SIEDMIU WSPANIAŁYCH

czyli rzecz

 o

 FACETACH MOJEGO ŻYCIA

* * *
 

Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy,
mmm, orły, sokoły, herosy!?
Gdzie ci mężczyźni na miarę czasów,
gdzie te chłopy!? - Jeeeee!

 

* * *

Wszyscy, jak jeden mąż siedzą w mojej głowie i sercu, a każdy z nich jest zarówno pierwszym, jak i ostatnim; początkiem i końcem. Bałamutnie jedynym i genialnie właściwym.

Pierwszy wypełnia się przez ostatniego, a ostatni jest pierwszym.

Mają mnie całą, oddaną nieśmiałą i słodką, zuchwałą i bezczelną, szalenie grzeczną, święcie krnąbrną i ostatecznie jedyną.
Potrafią stworzyć mi Niebo na Ziemi, z hukiem otwierają wszystkie bramy pragnień oraz marzeń. I niosą mnie przez życie. W końcu są moim Życiem.

BRAT

Michał Szczubret urodził się dziesiątego dnia sierpnia, roku pańskiego pamiętnego 1991, kiedy to rządy państw Chorwacji i Słowenii ogłosiły niepodległość obydwu krajów, Radio Maryja rozpoczęło nadawanie swojego programu, a Serge Gainsbourg odszedł na wieczną aktorską wartę.

Miałam wtedy lat genialnych sześć, chadzałam w żółtych sukienkach do zerówki i nienawidziłam kawy zbożowej. Michał był się urodził jako Murzyn. Przynajmniej tak też wydawało mi się na początku. Miał ciemną karnację, czarne włosy i monumentalnie płakał. Pierwszego dnia po wyjściu ze szpitala ukazał mi się właśnie taki – w całej swej afro-okazałości, a ja szlochałam, bo nie chciałam, żeby któregoś dnia przyszli do nas do domu jacyś Afrykańczycy i zabrali mi Brata, mojego jedynego i genialnego, co by go ustanowić Królem Safari.
Na całe szczęście Brat troszkę urósł, wypłowiał, nabrał słowiańskich rumieńców, jego monumentalny płacz przeszedł w jeszcze bardziej monumentalny krzyk; ale to tylko potwierdzało moją teorię na prawdziwość jego genów, tak bardzo w tym momencie podobnych do moich. Odetchnęłam z ulgą.

Zakochałam się w nim tak naprawdę w roku 1995. Dwudziestego trzeciego czerwca. Brat zwykł chadzać w tym czasie w małych, beżowych kalesonkach i butach na rzep. Ganiał chrabąszcze majowe łapiąc je rakietą tenisową, lubował się w piaskowych babach i całymi dniami lepił je w pobliskiej piaskownicy, a także rysował po ścianach domowych – zwierzaki i resoraki – co przyprawiało Mateczkę o ból głowy.

Pamiętnego dnia czerwca, dzień po przesileniu letnim Brat wyruszył z domu na poszukiwanie Dziadzia naszego, który w jego przestrzeni myślowo-czuciowej zaginął!

Wyruszył z domu w krótkich spodenkach i żółtej koszulce, z plastikową ciężarówką na sznureczku i buzią umorusaną od czekolady; a prowadziło go pragnienie wielkie: poczucie obowiązku i ten zew drzemiący w każdym małym mężczyźnie, który każe walczyć i nigdy, ale to przenigdy się nie poddawać, choćby nie wiem co!

A lato było piękne tego roku.

Brat szukał Dziadzia w salonie i kuchni, w łazience i przedpokoju. Przeczesał cały ogródek, sprawdził każdą grządkę, każdą rabatkę, zajrzał do skrzynki pocztowej i małego garażyku, w którym Dziadziuś zwykł przechowywać swoją motorynkę.

