Sztandar.

          Dość dużo czasu minęło, od kiedy opuściłem mury gimnazjum. Z okresu tamtego pamiętam, że wszelkie czynności, które za bardzo ingerowały w moje lenistwo, odrzucałem z zasady. Ach, piękne to były czasy. Dziś z przerażeniem stwierdziłem, że zapieprzam jak dziecko jakiegoś Japończyka i nie ma już czynności w moim terminarzu, które by w moje lenistwo nie ingerowały. Najgłupszą rzeczą, jaka zajmuje mój czas, jest uczestnictwo w takiej szopce, co się pocztem sztandarowym nazywa.

          Sztandar szkoły to taki kawałek szmaty na kiju, na którego widok normalni ludzie odwracają się na pięcie, po czym oddalają się – nie trzeba chyba dodawać, że pospiesznym krokiem – żeby czasem nie zostać zmuszonym do wyjścia z owym proporcem. A moja skromna osoba, pałająca nienawiścią w do wszelkich spędów w ryneczkach, kościółkach itp. została przymusowym ochotnikiem do reprezentowania szkoły w towarzystwie wspomnianej chorągiewki. A więc reprezentuję szkołę, stojąc w jakiejś podstarzałej marynarce szkolnej, białej koszulce i kurwatce (też szkolnej = idiotycznej) zawiązanej pod szyją. Inni reprezentujący sztandar, choć ubrani podobnie, całkiem się ode mnie różnią, nie tylko zwisem męskim prostym (krawatem znaczy się). Ciężko w to uwierzyć, ale indywidua, które mam na myśli, cały cyrk ze sztandarem traktują niezdrowo wręcz poważnie. Ja swoją dupę staram się ulokować gdziekolwiek, gdzie to tylko możliwe, czyli parapety, balustrady czy inne poręcze. Z miejsc takich dokonuję obserwacji tego dziwnego zjawiska, jakim są inni kretyni, którzy dali się wrobić. Obserwacje tego elementu przyrody, który został przez ewolucję dziwnie łaskawie potraktowany, są bliźniaczo do siebie podobne: Organizm taki potrafi przez 3 godziny stać na baczność. Jakby nie patrzeć, bydlęta twarde są.

          Obserwacją o wiele ciekawszą jest poczęstunek następujący po czymś bardzo, ale to bardzo świętym tudzież ważnym, nie mogącym odbyć się bez obecności szmat z nazwami szkół. Dobrze jest, jeśli taki poczęstunek w ogóle się odbywa. Jeszcze lepiej, jeśli można z niego skorzystać. Bo ciężko pić sok z kartonu, kiedy nikt nie udostępni kubeczków. Ciekawszym obiektem obserwacji dla mnie, jako obserwatora zachowań „życiopodobnych”, są zwyczaje żywieniowe tzw. VIP-ów. Nie będą oni jeść tego, co żre jakaś tam hołota, więc mają oddzielną salę. Wszak kontakt wzrokowy z takim pospólstwem pozbieranym z różnych szkółek i szkół mógłby grozić rozstrojem biskupiego brzuszyska czy zanikiem apetytu jakiejś tłustej burmistrz, czy innej radnej. Jednak, jako że staram się być obserwatorem dość uważnym, mojej uwadze nie ubiegł i lokalny parias, czyli jakiś organizm pierwotny, którego cel udzielania się nie jest jeszcze do końca znany, nawet samemu organizmowi. W ogólnej hierarchii jest on jednokomórkowym producentem, którego miejsce znajduje się na najniższym szczeblu drabiny pokarmowej – dla tego gatunku nie jest przewidziany poczęstunek, więc nigdy nie jest dane mu dopchać się do koryta.

          Każdemu przyporządkowanie jest jakieś miejsce. Jedni żrą dużo i najlepsze kąski, inni okazjonalnie ściepy ze stołu, ale są i tacy, co od koryta zostają odepchnięci, albo raczej nie dopuszczeni. Jest to forma aktywności szkolnej - można chyba tak powiedzieć – edukacji. Uczą po prostu, gdzie jest czyje miejsce. A wiedzę tę będziemy wykorzystywać całe życie.

ABSURD