Tu jest urojone miasto. Miasto wzięte z niewiadomoczyjej wyobraźni, wyciągnięte z niej w pośpiechu pomiędzy jakimś serialem, a lekturą pospolitego romansu. Tak bywa, czasami nie zdążymy nawet porządnie zastanowić się nad swoimi urojeniami, traktujemy je niczym papierowe ręczniki jednorazowego użytku i tyle. Tyle... po nich zostaje, że lepiej nie mówić, sen wyśni się z innego snu, wystarczy dźwięk klaksonu, dekoncentrujące spojrzenie współpasażera, napis "wyprzedane" na interesującym nas dziale w sklepie odziezowym... i sen o śnie znika - jak sen jaki złoty. To materia delikatna i krucha, zupełnie jak skóra niemowlaka. Zatnie się byle długopisem.
To urojenie utrwalone, uratowane z tego stosu urojeń skazanych na wieczne potępienie w zakamarkach szuflad, lub koszy na śmieci. Nie jest alegorią. Nie jest znakiem. Na pewno nie może być miastem uniwersalnym, ani też typowym dla określonej epoki, stylu, czy narodowości. Ostrzegam z tego miejsca, że ktokolwiek zechce przez takie własnie pryzmaty patrzeć na obraz tego Miasta, napotka więcej problemów i pytań, niż rozwiązań i odpowiedzi.
Tu jest to, co może być i tylko to, co być powinno.
Syrena w oddali, zasłonięta żaluzja - wieko trumny. Trumna luksusowa, wyściełana tkaniną o ciepłym kolorze. Na wszystko znajdzie się miejsce, jest czym oddychać, w razie czego można lekko uchylić wieko. Pole manerwru wszak odrobinę ograniczone, ale czego wymagać od... Tu i ówdzie stosy książek, zapach zgniłych, pożółkłych kartek. ROZŁOŻONE dokoła ulotki, niepotrzebne rzeczy, biuletyny informacyjne. Świeczka też wewnątrz, choć lepiej nie stawiać jej w przeciągu. Nie ma potrzeby palić zniczy, jest elektryczność. Na życzenie widok innych trumien, uszeregowanych i ustawionych w kolumny, w pudełkach, po drugiej stronie, gigantyczne krematorium. Niektóre jeszcze świecą - wielkie kominy pracują nad zmniejszeniem oporu materii. Prawdopodobnie ciemno. Tutaj rodzą się wszelkie historie. Odsuwają się aksamitne zasłony...
Stąd można przenieść się na dół - schodami lepiej, po co męczyć windę, tak czy siak na pewno ktoś inny będzie jej potrzebować. Można w geście dobrej woli posłać ją na najwyższe piętro, ale istnieje tysiąc powodów dla których warto tego nie robić. Decyduje zdrowy rozsądek i przewaga liczebna argumentów. Klatka sama w sobie nie jest zła, od kiedy pomalowano ją w secesyjne koronki i fikuśne wzory, pomalowano nawet skrzynkę na listy. Dalej - dalej.