Ale nigdzie go nie było! Ani w wielkim zegarze, ani pod stołem, ni w młynku do kawy czy nawet w szafie na płaszcze. Po przeczesaniu całego domu i jego okolicy Brat podjął decyzję zgoła heroiczną – postanowił oto bowiem opuścić dom swój rodzinny, wyjść za próg i udać się w podróż na sąsiednią ulicę, na której to Dziadziuś zwykł przesiadywać u swojego przyjaciela, niejakiego Pana Gałki.
Lecz i tam, o bogowie, i tam go nie znalazł! Co więcej!
Sam się zagubił!
Jakie było moje przerażenie, gdy na pytanie Mateczki: gdzie jest Michałek, nie potrafiłam podać jednoznacznej odpowiedzi. Przecież jeszcze chwilę temu był tu – na wyciągnięcie ręki, bawił się swoją żółtą ciężarówką i jadł czekoladę.
W moim dziesięcioletnim sercu zatańczyły motyle przerażenia. Pobiegłam do salonu, do kuchni, do łazienki i obydwu przedpokojów, przeczesałam ogród i podwórze, jak burza wpadłam do Dziadzia, gdzie ten ostatni herbacował ze swoim przyjacielem – panem Gałką i ze łzami w oczach wyjąkałam, że Michałek zaginął.
Stamtąd z duszą na ramieniu, przytrzymującą się krótkiego rękawa mojej sukienki wybiegłam jeszcze raz na podwórze, zaglądnęłam do każdego zakątka, zajrzałam pod każdy krzew, wzdłuż i wszerz przekopałam piaskownicę.

Słońce zgasło. O jakże zwinne są i młode

Zmierzchy czerwca, nim w północ głuchą się przesilą!

Wiedziona przeczuciem ruszyłam w kierunku sąsiedniej ulicy. Szybki zakręt, klatka schodowa…

I oto jest -  mały, zapłakany mężczyzna w żółtych spodenkach i z twarzyczką umorusaną czekoladą, beczący doniośle, doniośleeeej, najdoniośleeeeeeeej…
I tupot stóp moich, i ten szloch z piersi wykwitający, i tulenie brata ogromne, całowanie po włosach, twarzyczce, po tej czekoladzie zalegającej na policzkach. I pewność, że już nic nie jest ważne, bo jest ON.

* * *

Dziś mija prawie siedemnaście lat, odkąd spotkałam go po raz pierwszy. Braciszek stał się Bratem, z bab piaskowych zrezygnował na rzecz dziewcząt śmiejących się szmerem strumieni, a żółtą ciężarówkę zamienił na szachy, gry komputerowe i maniakalne lenienie się.

Dziś śmieje się ze mnie do rozpuku, gdy próbuję wygrać z nim w jakiejś strzelance, mierzwi mi włosy, kiedy za mocno się do niego przytulam i na każde pytanie skierowane w jego stronę, nawet to najbardziej poważne, odpowiada lakonicznym: Bodzio?
Zaś kiedy wypominam mu znajomość jego ulubionej książki autorstwa Elizki O., tłumaczy się argentyńskim zaćmieniem mózgu i wpływem ruchów kosmicznych na zdolność jego percepcji.

Kobieta, z którą zwiąże się mój Brat, będzie największą szczęściarą na Ziemi. Nikt tak jak on, nie potrafi w końcu udawać Shakiry, płakać nad surówkami, których prawdziwie nie znosi i nudzić się w kościele udając męczennika za wiarę.
Facet mojego życia.

DZIADEK


Stanisław Jaskółka zwykł mawiać, że wszystko zawsze zaczyna się w tym samym miejscu – gdzieś na granicy obowiązku i marzenia, w punkcie wyjścia, w którym zawsze można, a nawet trzeba – brać zuchwale i z wiarą, to, co nam życie niesie, w każdym najmniejszym swoim szczególe. Że najważniejsze zawsze pozostanie to samo – iść przed siebie tak, jak potrafi się najlepiej, próbować i starać się, bo od tego mamy to nasze życie.

Krywe nad Sanem, Królestwo Jaskółek, zaścianek nabrzmiały gorącym latem, znojem i trudem dnia codziennego. Miejsce gdzieś na pograniczu kultur, które przesiąknięte pierwotną dążnością do spełnienia w pracy zawiera w sobie niekończące się źródło życia, wielki łańcuch bytu.

