Stefano Kopulus ujawnia sens życia w autobusie miejskim nr 60

Pewnego dnia Mistrz zdążał autobusem na spotkanie z Urzędem Skarbowym. Skasowawszy bilet dosiadł się do swych uczniów, a ci zapytali: „Czemu jesteś dziś szczęśliwy, zawsześ przecież narzekał?” A ten wnet ich wzrokiem zmierzył, ale nie tracąc radosnego lica jął się udzielać odpowiedzi: „Sens życia odnalazłem! Zaprawdę powiadam wam- w każdym z was czai się cząstka, która nadaje wartość waszemu działaniu, ale która skrywa się głęboko za fasadą waszej powierzchowności, pustosłowia i czynów niby-szlachetnych!” Uczniowie przecierając oczy, nie dowierzając w nagłą zmianę światopoglądu swego mentora- egzystencjonalisty, zapytali: „I Ty Mistrzu, który żeś samobójców do czynu doprowadził, Ty któryś do przedszkola smutek i depresje przyniósł, Ty który wstawałeś w południe z okrzykiem >>A czym dzisiaj, Jezu Chryste, mi dokopiesz<<, prawisz nam w ten czas o sensie życia? A co z odwiecznym cierpieniem upośledzonych dusz, samotnością maluczkich przez bogów zapomnianych, a gdzie przemijanie skazanych na starość?” Mistrz na te słowa wzdrygnął się troszeczkę, jakby wstyd mu było za swe niegdysiejsze niecne myśli. Zimny pot spłynął mu po skroni, rozgrzanej niedawną nadzieją wyrwania się z „ziemi umarlaków”, jak w czasie największej depresji zwał cały otaczający go świat. Poczym zmarszczył brwi, aż mu się krew nabuzowała w żyłach. Na sam koniec przełknął ślinę, mając minę jakby przełykał gorycz porażki: „Gówno prawda! Nic niewarte to co wam mówiłem… To czego was uczyłem od tylu lat, jest nic warte- to zwodnicze nauki samego Szatana. On chce sprowadzić was na manowce, pragnie byście błądzili na prostej drodze, byście zrzucali w otchłań, to co w garści macie, on pragnie tylko waszej zguby! Mojej też, ale się odnalazłem. Znam słowo klucz do naszego jestestwa, słowo które niczym pochodnia rozświetla mroki nocy. Ja to mam, a wam rozświetlę drogę do własnych świateł, tak abyście wy rozświetlili drogę innym i aby nikt już nie błądził po prostej drodze…” Mistrz kończąc wziął dwa wdechy, które przez chwilę były jedynym dźwiękiem w nagle powstałej ciszy. Gawiedź dotąd tylko zgromadzona w autobusie, zaczęła, najpierw dyskretnie, potem coraz bezwstydniej, przysłuchiwać się nauce Stefano Kopulusa. Uczniowie zaczęli w swych sercach odczuwać niepewność, związaną ze słowami ich Wielkiego Mentora. Zrozumieli bowiem, że muszą odrzucić wszystko to, w co wierzyli, a raczej uwierzyć w to, w co nie wierzyli. Zrozumieli także, że będą musieli porzucić bierną postawę adoratorów nihilizmu, a wcielić się w apostołów nowej radosnej nowiny. Po minutach pełnych oczekiwania, kiedy już wszyscy uczniowie pojęli nową rzeczywistość, którą zesłał na nich dobry humor Mistrza, odezwał się najstarszy z naśladowców: „A w co w takim razie mamy wierzyć, czym jest to słowo klucz, które dla świata odnalazłeś. Jakże mamy teraz patrzeć na otaczający nas świat, wszystkie budowle i zamieszkujących je ludzi? Czy mamy czuć piękno miejskiej zieleni, radować się brzęczeniem byle muchy?” Wszystkie oczy spojrzały w stronę Mistrza, a ten, nie zastanawiając się, jął się prawić głośno, tak by wszyscy słyszeli: „Tak, tak teraz macie czynić. I czyńcie to tak, by wszyscy widzieli, aby zagubieni mieli wzór do naśladowania, aby wasza radość, niczym wicher mgłę, rozpraszała smutek z liców wszystkich maluczkich. Oto