SIEDMIU WSPANIAŁYCH
czyli rzecz
o
Gdzie ci
mężczyźni, prawdziwi tacy,
mmm, orły, sokoły, herosy!?
Gdzie ci mężczyźni na miarę czasów,
gdzie te chłopy!? - Jeeeee!
* * *
Wszyscy, jak jeden mąż
siedzą w mojej głowie i sercu, a każdy z nich jest zarówno pierwszym, jak i
ostatnim; początkiem i końcem. Bałamutnie jedynym i genialnie właściwym.
Pierwszy wypełnia się przez ostatniego, a
ostatni jest pierwszym.
Potrafią stworzyć mi Niebo na Ziemi, z hukiem
otwierają wszystkie bramy pragnień oraz marzeń. I niosą mnie przez życie. W
końcu są moim Życiem.
BRAT
Michał Szczubret
urodził się dziesiątego dnia sierpnia, roku pańskiego pamiętnego 1991, kiedy to
rządy państw Chorwacji i Słowenii ogłosiły niepodległość obydwu krajów, Radio
Maryja rozpoczęło nadawanie swojego programu, a Serge Gainsbourg odszedł na
wieczną aktorską wartę.
Na całe szczęście Brat troszkę urósł,
wypłowiał, nabrał słowiańskich rumieńców, jego monumentalny płacz przeszedł w
jeszcze bardziej monumentalny krzyk; ale to tylko potwierdzało moją teorię na
prawdziwość jego genów, tak bardzo w tym momencie podobnych do moich.
Odetchnęłam z ulgą.
Wyruszył z domu w krótkich spodenkach i żółtej
koszulce, z plastikową ciężarówką na sznureczku i buzią umorusaną od czekolady;
a prowadziło go pragnienie wielkie: poczucie obowiązku i ten zew drzemiący w
każdym małym mężczyźnie, który każe walczyć i nigdy, ale to przenigdy się nie
poddawać, choćby nie wiem co!
A lato było piękne tego
roku.
Brat
szukał Dziadzia w salonie i kuchni, w łazience i przedpokoju. Przeczesał cały
ogródek, sprawdził każdą grządkę, każdą rabatkę, zajrzał do skrzynki pocztowej
i małego garażyku, w którym Dziadziuś zwykł przechowywać swoją motorynkę.
Ale nigdzie go nie było! Ani w wielkim zegarze, ani pod stołem, ni w młynku do
kawy czy nawet w szafie na płaszcze. Po przeczesaniu całego domu i jego okolicy Brat
podjął decyzję zgoła heroiczną – postanowił oto bowiem opuścić dom swój
rodzinny, wyjść za próg i udać się w podróż na sąsiednią ulicę, na której to
Dziadziuś zwykł przesiadywać u swojego przyjaciela, niejakiego Pana Gałki.
Lecz
i tam, o bogowie, i tam go nie znalazł! Co więcej!
Sam
się zagubił!
Jakie
było moje przerażenie, gdy na pytanie Mateczki: gdzie jest Michałek, nie
potrafiłam podać jednoznacznej odpowiedzi. Przecież jeszcze chwilę temu był tu
– na wyciągnięcie ręki, bawił się swoją żółtą ciężarówką i jadł czekoladę.
W
moim dziesięcioletnim sercu zatańczyły motyle przerażenia. Pobiegłam do salonu,
do kuchni, do łazienki i obydwu przedpokojów, przeczesałam ogród i podwórze,
jak burza wpadłam do Dziadzia, gdzie ten ostatni herbacował ze swoim
przyjacielem – panem Gałką i ze łzami w oczach wyjąkałam, że Michałek zaginął.
Stamtąd
z duszą na ramieniu, przytrzymującą się krótkiego rękawa mojej sukienki
wybiegłam jeszcze raz na podwórze, zaglądnęłam do każdego zakątka, zajrzałam
pod każdy krzew, wzdłuż i wszerz przekopałam piaskownicę.
Słońce zgasło. O jakże
zwinne są i młode
Zmierzchy czerwca, nim
w północ głuchą się przesilą!
I
oto jest - mały, zapłakany mężczyzna w
żółtych spodenkach i z twarzyczką umorusaną czekoladą, beczący doniośle,
doniośleeeej, najdoniośleeeeeeeej…
I
tupot stóp moich, i ten szloch z piersi wykwitający, i tulenie brata ogromne, całowanie
po włosach, twarzyczce, po tej czekoladzie zalegającej na policzkach. I
pewność, że już nic nie jest ważne, bo jest ON.