Rano zaczyna się tu przed piątą. Słońce blade i zaspane zrywa ptaki z drzew zachęcając je do śpiewu. To jest znak dla całego sioła, że oto zaczyna się kolejna wędrówka dnia codziennego od nadiru do zefiru. Stasiek o tej porze zwykł podnosić się właśnie z siennika, budzić swoje liczne rodzeństwo, by zaraz potem biec oporządzić gospodarstwo. Do jego codziennych zajęć należało wypasanie krów, w czasie letnim obowiązkowe sianokosy, praca w ogrodzie i zwózka drewna z lasu. Wieczorem zwykł łowić ryby, babrać się w błotach i bagnach wszelkiego rodzaju w poszukiwaniu broni, czy też pomagać w pracach we wsi.

O tak, w okolicznych bagnach i bagniskach wszelkiej maści można było odnaleźć nie lada skarby. Broń palną, czasem nawet całkiem nieźle zachowaną, fragmenty niedopałów, nawet sprzęty użytku domowego w częściach: dzbany, potłuczone miski, a także książki, które choć nieczytelne, to woniejące dawnością i leśnym podszyciem, przywodzącym na myśl czasy dawne kozaków rejestrowych, powstań narodowych, o których pełno w dumkach i pieniach ukraińskich.

Rano zaczyna się przed piątą. Bolące nogi zawsze można zanurzyć w Sanie, w miejscu, gdzie chodzi się na orzechy, zielone jeszcze i twarde, ale jakże rozkosznie trzeszczące między zębami, gdy po całym dniu pracy rwie się je garściami, a potem wpija w ich gorzki miąższ, w drodze powrotnej z pola.

Bolące nogi niosą człowieka najpierw do sieni z glinianą podłogą, gdzie zakłada się jakieś prowizoryczne buty, o ile się je ma, a następnie podąża się na pole, gdzie cała przyroda dudni i czeka na kolejny dzień pełen pracy i znoju.

Bolące nogi są dla Staśka czymś tak naturalnym, jak to, że ma ośmioro rodzeństwa, że słońce wschodzi i zachodzi, a mały palec u ręki jest najmniej potrzebny przy sianokosach.

Stasiek jest najstarszym synem Katarzyny i Dymitra Jaskółów. Urodził się w pamiętnym dla siebie i dla mnie roku 1927, kiedy świat odpoczywał po wielkiej wojnie i na nowo uczył się uśmiechu dziecka, zapachu konwalii i tej zuchwałości zaklętej w wierze szalonej, która życie determinuje, przez życie się określa i życie stanowi.

Matkę kochał tak, jak się kocha kobietę życia, wiernie, zapamiętale i czule, z tą pewną dozą szaleństwa, ale i konieczności, która wypływa z potrzeby i pewności serca.
Tak i ja go kocham.

Nauczył mnie tego, co najpiękniejsze, najlepsze. Życiem swoim i postępowaniem pokazał mi, że najważniejszy jest drugi człowiek, że to dla niego trzeba się starać; że tradycja i historia, rodzina, to taki bastion serca, który pozwala odnaleźć nam się TU i TERAZ. Pokazał mi czym jest wybaczenie i zrozumienie, że mimo tego, iż wypędzono go jako dwudziestolatka z rodzinnego domu, spalono małą ojczyznę, wyklęto, trzymano po więzieniach, zabito ojca i przypięto straszliwą etykietkę brudnego Ukraińca; że nie pozwolono wrócić, ale rzucono w wir nowego świata pełnego represji i niesprawiedliwości, to mimo tego pokazał mi, że można kochać, można rozumieć i krzywdę na pracę przełożyć.

Nikt tak, jak Dziadek nie uświadomił mi tego, czym może być życie. Nigdy nie zapomnę tych słów, które zawsze zwykł powtarzać: Wszystko zaczyna się w tym samym miejscu i z dobrodusznym uśmiechem wskazywał palcem na swoją lewą pierś.


GANDALF


            Nie znoszę go! Tłucze mnie swoją różdżką, kiedy tylko ma zły humor, rozwala się w fotelu i pali to śmierdzące ziele z drugiej ćwiartki! Zawsze zadymi mi tym cały pokój, zwali coś z półki, gdy w ferworze walki wywija swoim kijem i wyzywa mnie od bękartów. Nie znoszę go!!!
Ale nie mogę o nim przestać myśleć. Skubaniec jeden siedzi mi w głowie i sercu, przygrywa w duszy. I tak w gruncie rzeczy, to uwielbia mnie, a ja uwielbiam jego. Odkąd odszedł mój Dziadziuś to ten skurczybyk się mną opiekuje i nie pozwala zapomnieć o obowiązkach względem ludzkości.

