PÓŁPEŁNY
Pokój własny a przecież nie mój, siedzę twarzą zwrócony
do monitora, na biurku kubek gorącej herbaty z cytryną, w połowie pełny. Za
moimi plecami przestrzeń, trzy metry do ściany, na której wisi sfatygowana już
mapa Polski. Za tymi samymi plecami przestrzeń niemalże dziewiętnastu lat życia.
Jak wiele potrzeba wysiłku by odwrócić się przez ramię i dojrzeć to, co
najdalej. Dostrzec wspomnienia z dzieciństwa czy chociażby nazwę tej niewielkiej
miejscowości na starej mapie.
Nie potrafię sięgnąć pamięcią chwili, w której stałem
się wielbicielem słodkiej herbaty ‘earl grey’ wzbogaconej o kontrastujący sok z
cytryny. Stałem się fanatykiem jej niesamowitego smaku i złocistego koloru.
Stworzyłem rytuał parzenia herbaty, któremu wierności dochowuję każdego dnia.
Nie ważna jest marka, byleby stworzyć mocny wywar i po wyjęciu torebek skarcić
go kwaśnym sokiem z cytryny, a na końcu posłodzić. Nauczycielka chemii sprzed
lat uświadomiła mi, że torebki herbaty w kwaśnym środowisku wydzielają glin,
który zwiększa szansę zachorowania na chorobę Alzheimera. Szansę... lepiej brzmi
prawdopodobieństwo, szansa jest zbyt ważną rzeczą by nią tak lekkomyślnie
szastać. Co do glinu, to nigdy nie brałem pod uwagę tego, co może mnie spotkać
za lat kilkadziesiąt i więcej, nawet parząc swoją herbatę, ale jeśli jesteś
osiemdziesięcioletnim dziadkiem i nie pamiętasz jak się nazywasz, czas zmienić
swoje rytuały.
Kubek jeszcze w połowie pełny, jeszcze mamy czas. Ten
sam ceramiczny kubek od tylu lat. Upłynęło już wiele czasu, radości, spełnionych
marzeń, a zarazem tyle łez nieprzelanych, smutków skrywanych i marzeń, które
jakby nie istniały. Ten sam pokój, od lat nie mój, ale z każdym dniem coraz
większy, upływa czas, a ściany rozchodzą się dając przestrzeń, pustkę... nie
było w tym pokoju jeszcze nigdy tak wiele pustki. Budzę się rano, otwieram oczy
i przeraża mnie panujący w nim ład i porządek, jeszcze tylko brudny kubek po
wczorajszej herbacie stoi nieruchomo w miejscu, gdzie spoczął odstawiony leniwym
ruchem, tylko ów kubek niszczy harmonię, której zakłócić nie ma ochoty już nikt
inny.
To wszystko jest tak bardzo nieważne... Siedzę wciąż
zwrócony w stronę monitora, spoglądam na metaliczne wykończenia głośników i
widzę odbijającą się w nich moją własną, zniekształconą twarz. Twarz jakich
tysiące na ulicach polskich miejscowości. Twarz człowieka zmęczonego, zakutego w
codzienność, a może to tylko złudzenie, iluzja, no bo przecież kiedyś byłem
inny. Metaliczne lustro okłamuje mnie, wykrzywiając twarz i dodając jej bólu. O
ile wciąż będę tkwił w bezruchu, owa pseudofacjata stanie się moją wizytówką już
za kilka lat. Nie mogę poznać przyszłości i nie chcę, boję się, że gdybym
wiedział co będę robił, jaki będę za kilka lat, już dziś popełniłbym
samobójstwo. Nie mogę zrzec się twarzy, ona mnie zdradza, ona zna moją
przyszłość i rozpowiada ją wszystkim wokół.
Śmierdzę trupem... kiedyś wierzyłem, że mogę uratować
tonącego Ikara. Syn Marzenia, impuls sprzed lat by pomimo wszystko dążyć, stał
się zwykłym głupcem, który nie znał zasad rządzących światem. Dziś już w nic nie
wierzę... Czy można mieć Alzheimera od złego parzenia herbaty? Głupie... Przede
mną tyle rzeczy do zrobienia, tyle książek nieprzeczytanych, nieobejrzanych
filmów, tyle ludzi, którym można pomóc i którzy mogą pomóc mi. To szansa, ale w
nią nie wierzę... Wszystko się zużyło, ideały już nie potrzebne, bohaterowie
nierealni, a wokół przecież wciąż tyle piękna, dla kogo? To nie jest czas
umierania, śmierć nie jest jak kromka chleba, a ten pokój to nie miejsce, w
którym tchórze zdychają, a bohaterowie giną. Jeszcze daleko, wiele dni, lat do
kresu istnienia, a ja jestem zbyt ambitny żeby się przedwcześnie poddać.
Jak można zmienić siebie? Pesymistyczne nastawienie,
które nie opuszcza mnie nawet teraz, nawet w chwili gdy wszystko układa się jak
najlepiej, jest moją zmorą. Czas odciąć się od zmartwień, problemów, zrobić krok
w stronę nieba, złapać Boga za jaja i zacząć rozdawać te cholerne karty, bo ileż
można czekać, aż staruszek podniesie się, przetasuje i rozda co rzucił los.
Nadchodzi czas zmian, czas powrotów, aby choć jeszcze jeden raz zobaczyć swoją
młodzieńczą twarz pełną nadziei, szaleństwa, z nieodłączną nutką improwizacji i
głupiutkim, naiwnym spojrzeniem chłopczyka wierzącego w cuda. Wierzącego w
cokolwiek.
Dziewiętnaście lat, które minęło, z których to, co
pamiętam stanowi może rok, jak to niewiele w porównaniu z realnymi
dziewiętnastoma latami, które mogę przeżyć... Jak dużo mogę jeszcze zniszczyć,
zmienić, powołać do życia...
Ten sam pokój, siedzę zwrócony twarzą do monitora, obok
mnie kubek z herbatą.
Ja i on. Każdy z nas jest w połowie pusty, tylko że ja
jestem jeszcze ciepły.
Ciąg dalszy trwa...
PS: „Życie to test. Tylko test. Gdyby było inaczej, ktoś
powiedziałby nam, co robić i dokąd iść.”
Richard
Carlson
QUASIMODO
ZAINSPIROWANY
ŻYCIEM