* * *
Dziś mija prawie siedemnaście lat, odkąd
spotkałam go po raz pierwszy. Braciszek stał się Bratem, z bab piaskowych
zrezygnował na rzecz dziewcząt śmiejących się szmerem strumieni, a żółtą
ciężarówkę zamienił na szachy, gry komputerowe i maniakalne lenienie się.
Dziś
śmieje się ze mnie do rozpuku, gdy próbuję wygrać z nim w jakiejś strzelance,
mierzwi mi włosy, kiedy za mocno się do niego przytulam i na każde pytanie
skierowane w jego stronę, nawet to najbardziej poważne, odpowiada lakonicznym: Bodzio?
Zaś
kiedy wypominam mu znajomość jego ulubionej książki autorstwa Elizki O.,
tłumaczy się argentyńskim zaćmieniem mózgu i wpływem ruchów kosmicznych na
zdolność jego percepcji.
Facet
mojego życia.
DZIADEK
Stanisław Jaskółka zwykł mawiać, że wszystko
zawsze zaczyna się w tym samym miejscu – gdzieś na granicy obowiązku i
marzenia, w punkcie wyjścia, w którym zawsze można, a nawet trzeba – brać
zuchwale i z wiarą, to, co nam życie niesie, w każdym najmniejszym swoim
szczególe. Że najważniejsze zawsze pozostanie to samo – iść przed siebie tak,
jak potrafi się najlepiej, próbować i starać się, bo od tego mamy to nasze
życie.
O tak, w okolicznych bagnach i bagniskach
wszelkiej maści można było odnaleźć nie lada skarby. Broń palną, czasem nawet
całkiem nieźle zachowaną, fragmenty niedopałów, nawet sprzęty użytku domowego w
częściach: dzbany, potłuczone miski, a także książki, które choć nieczytelne,
to woniejące dawnością i leśnym podszyciem, przywodzącym na myśl czasy dawne
kozaków rejestrowych, powstań narodowych, o których pełno w dumkach i pieniach
ukraińskich.
Tak
i ja go kocham.
Nauczył
mnie tego, co najpiękniejsze, najlepsze. Życiem swoim i postępowaniem pokazał
mi, że najważniejszy jest drugi człowiek, że to dla niego trzeba się starać; że
tradycja i historia, rodzina, to taki bastion serca, który pozwala odnaleźć nam
się TU i TERAZ. Pokazał mi czym jest wybaczenie i zrozumienie, że mimo tego, iż
wypędzono go jako dwudziestolatka z rodzinnego domu, spalono małą ojczyznę,
wyklęto, trzymano po więzieniach, zabito ojca i przypięto straszliwą etykietkę
brudnego Ukraińca; że nie pozwolono wrócić, ale rzucono w wir nowego świata
pełnego represji i niesprawiedliwości, to mimo tego pokazał mi, że można
kochać, można rozumieć i krzywdę na pracę przełożyć.
Nikt
tak, jak Dziadek nie uświadomił mi tego, czym może być życie. Nigdy nie zapomnę
tych słów, które zawsze zwykł powtarzać: Wszystko
zaczyna się w tym samym miejscu i z dobrodusznym uśmiechem wskazywał palcem
na swoją lewą pierś.
GANDALF
Nie
znoszę go! Tłucze mnie swoją różdżką, kiedy tylko ma zły humor, rozwala się w
fotelu i pali to śmierdzące ziele z drugiej ćwiartki! Zawsze zadymi mi tym cały
pokój, zwali coś z półki, gdy w ferworze walki wywija swoim kijem i wyzywa mnie
od bękartów. Nie znoszę go!!!
Ale nie mogę o nim przestać myśleć. Skubaniec jeden siedzi mi w głowie i sercu,
przygrywa w duszy. I tak w gruncie rzeczy, to uwielbia mnie, a ja uwielbiam
jego. Odkąd odszedł mój Dziadziuś to ten skurczybyk się mną opiekuje i nie
pozwala zapomnieć o obowiązkach względem ludzkości.
Mówi
mi, że jestem Małą Rozbójniczką i muszę dbać o takiego starego dziadygę jak on,
ale ja dobrze wiem, że to jest podła stylizacja i mistyfikacja. Dziadyga?