Mówi mi, że jestem Małą Rozbójniczką i muszę dbać o takiego starego dziadygę jak on, ale ja dobrze wiem, że to jest podła stylizacja i mistyfikacja. Dziadyga? Widzieli go państwo, jak kokietuje! Toż to facet w sile wieku, zapuścił sobie brodę i myśli, że kozaczy. A silny jest jak dąb. Co tam jeden! Jak sześćdziesiąt dziewięć dębów z rozłożystymi konarami i strzelistymi wierzchołkami. Jednym mrugnięciem oka rozbraja każdego gołębia i niedobrego ślimaka. Mnie ujarzmia jednym uśmiechem.
Nigdy nie mogę się na niego długo gniewać. Posiada w sobie takie pokłady genialności, nieskończoności dobrego humoru i szaleństwa, że choćbym nie chciała, to i tak jestem jego.

Lubię słuchać, jak opowiada mi o rzeczach różnych i różnorakich, rozsiada się podówczas w moim zielonym fotelu, włosy zaczesuje do tyłu (wtedy śmieję się, że wygląda, jak Banderas, ale jeden łupniak z łokcia wybija mi z głowy wszelką ochotę do tego typu żartów) i paląc to dziadowskie dziadostwo o nieokreślonym kolorze prawi mi o przesunięciach planet, kosmicznych dziejach, o kochankach i zdradzonych, o wiernych i złoczyńcach, o tym, co pierwsze i co ostatnie.
Ponad to, ten buraczany starzec wie jak zrobić coś, z niczego. Obstawiam, że to on wymyślił ów bałamutny serial z panem eM., co ze wsuwki do włosów robił helikopter, a z długopisu bombowiec. Na bank!

Dostałam z łokcia za zdradzanie tajemnic…

Och, jak ja go nie znoszę!

BOHUN


Ej, ty na szybkim koniu, gdzie pędzisz kozacze,
Czy zaoczył zająca, co po stepie skacze?
Czy rozigrawszy myśli, chcesz użyć swobody
I z wiatrem ukraińskim puścić się w zawody?
Lub może do swej lubej, co czeka wśrzód niwy,
Nucąc żałosną dumkę lecisz niecierpliwy?


        Zawsze wraca. Choćby miał wyjechać na rok, czy dwa, stoczyć tysiące potyczek, wygrać setki bitew, popaść w niewolę, następnie z niej się wyswobodzić i ostatkiem sił dotrzeć do swojej ojczyzny, to zawsze wróci. Stanie w progu wysoki i ciemny, z czołem chmurnym i wzrokiem przenikliwym, zrzuci czapkę, oprze się na szabli i twardym, melodyjnym głosem wyszepcze: Podajże diw’czyno maja harnaja ruczeńku… A ja ani chwili się nie waham, podrywam się z miejsca i nie tylko rękę mu daję, ale i całą siebie, w ramiona mu się rzucam i pozwalam się tulić, i w tej chwili powrotnej jestem mu i siostrą, i matką, i żoną. 

To przedłużenie mojej miłości do stepów Ukrainy i łąk pachnących burzanem. Wolność zaklęta w pieśniach ojczyźnianych i krzyk bitew zaległy na Podolu i Wołyniu od setek lat. To taki kandydat z ręki Dziadka. Czytam się w nim do poduszki.


TADEUSZ „ZOŚKA” ZAWADZKI


Zawsze chciałam być, jak Tadeusz.

Zawsze chciałam być z Tadeuszem. Ganiać się po wąskich korytarzach gimnazjum Batorego, wieczorami spotykać się z Pomarańczarnią, na wiosnę wyruszać na wędrówki do podwarszawskich miejscowości, rozbijać się gdzieś pod lasem, łowić ryby, palić ogniska, a zimą snuć marzenia o tym wszystkich na strychach i poddaszach kamienic racząc się gorącą herbatą i chlebem z masłem.
Chciałam grać w piłkę nożną, nosić tarczę z warszawską 23DH i śmiać się do rozpuku z  czasem durnowatych pomysłów Alka.

