15
lipie 2007


kontakt

Strona - 07 - Opeth...

Opeth - Still Life

Wiem, na kolanach niezbyt wygodnie pisze się recenzje. Czasem jednak inaczej się nie da. Są płyty, których da się słuchać, żrąc bułkę z serem i oglądając mecz w telewizji. Są też takie, do obcowania z którymi należy się przygotować - położyć, zgasić światło i zamknąć oczy, a potem czekać, aż muzyka całkowicie zawładnie wszystkimi odczuciami. "Still Life" należy, oczywiście, do tej drugiej grupy. I myślę, że akurat zgaszenie światła jest w tym wypadku kluczowe.

Z ciszy wyłaniają się tajemnicze i hipnotyczne dźwięki gitar. Czy da się wyrazić muzyką noc? Panowie z Opeth udowadniają, że tak. Mamy trochę ponad minutę spokojnego wprowadzenia, żeby w tę noc z nimi wejść. To początek. Zaraz bowiem akustyczny wstęp eksploduje potężnym riffem, najpierw utrzymanym w średnim tempie, a potem szybkim, podbitym podwójną stopką. Wchodzi głęboki growl Mikaela Akerfeldta. Mamy do czynienia z death metalem najwyższej próby. Po pierwszej zwrotce następuje jednak zmiana riffu na bardziej progresywny. Wokalista growluje dalej, a w tle inni muzycy wyczyniają cuda. Przejście - i nagle słyszymy partię zaśpiewaną czystym głosem, ozdobioną klimatycznym i melodyjnym motywem instrumentalnym. Powraca death metal, by po chwili całkowicie się wyciszyć. Gitary grają spokojnie, wręcz onirycznie. Słychać nawet delikatne ślizganie się palców po strunach akustyka... Nad tym wszystkim unosi się zachwycający, melancholijny wokal Akerfeldta. Skojarzenia mogłyby powędrować w stronę Davida Gilmoura czy Stevena Wilsona z Porcupine Tree, gdyby nie to, że głos lidera Opeth jest jeszcze piękniejszy (a może nawet "naj..."). Że o melodii, którą wyśpiewuje, już nie wspomnę. Prześliczne, akustyczne solo kończy się równie cudną wokalizą i powrotem do ekstremalnego grania. Potem jeszcze tylko jedna zwrotka i koniec. Nie, nie płyty. Pierwszego utworu, jedenastominutowego "The Moor". Jest on tu tylko jednym z siedmiu równie powalających kawałków, a i tak dla niego samego warto by było kupić "Still Life"...

Opeth Still Live


Czym jednak jest Opeth? Wiem, że próba przyporządkowania takiej muzyki do jakiegoś gatunku już w samym założeniu wyrządza jej krzywdę - bo tu nie ma ram i granic. Gdybym jednak musiał naprowadzić kogoś na właściwy trop, powiedziałbym, że Szwedzi łączą metal progresywny i death metal, bez uszczerbku dla żadnego z tych stylów, a do tej wybuchowej mieszanki dokładają jeszcze melancholijne, akustyczne brzmienia. Z jednej strony możemy więc spodziewać się brutalności, ciężaru, potężnego growlu oraz maszynowej pracy perkusji i gitar, z drugiej - finezji, wirtuozerii, mnóstwa popisów solowych, długich, rozbudowanych utworów (tylko dwa nie zbliżają się do dziesięciu minut), ciągłych zmian tempa... I piękna. Niesamowitego piękna. A najczęściej wszystkie wymienione rzeczy zachodzą naraz. I jest po prostu cudownie.


Ciekawostką może być fakt, że twórczość Opeth przyswajają także osoby, które z cięższymi odmianami metalu nie mają nic wspólnego, a krąg ich muzycznych zainteresowań wyznaczają takie kapele, jak Porcupine Tree, Riverside, Dream Theater, Pink Floyd czy późna Anathema. Wystarczy tylko zapomnieć o ograniczeniach i tego piękna się doszukać. To słuchając Szwedów przekonałem się, że i growl może zachwycać (a czegoś takiego nie spotkałem u żadnych innych, choćby najlepszych grup). A że jest ciężko (i to naprawdę, to żaden pseudometal)? Cóż - dla jednych to zaleta, a reszcie wcale ten fakt nie będzie tym razem przeszkadzał. Gwarantuję.

