Wiosna, burza, menele i … mrówki.

 

Sobota, 28 kwietnia roku pańskiego 2007, około godziny 23. Ciepło. W domu jest nawet bardziej niż ciepło*. Znudzony kolejnym nudnym i do bólu standardowym programem w TVP (nieważne czy to wiadomości, film, czy jakiś nudny teleturniej, i tak wszystko powtarza się, co dzień po 5 razy), postanawiam wyjść sobie na powietrze. Ale nie tak normalnie, przez frontowe drzwi, na pobliską ulicę rozświetloną latarnią. To nie miałoby sensu, przecież tak każdy robi, co dzień i to bardzo często (no, może poza Babcią, która w wieku 82 lat ogranicza się do wyjścia do kościoła w niedzielę). Wychodzę więc drzwiami, które prowadzą na drugą stronę mojego podwórka, przez coś, co dawniej nazywało się sień, a teraz raczej wygląda jak przedpokój. Naciskam klamkę, drzwi otwierają się z wyraźnym skrzypnięciem. Znam ten odgłos bardzo dobrze. Jest on jednym z pierwszych, jakie zapamiętałem w swoim życiu i będę pamiętał do jego końca. Dlaczego? Bo za tymi drzwiami zawsze jest inny świat niż za tymi nudnym, zwyczajnymi drzwiami frontowymi. Tam jest codzienna rutyna – wiadomo rano - drzwi, ulica, przystanek, szkoła; popołudnie w odwrotnej kolejności. Gdziekolwiek by się nie wychodziło, trzeba iść po tej samej drodze. A ja tego nie lubię…