Chciałam widzieć go takiego, jakim był. Trochę nieśmiałego, trochę zagubionego, ale wewnątrz tak bardzo pewnego, tak bardzo wierzącego w to, co dla niego najważniejsze. Chciałam wyszywać mu i chłopakom te ich śmieszne sztandary, sprawności, pruć to po nocach, gdyby nie wychodziło i być zaskakiwaną tak przez świt. Z ciążącą głową i piaskiem pod powiekami kłuć się w palce i cicho ziewając zasłaniać usta małymi, dziewczęcymi dłońmi. A rano biec na wspólne spotkania, gawędzić o teraźniejszości, snuć plany na przyszłość i na tym budować naszą młodzieńczą wiarę, pachnącą pomarańczami.

Chciałam być przy nim, wtedy, gdy wątpił, gdy się bał, kiedy zażywał krople walerianowe i płakał.
On jest ucieleśnieniem tych wszystkich młodych chłopców i dziewcząt tamtych lat. Jest moim bratem, moim dziadkiem, który zginął w powstaniu, jest moją pamięcią, moją bezinteresownością i dobrą myślą.

Kuzynka babci, która chodziła z nim do jednego gimnazjum zwykła mówić o nim, że wyglądał zawsze, jak taki pogodny cień człowieka. Idący za wszystkimi, będący zawsze – niby niedostrzegalny, nieobecny, a jednak tak istotnie spowinowacony ze słońcem! Lech Pomarańczowy.

Mam szczerą wolę całym mym życiem
służyć bliźniemu, Tobie i Temu,
z którego woli jestem i żyję, i będą wierna.
Po przyrzeczeniu!


PROFESOR eS.


Kto by się mógł spodziewać tego, że niejaki Marian Gawalewicz, pisarz i publicysta epoki pozytywizmu, pan reżyser teatrów w Łodzi i Warszawie, autor licznych komedii i powieści społeczno-obyczajowych, stanie się dla mnie kimś takim, jak Papież dla katolików, Królowa Matka dla pszczół, Wikipedia dla internautów czy Adam Mickiewicz dla Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Tak, Marian Gawalewicz, to osobistość dla żywota mego istotna i wielce znacząca. To bohater pracy habilitacyjnej Profesora eS.

Profesor eS. nie śpi. Profesor eS. czuwa. Obudzony w środku nocy bez zająknienia poda daty graniczne epoki prepozytywizmu, pozytywizmu właściwego, wyrecytuje założenia przełomu antypozytywistycznego i pozytywnie orzeknie coś niecoś o Marianie G. No właśnie – Profesor eS. nie mówi – Profesor orzeka!

Chadza w długim, ciemnym płaszczu, w kapeluszu o szerokim rondzie, i przed tymi jego szerokimi ramionami, szerokim spojrzeniem nic nie waży się uciec.

Wpadłam jak śliwka w kompot już w czasie pierwszego wykładu. Kiedy wszedł na katedrę krokiem dumnym, acz genialnym, mocnym, a wyszukanym, zdjął płaszcz, zdjął kapelusz, omiótł salę wejrzeniem przepastnym i zaczął swoje… mruczando!

Mhmmmmmmm…

Tak, Profesor eS. uwielbia mruczeć. Mruczy przy każdej nadarzającej się okazji: między leksemem „wykoncypować” a „paradygmat”, między jednym westchnieniem do Klotyldy de Vaux a drugim, między dziesiątą czterdzieści trzy, a dziesiątą czterdzieści cztery, słowem, przy każdej nadarzającej się tylko okazji, kiedy to nie musi akurat odetchnąć, odkaszlnąć czy kichnąć.

A jak on gestykuluje!

Wody!

Dłoń jedną o drugą pociera, palce prostuje, ramiona pręży, i całym sobą napiera na katedrę! A jeszcze jeśli do tego dołączy i mruczando, a potem chwilę zaciszenia! A potem znów mruczando!
O! Bogowie!

Wody!


KAPITAN

A Ty mnie na Wyspy Szczęśliwe zawieź…

Spanie to moja pasja. Uwielbiam zanurzać się w pościeli, zamknąć oczy, gdzieś w narzeczu kołdry i przez spokojne fale zaśnienia odpłynąć do Krainy Spełnionych Marzeń.
Kapitan mi to właśnie umożliwia.

