Bez sensu, ale do rymu.


A przyszli w nocy i było ich siedmioro, każdy z wytatuowaną złością na czole. Byli szerocy, że w drzwiach się nie mieścili, a mieli duże pięści, a w pięściach kastety. Zapełniło mój pokój szatańskie nasienie, a w powietrzu wisiały rękoczyny. Schowałem się do szafy, by to mnie ominęło, lecz wywlekli mnie stamtąd i groźnie spojrzeli. Skuliłem się w strachu, a oni tak stali. A ja nic nie mówiłem. A oni milczeli. Czułem jak ulatniała się adrenalina, a łomot mego serca doprowadzał mnie do szaleństwa. I wtedy punkt krytyczny nastąpił zdarzenia, bo jednak bandyci mieli coś do powiedzenia:

"Przestań mówić rymem, do cholery wieloryba! A przestań ty kaleczyć składnię, ty przepuklino mamuta! Bo ani z ciebie Mistrz Yoda, ty łbie zakuty, ani żeby ci przypierdolić, z nas nie Nowa Huta!"

A wówczas otrzeźwienie spłynęło na mój umysł i me ciało. A jak się stać miało, tak się stało. Powoli próbowałem oswoić się z myślą, że może a faktycznie czas posłuchać silniejszego, że w tym całym kalectwie języka mojego, nie ma sensu nawet najmniejszego. Ani się dobrze tego nie czyta, ani wynieść z tego nie można niczego. I już chciałem powiedzieć coś bez rymu, sensownego, gdy nagle mgła z oczu mych zeszła i znów poczułem ciężkość powietrza. Bo oni nadal tam byli. A stali przy mnie, tak jakby czekali. Stres zablokował mój umysł i ciało, więc jeszcze raz chórem zakrzyknęli śmiało:

"Powiedzieliśmy ciebie coś, ty potłuczony debilu! Ani my nie przyszliśmy tu do ciebie na zaloty, pomrugać oczami, ani z ciebie nie Kleopatra, królowa Nilu! Więc powiedz coś bez rymu! Bez rymu, ty zbutwiały kretynu!"

A tym mnie dobili. Poczułem jakby dali mi w mordę i mocno zranili. Więc zacząłem myśleć nad tym co mam powiedzieć. Usiadłem na krześle i wstałem, bo nie mogłem usiedzieć. A zacząłem się męczyć i pocić z wysiłku. Chciałem im pokazać, że jednak potrafię, tylko potrzebowałem czasu do namysłu. A już wychodzić chcieli, bo się w nich gotowało. A chcieli machnąć ręką, nie widząc nadziei. Serce waliło mi, jakby chciało wyskoczyć z klatki niczym ptak. Nabrałem, więc powietrza, by dać im znak, że zaraz coś powiem... I wtedy coś mi pękło, jakaś żyłka w głowie. Zdołałem tylko wykrztusić: "Panowie, wezwijcie pogotowie!"



Autor: Leniwiec
l.e.n@wp.pl