Moje „drzwi do innego świata” otwierają się i co widzę? Nic, bo teraz najlepiej jest oczy zamknąć i postąpić kilka kroków naprzód, po starych i lekko krzywych już płytkach. Wtedy wkracza się w świat odczuć mentalnych, dźwięków i zapachów. I nie są to standardowe odczucia, jak za wspomnianymi już standardowymi drzwiami. Nie czuję się tu naszej wspaniałej cywilizacji, objawiającej się głównie hałasem, nieważne czy jego źródłem jest jakiś szalony kierowca na pobliskiej głównej ulicy mojego miasteczka, czy też stado pijanych „ludzi” idących sobie z baru lub do baru, znajdującego się w centrum tegoż miasteczka, przy wspomnianej ulicy (najgorzej jeśli kierowca jest również pijanyJ). A „po drugiej stronie lustra” jest świat inny. Lekki wiatr otacza mnie i przynosi zapach deszczu, przy odrobinie koncentracji i wyobraźni można ten deszcz wyczuć w powietrzu, choć wcale nie pada. Stawiam kolejny krok, otacza mnie cisza, nieopodal widzę kwitnącą gruszkę i robię to, chociaż dalej nie otwieram oczu. Zapach jest urzekający. Następny krok – zapach zroszonej, świeżej trawy – nieopodal zapach świeżo rozkopanej ziemi, i kilku różnych kwiatów. Nie znam ich gatunków, ale zapachy znakomicie. Nieopodal, na ścianie domu znajduje się niewielki otwór. Wystarczy zbliżyć do niego ucho, aby usłyszeć delikatne i rytmiczne chrobotanie. To mrówki.(przy absolutnej ciszy naprawdę je słychać!) Po raz pierwszy od dobrych 20 minut otwieram oczy. W lekkim świetle, które dochodzi z okna z mojego pokoju dostrzegam małe, ciemne przecinki wędrujące w tę i z powrotem, z otworu w ziemi do otworu w ścianie. Po dokładniejszej obserwacji okazuje się, że każdy niesie ziarenko piasku. Jest ewidentnie wiosna. Mrówki zawsze wnoszą piasek na wiosnę, a wynoszą na zimę. Przynajmniej te przy moim domu. Zawsze. Od kilkunastu lat to obserwuję i zawsze tak jest. Ewidentnie wiosna nastała. Podnoszę się i odwracam tyłem do mrówek (nie, nie obrażam się nie, nich sobie w spokoju pracująJ). Widok jest jak zawsze ciekawy. Przed sobą jak na dłoni widzę blisko stumetrowy komin(pozostałość po zakładzie produkującym farby). Jest oświetlony czerwonymi lampkami. Wiatr robi się silniejszy. Jest ciepło. Wiosna. W oddali, nad lasem wielka łuna. Pożar? Nie, to tylko światła znad Kielc, oddalonych o dobre 60 kilometrów ode mnie. Ale widok łuny jest przedni. Wiatr wzmaga się jeszcze bardziej. Teraz najlepiej stanąć tak, aby wiał prosto we mnie. Uczucie jest genialne. Zbliża się północ, ale jest ciepło, więc można „łapać wiatr” w samej koszulce i szortach. Powietrze niesie ze sobą coraz wyraźniejszy zapach deszczu, pojawia się zapach lasu, wielu kwitnących drzew z sadu sąsiada. W oddali nagle widać przez ułamek sekundy błysk. Potem drugi, trzeci… z oddali słychać ciche pomrukiwania burzy. Nagle mogę sobie obejrzeć pobliską okolicę bardzo dokładnie. Efekt piorunu pojawiającego się na niebie i rozświetlającego okolice jest nie do opisania. Liczę sekundy, dochodzę do 6 i po niebie przetacza się grzmot. Długo. Im dłużej trwa, tym mocniej go słychać, w kulminacyjnej fazie wyraźnie „trzeszczą” szyby w moim oknie(efekt sprawdzony wielokrotnie, ale na oknach z drewna, a nie tandetnych „plastikach”). Co robię? Każdy inny poszedłby do domu. Ale nie ja. Uwielbiam burze, a ta jest pierwsza w tym roku. Zaczyna padać lekki deszcz. Jest ciepło. Wiosna. Kolejny błysk, znakomicie widać smukłą linie piorunu, za chwilę następny, tym razem rozwidlający się w wiele linii. Zjawisk znakomici potęguje noc. Ciemna noc. Ciemne niebo. Liczę sekundy – 3 i nastaje potężny grzmot. Jest krótki, już wtóruje mu jeszcze potężniejszy i tym razem dłuższy. Potęga i moc tego zjawiska zawsze mnie fascynuje, więc czekam, co będzie dalej. Jest już grubo po północy(a jak wiadomo jest to godzina duchówJ). Słychać jakiś pisk i nagłe trzepotanie skrzydłami. Odgłos gromu musiał obudzić jakiegoś śpiącego ptaka. Ale czy na pewno? Zwierzęta odczuwają takie zjawiska w specyficzny sposób,(co widać po moich dwóch „dobermanach”, które próbują się schować pod dywanJ). Oddałbym wiele, żeby dowiedzieć się, w jaki. W końcu były na świecie grubo przed nami(zwierzęta, a nie moje psyJ). Deszcz popaduję już sobie dość raźnie, niestety błyska się jakby mniej i dalej. Postanawiam schować się pod dach(do tej pory, jak kto głupi stałem na środku trawnika i gapiłem się w nieboJ) Zapach padającego deszczu otacza mnie ze wszystkich stron. Zapominam o swoim życiu całkowicie, jest tylko padający deszcz i ja. Można zatopić się w ten stan i „odlecieć”**. Moje mokre ubranie przypomina mi jednak, że to dopiero wiosna, a nie lato, więc może lepiej wrócić do ciepłego domu? Podjęcie decyzji przerywa mi nagle śpiew. Chociaż nie, to jest raczej bełkotliwe darcie ryja. Sowa są raczej niezrozumiałe, można wyłowić jakieś strzępki przekleństw i tandetnych rymów. Ale po co? Przecież tak jest co sobotę w nocy. Grupka meneli wraca właśnie z zamkniętego pewnie przed chwilą baru. Nie musze patrzeć, by wiedzieć, że jednego prowadzi rower, drugiego płoty i ogrodzenia domów, a trzeciego tzw. „automatyczny pilot”, czyli jedna ręka wyciągnięta przed siebie. Szybko przechodzę przez moje „skrzypiące” drzwi i zamykam je. Staram się nie myśleć o niczym, żeby nie niszczyć klimatu, w który wprowadzałem się w ostatnie 2 godziny. Szybki prysznic(jakby tego z deszczu było mało, ale tera kwaśne deszcze są, nie?J) i do łóżka. Gaszę światło, nastaje ciemność. W pokoju jest już przyjemnie, otwarte okno zrobił swoje. Co jakiś czas wpada przez nie na ułamek sekundy lekka poświata odchodzącej burzy. Pada deszcz. Jest ciepło. Krople wody z rynny rytmicznie uderzają w parapet przy moim oknie. Zasypiam w towarzystwie deszczu, świeżości, który przynosi. Moja ostatnie myśl – jutro będzie na pewno piękny dzień. Jak to zawsze po burzy. I na wiosnę.

                         

                                                                                                                               Caramondl

 

 

Dyskografia towarzysząca mi przy pisaniu i rozmyślaniach:

 

  -  Anathema – The Silent Enigma

  -  Coma - Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków

  -  Stream Of Passion - Live In The Real World

  -  Dream Theater - Six Degrees Of Inner Turbulence

 

* - jak się ma piec od centralnego w pokoju, który produkuje całą ciepłą wodę dla reszty domu, nawet w lato jak jest 30 stopni, to jest naprawdę gorąco.

    ** - znam ludzi, którzy lubią „odlatywać” przy użyciu wszelakich używek. A ja mam tak jak pada, błyska się i grzmi. Im bardziej i im jestem tego bliżej, tym lepiejJ.

 

PS –  chcesz – napisz coś Caramondl@vp.pl  (uwaga, mam net tylko parę razy w tygodniu, więc nie odpowiem za szybko)