Poznałam go nie przypadkiem. Tak, jak nie przypadkiem wychodzi się na spacer, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, spisuje myśli, żeby ocalić je od zapomnienia i lgnie się do drugiego człowieka, co by w jego źrenicach zobaczyć swoją twarz.

Pływał wtedy po morzach i oceanach Zamyślenia, dostarczał materiałów do przemyśleń dla ludzi różnych i różnorakich, dla obywateli, mieszkańców Wielkiej Brytanii, aż takich władców, którzy hodują kuce, gdzieś w Viennie, czy do Nald, krainy pełnej gór i autostopowiczów.

Poznałam go nie przypadkiem. Po prostu miałam się z nim zobaczyć, właśnie wtedy, właśnie o tej godzinie, właśnie w tym miejscu w mojej niebieskiej bluzeczce i zielonej spódnicy. Ten strój był na pewno przewidziany na tę okazję. Ostatecznie dopieszczony przez Los i z wielką precyzją wybrany przez Szczęśliwość. W końcu po tym ubraniu Kapitan miał mnie poznać i już na zawsze zabrać na Wyspy Szczęśliwe.

Wyspy Szczęśliwe są zarówno tak daleko i tak blisko, że ich współrzędnych ostatecznie nie można określić. Drogę do nich zna tylko Kapitan. A droga jest długa i kręta, obfita w zaśnienia i rafy marzeń. Najlepiej ją widać Wieczorem.

Wieczór, to jest taki kot leniwy, trochę puszysty, a trochę szorstki, który łasząc się i mrucząc zadziornie poprzez ciszę pręży grzbiet całodniowy i wąsy macza w atramencie nieba, malując nimi prześnienia. Z oswojeniem, żeby nie mówić o zaprzyjaźnieniu się z kotami, to jest okrutnie trudna sprawa.

Tak samo rzecz się ma z Wieczorem. Trzeba uważać, żeby jednym nierozsądnym gestem go nie spłoszyć, figla jakiegoś bezpruderyjnym skinieniem nie wywinąć, w końcu – nie potrącić jakąś bezczelną uwagą, bo kto wie, jaki to może ambaras wywołać na całej Drodze Mlecznej.

Nie, z kotami rzecz nie należy do najłatwiejszych.

Wieczór lubi przesiadywać w spleceniu moich ud. To kot Kapitana. Ostrym wąsem zahacza czasem o skórę wywołując jej zaczerwienienie, by po chwili załagodzić je miękką stroną języka. 

Wieczór, to przyjemność we dwoje. Małe spotkanie Dnia z Nocą, kiedy świerszcze zmyślnie dudnią w trawach, a na parapetach myśli przysiadają kawki filiżankowe.

Można wtedy oddać się wszystkiemu, co najbliższe, w takim przekonaniu, że oto jest TEN czas i TO miejsce na Zasłychanie, Zapatrzenie, Zaczucie.

W Zaczuciu mieszkają wszystkie dobre myśli. Zapach parzonej kawy, pierwsza zapałka rozpalająca ognisko, gubienie kaloszy w deszczu i jedzenie palcami malinowych konfitur.

W Zaczuciu zapewne urodził się Kapitan. Przynajmniej tak myślę.

Kapitan pokazał mi wody ogromne i wody ciche. Rozmowy gwiazd na gałęziach pozwolił mi słyszeć zielonych.

 * * *

„To taki zachwyt dla wszystkiego, co nas otacza, dla samego siebie; żeby człowiek znalazł czas i rozejrzał się wokół, i dostrzegał, że przyroda, ludzie, ludzkie losy i cały widziany świat jest na swój sposób wspaniały, niezbywalny i wyjątkowy, nawet jeśli banalny.” – tak mi powiedział Pan Dziadek. Pan Dziadek wie co mówi!

Ja już bez Kapitana sobie niczego nie wyobrażam.

O Captain! My Captain!

 * * *

Wszyscy, jak jeden mąż siedzą w mojej głowie i sercu, a każdy z nich jest zarówno pierwszym, jak i ostatnim; początkiem i końcem. Bałamutnie jedynym i genialnie właściwym.

Pierwszy wypełnia się przez ostatniego, a ostatni jest pierwszym.

:)

 

Moim Mężczyznom

nZorka :*

[jaskolkaja@tlen.pl]