"Godhead's Lament". Początek z psychodelicznym i pokręconym motywem gitary. Ta prześliczna solówka, wprowadzająca do spokojnej części utworu, któej melodia zostaje w głowie już chyba na zawsze. I ta partia basu, najpierw cicha i nastrojowa, potem przechodząca w mocny riff...

"Benighted". Pięć minut akustycznego brzdąkania, pełna zadumy melancholia, wysmakowane solo i TEN głos...

"Moonlapse Vertigo". Pierwszy, porywający motyw, potem podbarwiony akustykami. Czysty śpiew, podkreślony progresywnym graniam, na zmianę z deathowymi riffami i growlem. Ten moment, kiedy po pełnej napięcia ciszy nagle wybucha powalające solo. I melodyjny, wyciszający motyw na koniec...

"Face of Melinda". Nie chce się wierzyć, że ten delikatny głos potrafi w innych utworach ryczeć. Słyszalny dźwięk palców dotykających strun, wzruszający tekst, sporo zadumy i ten chwytliwy riff pod koniec, który lubi potem chodzić po głowie...

"Serenity Painted Death". Początek, który, choć deathmetalowy, dzięki melodii wydaje się lekki. Wyciszenie po pierwszej zwrotce i eksplozja innego, świetnego riffu. Progresywne solo i przejście do strofy dziwnie przypominającej Alice In Chains. Chwila akustycznego grania w stylu Porcupine Tree. Najbardziej wściekły na albumie growl ("each and every one would die at my hands..."). Znowu przepiękna solówka. I nagle urwany koniec...

"White Cluster". Mocne uderzenie na starcie, pogmatwany riff, potem głównie progresywne granie, pełne cudnych melodii, popisowych przejść, porywających solówek, wirtuozerii i niepowtarzalnego nastroju. Nieprawdopodobne rzeczy, wyczyniane przez sekcję rytmiczną. I to cichutkie outro...

Tego wszystkiego się nie zapomina. Ta muzyka, pełna tajemnicy, mocy i mroku (ale nie "złego" mroku rodem z black metalu, tylko raczej klimatu melancholijnej, mglistej nocy) już z nami pozostaje. Mamy tu bowiem do czynienia z arcydziełem pod każdym względem. Nastroju, kompozycji, techniki, głębi, tekstów... Akerfeldt, niekwestionowany lider Opeth, oprócz napisania utworów na "Still Life", ozdobienia ich własnymi solami gitary i wspaniałym wokalem oraz wyprodukowania całości, stworzył tu także liryki. Opowiadają one historię wygnańca, który powraca w rodzinne strony, by odzyskać ukochaną i zemścić się na swoich prześladowcach. Omawiana płyta jest więc concept albumem. Do tego trudnym - w samym "Godhead's Lament" znalazłem prawie 30 nieznanych mi wyrazów, choć w rubryce "znajomość angielskiego" wpisuję "zaawansowany". Radzę więc ludziom, którzy nie ukończyli jeszcze anglistyki, by uzbroili się w słowniki.

Mogłoby się wydawać, że to dzieło tylko jednego człowieka, ale to pozory - także drugi gitarzysta Peter Lindgren oraz sekcja rytmiczna w składzie Martin Mendez - Martin Lopez dali z siebie wszystko. Szkoda tylko, że ja nie umiem tej muzyki opisać tak, jak na to zasługuje. Ale nie sugerujcie się tą nie najlepszą, zapchaną nadmiarem przymiotników recenzją. W końcu te siedem wymienionych utworów to jednocześnie siedem najlepszych powodów, by kupić "Still Life" (w oryginale - dla świetnej oprawy graficznej i dlatego, że dobrych albumów zawsze powinno słuchać się w całości, a nie z mp3, pisząc w tym czasie na gg). Także i Wy ją kupcie (i po co tyle pisania? Od tego mogłem zacząć ;)).

A ja idę słuchać.

Ocena: 95/100

PS. A jeśli weźmie się pod uwagę, że każdy następny album Opeth jest coraz dojrzalszy, a przy tym równie piękny, jak poprzednie...

Autor: Doorshlaq (doorshlaq@poczta.onet.pl) więcej recenzji: redshift.prv.pl  

   
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)