Ballada o lekkim zabarwieniu emocjonalnym
Niech mu będzie na imię Jan.
Niech będzie miał dwadzieścia trzy lata, krępą budowę ciała i metr siedemdziesiąt wzrostu. Niebieskie oczy, czarne włosy, krótkie. Niech będzie poruszał się szybkim krokiem, bez uważnego rozglądania wokół. Niech będzie lubił marchewkę, groszek i kurczaka. Niech będzie nienawidził swoich rodziców mocniej od brukselki.
Pięcioletniego Jasia cioteczki zwykły obłapiać mentalnie i fizycznie też, za policzki. Kto z nas tego nie przeżył. Jasiowi się udało, w którymś momencie oddał jednej z cioteczek z otwartej dłoni, podobno widział na filmie. Od tej pory miał z cioteczkami spokój.
Dziesięcioletni Janek niezbyt dobrze radził sobie w szkole. Nie warto tu opowiadać historii dzieciaka odrzuconego przez świat, na własne zresztą życzenie. Historii pyzatego chłopaczka stojącego na uboczu i łapiącego każdą chwilę, w której z niego nie drwiono. Bo i też mało poświęcano uwagi, cieszył się nawet z tego.
Janek piętnastoletni chodził nawet na dyskoteki. Właściwie to był na jednej, po której z płaczem wylądował w szkolnej toalecie. A on tylko chciał zatańczyć z nie najładniejszą wcale koleżanka. Cóż, widać i to było ponad jego siły. Następnym razem miał już poprosić kogoś zdecydowanie brzydkiego. Następnego razu, oczywiście, nie było.
Dwudziestotrzyletni Jan studiuje Marketing i Zarządzanie. Sam nie wie, jak do tego doszedł. Zawsze miał fatalne wyniki, kolejni nauczyciele tylko kręcili głowami. Na maturze musiał zdarzyć się cud, tak teraz myśli. Za to niepoczytalny musiał być w momencie wyboru kierunku. Marketing? Zarządzanie? Przecież on najchętniej nie kontaktowałby się z innymi ludźmi, a już na pewno nikim nie kierował czy próbował przekonać do jakiegokolwiek zakupu, inwestycji. Co on sobie myślał?
Nie wiadomo, co myślał Jan. Wiadomo o tym, że na trzecim roku studiów zrezygnował i wyjechał za granicę. Właściwie to bez specjalnej przyczyny. No, dobra: słyszał, że tam są tańsze burdele.
Wiadomo natomiast o podbojach miłosnych Jana tu, w Polsce. Największym podbojem była jego pięcioletnia kuzynka. Nie żeby Jan był pedofilem, po prostu ze starszymi dziewczynkami jakoś mu nie wychodziło. A kiedy już-już miał na oku jakąś koleżankę z roku, zjawiał się jej chłopak, niczym rycerz w białym Mercedesie i zabierał hen, daleko. Janka na Mercedesa stać nie było, tedy zainwestował w Poloneza. To znaczy zainwestowałby, gdyby zdał to cholerne prawko.
Głównym problemem Janka byłą niczym zwykle nieuzasadniona zazdrość. Nieuzasadniona dlatego, że trudno być zazdrosnym o kogoś, z kim się nie jest. Janek to potrafił. Właściwie to można powiedzieć, że nic mu tak w życiu nie wychodziło, jak zazdrość właśnie. Inną pasją Janka była fotografia. W domu trzymał pełno zdjęć oprawionych w piękne ramki. Z upływem lat zmieniały się w nich prezentowane białogłowy, rodzice cieszyli się z powodzenia syna, a syn szedł z dumą do kolejnych zakładów fotograficznych i wywoływał kolejne zdjęcia kolejnych dziewczyn, które tak naprawdę to nigdy by nawet na niego nie spojrzały.
Czy trudno żyje się z piętnem zazdrości? Jemu bardzo. Chociaż poznał już cały jej mechanizm, chociaż wie, że jest ona bezzasadna, to i tak: przepadło. Jak już się zakocha, to nie ma zmiłuj. Właściwie to nie wie, może to były tylko zauroczenia. Nie będąc nigdy w związku przeżył już tyle burzliwych, platonicznych miłostek, że zaczął się gubić. Przestał rozpoznawać rzeczy najważniejsze, za dobrą monetę brał choćby najlżejszy uśmiech, wyraz zainteresowania. A żaden z tych uśmiechów nigdy nie był skierowany do niego, zawsze gdzieś obok.
Myślę, że się jeszcze spróbuję zmienić. Dwadzieścia trzy lata to jeszcze nie emerytura. Nikt mnie w tych Niemczech nie zna, ja sam znam tylko Hannavalda. Mam nadzieję nie sko(ń)czyć jak on.
Everyman
every_man@o2.pl