Czy kiedykolwiek widzieliście deszcz? Nie mówię tu o pospolitych kropelkach wody, spadających na was kaskadami, uderzających o wasze ciała z impetem równym przemarszowi stada słoni - nie chodzi mi też głupią mżawkę, przed którą nikt ani myśli chować się do najbliższego sklepu. Czy widzieliście deszcz? Nie wtedy, kiedy spływał łagodnie po szybach ponurych okien, kiedy bębnił o parapety waszych małych trumien, zapewniających wam poczucie komfortu - czy widzieliście deszcz? Zwykliście uciekać przed ulewą, przed gradem, nie wychodzić z domu bez parasolki lub kurtki z kapturem - deszcz w Mieście jest katorgą, szarą szarugą do potęgi szarej, nie widzieliście więc deszczu. Ci, którzy widzieli, nie muszą o tym mówić. Bo tez i nie ma o czym mówić - oglądać deszcz, znaczy patrzeć na jego skutki, na chaotycznie rozpaćkane kropelki, zastygłe w bezruchu na jakiejś szarej metalowej skrzynce - tam wybrzuszenia, zagłębienia, powierzchnia gładka staje się chropowata. Chmury odbijają się w tych miniaturowych zwierciadłach - woda, która spadła na ulice, nie miała tyle szczęścia. Zaczyna padać - brukowana kostka, tak sucha i nieskazitelna do tej pory, pokrywa się tysiącami ciemnych, malutkich łebków od szpilek. Metalowe poręcze, krople wyglądają jak ciężarne toboły, zawieszając się tak na samej krawędzi, resztkami sił broniąc się przed wszechmocną grawitacją. Widzieliście kiedyś kropelkę, która walczy o swój eteryczny byt, boi się upadku w materię? Nie zwisa tak, jak pozostałe. Rwie się do góry, za wszelką cenę chce ocalić się od zapomnienia w gigantycznym oceanie - ludzie przyjdą, stratują, odleją się - tyle tego będzie. "Tak już jest" - oznajmi inna kropla, równie zagubiona, kiedy upadek dokona się ostatecznie - "tam jest pięknie, ale rozumiesz, niepewnie. Nigdy nie wiadomo, kiedy zlecisz. Tutaj nic ci nie grozi, możesz najwyżej wsiąknąć". Milczenie, długie milczenie, zapach mokrego asfaltu, porannej rosy. Słońce wychyli się zza chmur, rozgrzeje asfalt, rozpali kostkę, rozmasuje betonowe ściany, rozbudzi drzemiące w koronach drzew pąki kwiatów - po deszczu zostanie tylko wspomnienie, wróci tam, skąd przyszedł, dopełni się cykl. A kiedy wszystko powróci na miejsce, na Miasto runie ulewa - potężna, jak nigdy dotąd. Tak będzie zawsze i nigdy inaczej. Czy kiedykolwiek widzieliście deszcz???
Nad horyzontem błyska się - i słychać zgrzyt silnika.
Nie wydaje mi się, żeby to było to miasto, które znam na co dzień. Są takie dni, w których wydaje mi się, że tak nie jest. Że to nieprawda, że to niemożliwe żebym przechadzał się właśnie tymi ulicami tego konkretnego miasta, żebym naprawdę ja był kimś, kto tak spaceruje. Są tu jakieś pozostałości, resztki po czymś, to miasto niestety nie wydaje się Czystą Esencją. Jest raczej jak dosyć słabo zaparzona herbata - przezroczyste, bez wyrazu, ale i nieszkodliwe. Stopień Urojenia rośnie, kiedy herbatę zaprawimy cynamonem, sokiem z malin, lub jakimkolwiek specyfikiem. Miasto otwiera przed nami siebie tylko wtedy, kiedy sami jesteśmy na nie otwarci. Czasem wręcz wypada się odurzyć. Czasem jednak czuje się smród.
Bo są historie które muszą pozwolić się opowiedzieć. Nie pozwalają sobą rządzić, ustawiać się wzdłuż szeregów, klasyfikować, zamykać w szuflady niczym akta operacyjne i pozwalać się wyciągać w dowolnej chwili. Są historie, które wystawiają nas na próbę czasu, kapryśne i złośliwe. Złoty miecz w słońcu lśni, "a ranna mgła podnosi tarczę wyspy", ale to niestety tylko prozaiczny banał, coś, co pozwala wypełnić przestrzeń pomiędzy kolejnymi urojeniami, zbudować nastrój, napiąć i rozciągnąć go niczym gumę balonową przyczepioną do taśmy produkcyjnej. Historie naprawde przychodzą same - ta nie jest pierwszą, na szczęście nie jest też ostatnią, Urojone Miasto prawdopodobnie nigdy się nie skończy, tak jak nigdy się nie zaczęło.
Ciąg dalszy nastąpi.
© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)