Piling

W początkach maja odwiedzam Piłę. Tym razem jest to jedynie niewielkie interludium, mały przerywnik w ważniejszych zadaniach. Dopiero co skończył się zjazd w Poznaniu, dopiero co tylko wszystko zostało odśpiewane i każdy przyjaciel ściśnięty - a już wolno mi myśleć o kolejnej przygodzie. W Warszawie pobierać się będą (i to lada dzień, i to już za chwilę!), Kasia i Grzesiek, najweselsza i chyba najdroższa ze znanych mi par. Po raz pierwszy czuję ciężar gatunkowy takich momentów: to ważna chwila, jakiś przełom, coś warte uhonorowania. W tej intencji ruszam do Piły: moralnym wydaje mi się jakoś się ogarnąć, przygotować do podróży, chciałbym też znaleźć im coś szczególnego, mapę Boliwii lub indyjski kufer. Takie podejście do miasta - jako gigantycznego straganu - nie jest sprawiedliwe; to tak jak patrzeć na dom rodzinny z perspektywy lodówki. 

Do Piły jadę wczesnym rankiem; przysypiam w autobusie, budzę się dopiero na rogatkach miasta. Wstając w Pile czuję się bardziej jak domownik; teraz wypada mi tylko przygładzić grzywkę i przejść się po mleko. Zawsze lubiłem patrzeć, jak miasto niemrawo zapełnia się ludźmi, tym razem jednak nie ma w tym nic przyjemnego - puste ulice przypominają jak mało już mam tu swojego, jak wiele miejsc i rzeczy zdążyłem potracić. Podobnie rzecz się ma z powoli pojawiającym się tłumem; nie widzę tu znajomych, tak jakby przez te półtora roku ktoś mi podmienił mieszkańców. Rozumiem oczywiście jak pocieszny jestem w tym żalu; nie pogodziłem się jeszcze z faktem, że to właśnie tracąc człowiek najbardziej bogaci się w doznaniach. A przecież i ja wyjechałem, i ja się komuś zagubiłem; może więc chodząc po Pile, zachodząc na Wyspę, włócząc się po Deptaku - wzajemnie się mijamy. Ta myśl jest niepokojąca, bo uzmysławia wielość możliwości; niełatwo jest się od niej uwolnić.

   

Tu - na Deptaku, niedaleko Skaczącego Papieża - spotykam Gosię. Gosia jest na rowerze i jest to typowa cecha tutejszych hippisów; od niedawna jeździ jednak nowszym modelem - widać i ona weszła do Unii. Na pierwszy rzut oka widać, że jest na fecie; cieszy się na mój widok, ale jest w tej radości i jakieś zakłopotanie. Nawet jednak gdyby była czysta, to spotkanie to sprawiłoby jej radość; od czasu, gdy graliśmy w bierki, lubimy ze sobą rozmawiać. Nie da się ukryć, że mimo tej nici sympatii Gosia nie tęskni, gdy mnie nie ma. Ma ona w sobie coś z dziecka: świat przestaje istnieć, gdy zamykasz oczy, ludzie zaś o tyle są istotni, o ile są tu i teraz. Takie osoby jak Gosia żyją tylko w teraźniejszości, przeszłość i przyszłość to kulisy, za które nie ma się wstępu, to przedziwny mechanizm służący do tworzenia obecnych zdarzeń. Tak żyjąc - jednowymiarowo, bez głębszego Przedtem i Potem - nie sposób jest coś utracić; tak chyba łatwiej dziś żyje się w Pile.

W między czasie dzwoni Donald. Razem z Asią jadą na stopa do Warszawy i stoją gdzieś w lubelskim miasteczku. Choć patrząc obiektywnie są w tej chwili bardziej Na Prowincji ode mnie, to czuć już w tym telefonie jakąś zapowiedź Stolicy, niczym wieżyczkę Pałacu Kultury. To kolejny cios dla lokalnego uniwersum: ani na chwilę nie można się w Pile zagubić, zapomnieć o świecie zewnętrznym. Horyzonty za bardzo się już rozszerzyły, rozszalał się Szerszy Ogląd. To trochę jak odwiedzić po latach przedszkole: wszystko, co kiedyś zachwycało, jest teraz pocieszne - ale i filigranowe.

Inaczej widzi to wszystko Rafi. Rafi - król pilskich hippisów, piętnaście lat bez miejsca zameldowania - popadł z tym miastem w stan swoistej symbiozy. Nie jest z pewnością lokalnym Chrystusem; już bliżej mu do bóstwa opiekuńczego, które w razie potrzeby jest zawsze pod ręką. Rafi od zawsze hippisuje w Pile, nie porzuca miasta; nic dziwnego, że dobitniej przeżywa bieg czasu. "Widzisz - mówi mi pod pomnikiem Staszica - w tym wszystkim najgorsza jest ta powtarzalność motywów. Ja już to przerabiałem, to już jest któryś raz; ja tracę kolejne pokolenie". Trudno się z tym nie zgodzić i od tej chwili pokorniej trzeba podchodzić do własnego żalu; i tak podskórnie czuję, że wszystko jest kwestią skali.

Rafiemu - jak powie mi na odchodnym - "wkręcam konkretną, szamańską jazdę". To miłe usłyszeć coś takiego na pożegnanie; to jak flashback, retrospekcja Dobrych Starych Czasów. Przez chwilę znowu czuję się bardzo u siebie; wszystko zależy od nastawienia, punktu odniesienia jaki wybierzemy. Można przyjąć przecież, że z Kasią i Przemem jesteśmy tylko na przedłużających się wakacjach; gdy System się zazębi - wrócimy do Piły. A tu przecież, choć wielu już brakuje, kręcą się wciąż nasi dobrzy hippisi; pod naskórkiem miasta, pod jego martwą tkanką, sączy się nadal Era Wodnika. Trzeba patrzeć z tej perspektywy: małe bywa wielkie w odpowiednim świetle. 

Michał "UnionJack" Krotoszyński