Widzieli go państwo, jak kokietuje! Toż to facet w sile wieku, zapuścił sobie
brodę i myśli, że kozaczy. A silny jest jak dąb. Co tam jeden! Jak
sześćdziesiąt dziewięć dębów z rozłożystymi konarami i strzelistymi
wierzchołkami. Jednym mrugnięciem oka rozbraja każdego gołębia i niedobrego
ślimaka. Mnie ujarzmia jednym uśmiechem.
Nigdy
nie mogę się na niego długo gniewać. Posiada w sobie takie pokłady genialności,
nieskończoności dobrego humoru i szaleństwa, że choćbym nie chciała, to i tak
jestem jego.
Lubię
słuchać, jak opowiada mi o rzeczach różnych i różnorakich, rozsiada się
podówczas w moim zielonym fotelu, włosy zaczesuje do tyłu (wtedy śmieję się, że
wygląda, jak Banderas, ale jeden łupniak z łokcia wybija mi z głowy wszelką
ochotę do tego typu żartów) i paląc to dziadowskie dziadostwo o nieokreślonym
kolorze prawi mi o przesunięciach planet, kosmicznych dziejach, o kochankach i
zdradzonych, o wiernych i złoczyńcach, o tym, co pierwsze i co ostatnie.
Ponad
to, ten buraczany starzec wie jak zrobić coś, z niczego. Obstawiam, że to on
wymyślił ów bałamutny serial z panem eM., co ze wsuwki do włosów robił
helikopter, a z długopisu bombowiec. Na bank!
Dostałam
z łokcia za zdradzanie tajemnic…
BOHUN
Ej, ty na szybkim
koniu, gdzie pędzisz kozacze,
Czy zaoczył zająca, co
po stepie skacze?
Czy rozigrawszy myśli,
chcesz użyć swobody
I z wiatrem ukraińskim
puścić się w zawody?
Lub może do swej lubej,
co czeka wśrzód niwy,
Nucąc żałosną dumkę
lecisz niecierpliwy?
TADEUSZ „ZOŚKA”
ZAWADZKI
Zawsze
chciałam być, jak Tadeusz.
Zawsze
chciałam być z Tadeuszem. Ganiać się po wąskich korytarzach gimnazjum Batorego,
wieczorami spotykać się z Pomarańczarnią, na wiosnę wyruszać na wędrówki do
podwarszawskich miejscowości, rozbijać się gdzieś pod lasem, łowić ryby, palić
ogniska, a zimą snuć marzenia o tym wszystkich na strychach i poddaszach
kamienic racząc się gorącą herbatą i chlebem z masłem.
Chciałam
grać w piłkę nożną, nosić tarczę z warszawską 23DH i śmiać się do rozpuku
z czasem durnowatych pomysłów Alka.
On
jest ucieleśnieniem tych wszystkich młodych chłopców i dziewcząt tamtych lat.
Jest moim bratem, moim dziadkiem, który zginął w powstaniu, jest moją pamięcią,
moją bezinteresownością i dobrą myślą.
Kuzynka
babci, która chodziła z nim do jednego gimnazjum zwykła mówić o nim, że
wyglądał zawsze, jak taki pogodny cień człowieka. Idący za wszystkimi, będący
zawsze – niby niedostrzegalny, nieobecny, a jednak tak istotnie spowinowacony
ze słońcem! Lech Pomarańczowy.
służyć bliźniemu, Tobie
i Temu,
z którego woli jestem i
żyję, i będą wierna.
Po przyrzeczeniu!
PROFESOR eS.
Kto
by się mógł spodziewać tego, że niejaki Marian Gawalewicz, pisarz i publicysta
epoki pozytywizmu, pan reżyser teatrów w Łodzi i Warszawie, autor licznych
komedii i powieści społeczno-obyczajowych, stanie się dla mnie kimś takim, jak
Papież dla katolików, Królowa Matka dla pszczół, Wikipedia dla internautów czy
Adam Mickiewicz dla Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Tak,
Marian Gawalewicz, to osobistość dla żywota mego istotna i wielce znacząca. To
bohater pracy habilitacyjnej Profesora eS.