bowiem, za prawdę powiadam wam, sens istnieniu każdej formy życia, nadała moja myśl. Ona tkwi w każdym z nas, ale to ode mnie nieprzewidywalny los chciał, bym odkopał ją, kopiąc sobie grób. Dzięki tej myśli wiem, co kierowało narodami, gdy wygrywały wojny, wiem, co kazało do potęgi władcom dążyć, wiem gdzie odnaleźć źródło sztuki. Mając tą wiedzę zdobędę wszystkie szczyty, ta wiedza popchnie mnie przez wszystkie uniwersytety, dzięki niej stworzę prawdziwe arcydzieła. To słowo-klucz obudziło mnie dzisiaj rano i ono daje mi energię przez cały dzień. Jest ono prawdziwym szafarzem czynu i witalności. Wątpiłem, ale wierzę; nie chciałem, a czynię; nienawidziłem, a kocham. Czyż jest coś piękniejszego od uświadomienia sobie, że jest w tym wszystkim sens, że to co robimy ma swój cel? Nie, i za to pokochałem dziś wszystkich ludzi. Ba! Wszystek pasożytów zyskało mój szacunek dla ichniego istnienia, nawet pchełka, która dzień w dzień w skórę mi się wgryza- jej działanie dążące do celu jest dla mnie święte i nie potrafię go przerwać śmiercią!” Wtem uczniowie, jakby w stanie euforii towarzyszącej odnalezieniu wiary, przy wtórujących im głosach świadków rozmowy, błagali swego mentora: „Ale powiedz nam, co to za myśl. Błagamy, nie trzymaj nas dłużej w napięciu, ciekawość nasza nie zdzierży już żadnych opóźnień” Stefano zaśmiał się tylko i odpowiedział na apele: „Całe wasze życie było czekaniem na tę prawdę, a wy już minuty nie możecie wytrzymać? Przebóg, wasza zachłanność nie pozwala mi przygotować was na oświecenie. Baczcie tylko, by to jedno słowo nie skruszyło fundamentów waszych światów- ono ma być spoiwem dla waszych myśli i energią waszych ciał, a nie grobową deską…” Wszyscy spoglądali w milczeniu na usta proroka, oczekując finiszu. Mistrz zrozumiał, że czas kończyć, otworzył swe spękane usta, a z nich wypływały orzeźwiające słowa, niczym strumień z górskich czeluści: „Powtarzajcie więc za mną, moi maluczcy, powtarzajcie niczym swą mantrę dodającą otuchy, powtarzajcie we dnie i w nocy, słowo które was ze smutku wyleczy: ruchać! ruchać! ruchać! ruchać!” Gawiedź spodziewająca się wzniosłości, stała w milczeniu próbując pozbierać okruchy własnych światów zmiażdżonych prostotą sensu. Ktoś chciał zadać pytanie, ale nie potrafił wydobyć z siebie słów, nawet najprostszych. Autobus dojeżdżał do celu, więc Mistrz stanął przy poręczy czekając, aż drzwi się otworzą. W ostatniej chwili, jeden z uczniów ujął go za rękę i zapytał: „Ale co teraz, Nauczycielu? Co chcesz robić po tym, jak tak wielu zepchnąłeś na szarobure pola smutku? Przecież to właśnie Ty dałeś pistolety tak wielu… To twoje ręce, choć nie dosłownie, są umazane krwią twych uczniów. Czy po tym wszystkim chcesz powiedzieć, że depresja i nihilizm, których nas uczyłeś, był nic nie warte, że śmierć twych naśladowców to pomyłka tylko była? Że nasze życie i zerwane więzi, będzie trzeba tworzyć na nowo?” Mistrz posmutniał, milczał przez chwilę, która jako wieczność się zdawała i dławiąc ból wyszeptał, nie potrafiąc nikomu spojrzeć w twarz: „Tak, to właśnie muszę rzec. No kurwa, spierdoliłem! Jak wam teraz w oczy spojrzę? Jak mogłem tak dupy dać? Nic już nie ma sensu…” Zalewając się łzami wybiegł z autobusu, jego droga wiodła do najbliższego szynku. Uczniowie w ten czas odetchnęli z ulgą, radośnie krzycząc: „Nasz stary dobry Mistrz powrócił!”

Krwawy Obrzezator