15
lipie 2007


kontakt

Strona - 07 - Terje Rypdal...

Terje Rypdal - Vossabrygg

No dobrze, przyznaję, Terje Rypdal to mój ulubiony gitarzysta jazz–rockowy, więc pewna doza emocjonalnego podejścia i niekontrolowanego zachwytu wydają się tu nieuniknione, więc weź to proszę pod uwagę, Drogi Czytelniku, podczas dalszej lektury tego teksu. Lojalnie uprzedzam: nie ma mowy o w pełni obiektywnej recenzji! W końcu na nowy materiał norweskiego muzyka czekałem całe 3 lata (ostatni studyjny album, Lux Aeterna, to rok 2003), co w przypadku artysty tak przeze mnie cenionego znaczy całe wieki. I oto jest w mojej dłoni, świeży, niewinny, nie skażony jeszcze żadną krytyką, żadnym oczekiwaniem co do muzycznej zawartości. Najmłodsze dziecko Terje Rypdala, Vossabrygg. Pospiesznie zdzieram folię. Zanim pomyślę, że najpierw warto byłoby przeczytać wkładkę, dysk już leży w moim odtwarzaczu, a palce mechanicznie szukają przycisku play. Pierwsze dźwięki, perkusyjno–organowe pasaże na początek. A dalej? Zapraszam do lektury!

Hołd znanemu i osobiście cenionemu artyście można złożyć na wiele sposobów. W przypadku muzyków tym najczęstszym jest nagranie tak zwanych tribute to…, co w przeważającej ilości przypadków owocuje po prostu nagraniem kilku kompozycji swojego mistrza z jak największą starannością i dbałością o wierność z oryginałem. Nie mam nic przeciwko takiemu sposobowi przelewania swoich muzycznych fascynacji na płyty, można jednak zrobić to w nieco inny, mniej szablonowy, a bardziej twórczy sposób. I taką drogę wybrał właśnie Terje Rypdal, bo – nie da się ukryć, ale też zupełnie nie ma się czego wstydzić – jego nowa płyta jest hołdem dla… no właśnie, zanim jeszcze przeczytałem o tym we wkładce, pierwsze dźwięki nasunęły mi to skojarzenie po 10 sek.

Vossabrygg jest hołdem dla samego Milesa Davisa! Od razu należy dodać: Milesa Davisa z okresu elektrycznego (1969–1976), a ów twórczy sposób, w jaki Rypdal mierzy się z legendą czarnego mistrza trąbki, nie polega na wzięciu na warsztat jego kompozycji, lecz na wydobyciu z nich miles'owskiego pomysłu na muzykę. Oczywiście i w samych kompozycjach z Vossabrygg znajdują się niemal wierne cytaty z klasycznej Bitches Brew Milesa, jednak ta ich dosłowność nie jest tu najważniejsza i ma raczej posmak pewnej zabawy ze słuchaczem. Tutaj sama forma staje się inspiracją, nie zaś przekuta na konkretną strukturę (miles'owych) utworów materia dźwięków. Zresztą związek tej płyty z twórczością elektrycznego Milesa ma jeszcze jeden wymiar. Gościnnie zagrał tu trębacz Palle Mikkelborg, przez wiele lat przyjaciel i towarzysz występów Davisa. No właśnie, czas kilka słów powiedzieć o ekipie, jaką zdołał skompletować Rypdal.

I tu kolejne zaskoczenie: oktet? W historii rypdalowych płyt tego jeszcze nie było, a juz w ogóle dobór instrumentów i ich konfiguracje niejednego miłośnika jazzu mogłyby skonfundować: dwie perkusje, dwa elektryczne pianina, gitara, elektryczny bas, trąbka i sample? Czy ta maszyna może zadziałać? Otóż może, i zamiast deklaracji proponuję przejść do samych konkretów!

Ghostdancing, ponad 18–to minutowy majstersztyk, od początku przykuwa naszą uwagę frapującym motywem granym przez bas i klawisze elektrycznego fendera (jest on cytatem z początku Pharaon's Dance, ze wspomnianego Bitches Brew Milesa Davisa; usłyszymy go także później, w kompozycji numer 8, That's More Like It). Muzycy dozują napięcie, wraz z głośnością wzrasta tempo i zadziorność grania. Co jakiś czas gitara Rypdala wplata coś od siebie. Gdzieś w okolicach 4 minuty pojawia się trąbka (niesamowity Palle Mikkelborg!). Potem już szaleństwo solowych popisów, które po kolejnych 4 minutach trąbka oddaje gitarze.