Profesor
eS. nie śpi. Profesor eS. czuwa. Obudzony w środku nocy bez zająknienia poda
daty graniczne epoki prepozytywizmu, pozytywizmu właściwego, wyrecytuje
założenia przełomu antypozytywistycznego i pozytywnie orzeknie coś niecoś o
Marianie G. No właśnie – Profesor eS. nie mówi – Profesor orzeka!
Chadza
w długim, ciemnym płaszczu, w kapeluszu o szerokim rondzie, i przed tymi jego
szerokimi ramionami, szerokim spojrzeniem nic nie waży się uciec.
Mhmmmmmmm…
Tak,
Profesor eS. uwielbia mruczeć. Mruczy przy każdej nadarzającej się okazji:
między leksemem „wykoncypować” a „paradygmat”, między jednym westchnieniem do
Klotyldy de Vaux a drugim, między dziesiątą czterdzieści trzy, a dziesiątą
czterdzieści cztery, słowem, przy każdej nadarzającej się tylko okazji, kiedy
to nie musi akurat odetchnąć, odkaszlnąć czy kichnąć.
A
jak on gestykuluje!
Wody!
O!
Bogowie!
Wody!
KAPITAN
A Ty mnie na Wyspy
Szczęśliwe zawieź…
Kapitan
mi to właśnie umożliwia.
Pływał
wtedy po morzach i oceanach Zamyślenia, dostarczał materiałów do przemyśleń dla
ludzi różnych i różnorakich, dla obywateli, mieszkańców Wielkiej Brytanii, aż
takich władców, którzy hodują kuce, gdzieś w Viennie, czy do Nald, krainy
pełnej gór i autostopowiczów.
Wieczór,
to jest taki kot leniwy, trochę puszysty, a trochę szorstki, który łasząc się i
mrucząc zadziornie poprzez ciszę pręży grzbiet całodniowy i wąsy macza w
atramencie nieba, malując nimi prześnienia. Z oswojeniem, żeby nie mówić o
zaprzyjaźnieniu się z kotami, to jest okrutnie trudna sprawa.
Tak
samo rzecz się ma z Wieczorem. Trzeba uważać, żeby jednym nierozsądnym gestem
go nie spłoszyć, figla jakiegoś bezpruderyjnym skinieniem nie wywinąć, w końcu
– nie potrącić jakąś bezczelną uwagą, bo kto wie, jaki to może ambaras wywołać
na całej Drodze Mlecznej.
Nie,
z kotami rzecz nie należy do najłatwiejszych.
Wieczór
lubi przesiadywać w spleceniu moich ud. To kot Kapitana. Ostrym wąsem zahacza
czasem o skórę wywołując jej zaczerwienienie, by po chwili załagodzić je miękką
stroną języka.
Wieczór,
to przyjemność we dwoje. Małe spotkanie Dnia z Nocą, kiedy świerszcze zmyślnie
dudnią w trawach, a na parapetach myśli przysiadają kawki filiżankowe.
Można
wtedy oddać się wszystkiemu, co najbliższe, w takim przekonaniu, że oto jest
TEN czas i TO miejsce na Zasłychanie, Zapatrzenie, Zaczucie.
W
Zaczuciu mieszkają wszystkie dobre myśli. Zapach parzonej kawy, pierwsza
zapałka rozpalająca ognisko, gubienie kaloszy w deszczu i jedzenie palcami
malinowych konfitur.
W
Zaczuciu zapewne urodził się Kapitan. Przynajmniej tak myślę.
„To taki zachwyt dla wszystkiego, co nas
otacza, dla samego siebie; żeby człowiek znalazł czas i rozejrzał się wokół, i
dostrzegał, że przyroda, ludzie, ludzkie losy i cały widziany świat jest na
swój sposób wspaniały, niezbywalny i wyjątkowy, nawet jeśli banalny.” – tak mi
powiedział Pan Dziadek. Pan Dziadek wie co mówi!
Ja
już bez Kapitana sobie niczego nie wyobrażam.
O Captain! My Captain!
Wszyscy,
jak jeden mąż siedzą w mojej głowie i sercu, a każdy z nich jest zarówno
pierwszym, jak i ostatnim; początkiem i końcem. Bałamutnie jedynym i genialnie
właściwym.
Pierwszy
wypełnia się przez ostatniego, a ostatni jest pierwszym.
:)
Moim
Mężczyznom
nZorka :*
[jaskolkaja@tlen.pl]