posiadającego nadzieję znaleźć nie zdołał. Żaden darmowy autobus też wtedy nie jechał, zmuszony był więc wprawić w ruch nogi swoje. Widać, tak już musiało być, a kimże on był, żeby podważać porządek wszechświata?
Spacerując, starał się nie stawiać kończyn rzekomo dolnych w miejscach, gdzie płyty chodnikowe łączyły się jedna z drugą, druga z trzecią, itd. Jednocześnie starał się policzyć kroki od centrum
handlowego do jego domu. To liczenie przerwało mu wyłonienie się, niczym z czeluści, budynku, który dumnie nosił nazwę “SWIATYNIA.ORG”. Poprzednie niepowodzenia nie zdołały zniszczyć w nim chęci posiadania nadziei. Albowiem posiadać nadzieję on pragnął. Nie było na świecie rzeczy, której dla posiadania nadziei by nie zrobił, tak bardzo o posiadaniu nadziei marzył. No tak. Jak się można domyślić, wszedł do “SWIATYNI.ORG”.
Przy czymś, co w swojej budowie przypominało ołtarz, ujrzał dyskutujących, as follows: księdza, pastora, rabina oraz imama. Widok to raczej niecodzienny, więc pierwszym pytaniem zadanym przez niego było „co oni, kurwa, tutaj razem robią”. Głos zabrał ksiądz:
– “Chłopcze! Widać, że w sprawach życia religijnego się nie orientujesz, ale ja ci to wszystko ładnie wytłumaczę. Być może dawno nie odwiedzałeś naszego kościoła, a powinieneś, bo nawet chyba należysz do naszej parafii; ale, rozumiesz, to jest taka unia. Kilka lat temu przedstawiciele naszych religii postanowili się zjednoczyć, a wszystko to z inicjatywy naszego nieomylnego papieża. Ekumenizm cały czas się rozwija, a już niedługo planujemy przyjąć do naszej wspólnoty satanistów oraz neopogan. Papież dostrzegł, jakaż to wielka potęga tkwi w różnorodności, która stała się drogowskazem, pomagającym wprowadzać kościół nasz w kolejne dziesięciolecia.
– Panie rasisto, czy posiada pan nadzieję, bo nie wiem, gdzie się posiadacze nadziei znajdują.”
Ksiądz zaczął szukać w swoim brewiarzu, ale... kurde, ile razy to jeszcze powtórzę?... nie było tam nic na ten temat.
I tak oto Kawior nie zdobył tego, czego tak bardzo pożądał. Nie wiedział nawet, co to takiego może być... ta nadzieja. Niestety nie dało się tego nigdzie dostać, a program, który oglądał wcześnie rano, mówił o tym zbyt ogólnie, żeby Kawior mógł siebie skonsolować. Co wy tacy sztywni? Nigdy się nie skrejzowaliście?
Wrócił więc do domu i położył się spać. Nie miał nadziei, ale przynajmniej chciał, żeby tej nocy coś mu się przyśniło. Jak na ironię, po obudzeniu się na następny dzień, nie mógł przypomnieć sobie żadnego ze swoich snów. Widać, tak już ... bla, bla, bla, a i kimże on bla, bla, bla, żeby bla, bla, bla?
Ja?