Chwilowe uspokojenie, i znów wszystko zaczyna się od początku. Najpierw wolno, spokojnie, delikatnie, a za chwilę ostro i agresywnie. Gdzieś od 11 minuty zaczyna się tak piękne gitarowe solo Rypdala, że za każdym przesłuchaniem mam dreszcze na całym ciele! Dalej prawie całkowite wyciszenie… i przez ciszę znów przebija się ów niesamowity, miles'owski, stanowiący rytmiczny szkielet kompozycji, wygrywany na basie motyw (obsługą tego instrumentu zajął się Bjorn Kjellemyr). Tym razem jest tłem dla organowych szaleństw. Tu dopiero widać, że w grupie jest dwóch klawiszowców! Uwielbiam ten moment, gdy elektryczne pianino (Bugge Wesseltoft) prowadzi dialog z organami Hammonda (Stale Storlokken). Na zakończenie znów trąbka wspomagana przez gitarę grają podniosły motyw, który, delikatnie wyciszony, płynnie przechodzi w następny utwór. I to tyle? To już koniec? Nawet nie zauważyliśmy jak owe 18 minut i 31 sekund stało się przeszłością. Tak brzmiałby Miles Davis gdyby swoje Bitches Brew nagrał 38 lat później.

Ghostdancing to opus magnum albumu, dlatego po jego wysłuchaniu naprawdę ciężko uwolnić się od optycznego złudzenia polegającego na tym, że patrzymy na pozostałe 9 kompozycji przez pryzmat doskonałości utworu numer 1. Przy nim mogą wydawać się jedynie zapychaczami (jakże okrutne i niesprawiedliwe określenie w przypadku tego albumu!), a tak żadną miarą nie jest! Nawet jeśli nie dorównują doskonałości Ghostdancing, są bardzo dobre i warte zainteresowania. Choćby taki dwuczęściowy Waltz For Broken Hearts/Makes You Wonder, delikatny, nastrojowy, na uspokojenie po początkowych szaleństwach, z przepiękną melodią i lirycznym solem (trąbka); choćby Hidden Chapter i Incognito Traveller, kompozycje Mariusa Rypdala (syna gitarzysty, który przy okazji Vossabrygg czuwał nad elektroniką), nasycone samplami, iście z jakiejś chill'outowej dj–owni, na których tle niezwykle przekonująco wypadają improwizowane instrumentalne odjazdy (odjazdy to dobre słowo, mało który z nich trzyma się bowiem choćby w zarysach melodycznych i rytmicznych ram kompozycji); choćby wspomniany wcześniej That's More Like It, w którym napędzający Ghostdancing motyw potraktowany zostaje nieco swobodniej, a melodia co chwilę rozmywa się w ciepłych (elektrycznych) pasażach pianina, by wreszcie pod koniec oddać pole tej specyficznie, po rypdalowsku brzmiącej gitarze (ciekawostką może być fakt, że Rypdal do elektrycznej gitary ma zwyczaj zakładać… nylonowe struny!); czy w końcu You're Making It Personal, rozpoczynający się wygranym na trąbce nastrojowym motywem, a potem z pietyzmem budowane napięcie i gitarowy popis, zwieńczony dialogiem z przetworzonymi organami Hammonda.

Pięknie to brzmi. Mogłoby nie kończyć się wcale, tym bardziej, że właściwe przecież dopiero co się zaczęło. Jak to? Już ostatni utwór? (A Quiet Word), ostatnia minuta, ostatnie dźwięki? Zatrzymany czas, cisza… 70 minut temu byliśmy innymi ludźmi. Zostaliśmy uprzedzeni: ze spotkania z nową płytą Terje Rypdala nikt nie wychodzi niezmieniony…

Na koniec jeszcze kilka mniej osobistych uwag. Płyta Vossabrygg jest zapisem koncertu dla norweskiego radia, nagranym w roku 2003. 3 lata materiał przeleżał w szufladzie (zapewne zwyciężyły względy wydawnicze: nie chciano być może robić konkurencji albumowi Lux Aeterna). Brak przerw między kolejnymi utworami, na równi z ciągłością muzycznych motywów oraz podobnym sposobem przekuwania ich na dźwięki, nadaje temu albumowi cechę niezwykłej spójności i jednolitości. Zwarte motywy rytmiczne obok partii improwizowanych, piękne melodie obok instrumentalnego chaosu, nastrojowe sola obok agresywnych wejść sekcji, wszystko jest tu na swoim miejscu i nawzajem się dopełnia, tak że ma się wrażenie pewnej kompletności albumu. Płyta stworzona przez muzyków z wyobraźnią dla słuchaczy z wyobraźnią. Zdecydowanie pozycja obowiązkowa, nie tylko dla fanów Rypdala. Czyżby płyta 2006 roku? Bez mrugnięcia daję 10/10. A to przecież tylko tribute…

Autor: M@jkel  

   
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)