Quo Vadis?

„Śmieć. Potwór. Niegodzien życia wśród cywilizowanych ludzi. Bez niego świat byłby lepszy”.

Powyższy cytat pochodzi ze zbiorowych ust otaczającej mnie grupy ludzi, których mam za osoby światłe i o nieszablonowym spojrzeniu na świat. Zgadnijcie o kim mówili.

O neonazistach.

O ludziach, którzy biją murzynów, gejów, noszą koszulki ze swastykami. Którzy przeczą istnieniu Holocaustu, komór gazowych, a kata ludzkości – Adolfa H. uważają za bohatera i najwyższy autorytet. Nic innego, tylko wziąć i utopić – jeden problem społeczny mniej.
To powiedziawszy, świętojebliwe społeczeństwo nasze, wróci do swojej codzienności. Po połowie: część pójdzie do domku słuchać Marja Radyja, część na paradę równości.
Żeby była jasność – ta część chodząca na parady... według mnie w równym stopniu świętojebliwa jest jak moherowe babcie. Tylko inaczej. Chyba nawet gorzej, bo w jedyny i niepowtarzalnie obłudny sposób. Babcie są przynajmniej szczere i od razu mówią co im leży na wątrobie.
Swoją drogą, zapanowała jakaś dziwna moda na wszechtolerancję. Homoseksualiści, którzy do niedawna stanowili mroczny margines społeczeństwa, wychodzą z podziemia – i to bardzo hardo. Niedługo będą mogli zawierać małżeństwa, adoptować dzieci. Nie, nie jestem zionącym nienawiścią przedstawicielem Młodzieży Wszechpolskiej. Ale nie uważacie, że świat trochę staje na głowie? W obecnych czasach mamy społeczne przyzwolenie na wszystkie możliwe perwersje, byle nie mówić o nich za głośno. I najśmieszniejsze jest to, że osoba mówiąca, że to wszystko obraża jej uczucia religijne jest uważana za szerzącego ciemnotę nietolerancyjnego odszczepieńca. Zabawne, nie? W narodzie, który uważa się za niosący kulturę chrześcijańską. Ale tylko wtedy kiedy mu to pasuje, na przykład, kiedy przyjeżdża papież, który „pozdrawia nas ciule”. Naród chwilowo usuwa gejów z ulic i w religijnym uniesieniu śpiewa „Barkę”. Żenujące i przykre. Bardzo przykre. A wiesz co Ci powiem, drogi czytelniku?

Że mówię też o Tobie.

Tak, właśnie o Tobie. Mimo, że – zgaduję - jesteś niewierzący, nie uznajesz autorytetu papieża. Uważasz, że sam jesteś w stanie stworzyć sobie kodeks moralny, którego będziesz przestrzegał. Jesteś sam dla siebie wyrocznią. Wiesz, gdzie leży ta słynna „Smuga Cienia”, której przekraczać nie wolno. Skąd? Nie wiesz. Wiesz tylko tyle, że nie wolno jej przekraczać. Ale zdradzę Ci mały sekret, którzy odkryli filozofowie już jakiś czas temu.

Smuga Cienia ma to do siebie, że cały czas się przesuwa.

To co jeszcze wczoraj było niedopuszczalnie, dzisiaj jest d o p u s z c z a l n e, natomiast jutro będzie oczywiste. Postęp? Być może. Ale wypchajcie się z takim postępem.

...a młody neonazista siedzi w piwnicy. Kolega zrobił mu esesmański tatuaż. Ale taki mały, żeby matka nie zauważyła. Wtedy byłaby wtopa, chyba by go wydziedziczyli i wyrzekli się. Boże, przecież nazista w rodzinie to gorzej niż ubek. To taka hańba. Młody neonazista w skupieniu przebiega wzrokiem po kolejnych wersach „Mein Kampf”. Drapie się po łysej glacy. Ogolił się na zero – ojcu powiedział, że to dlatego, że jest gorąco na dworze. Ten wzruszył ramionami i dalej oglądał „Panoramę”. Co jakiś czas głośno komentował, co on by zrobił tym z Wiejskiej, gdyby tylko dobrał się do ich poselskich dup.
Młody neonazista usiadł na starej skrzynce po piwie, żeby było mu wygodniej. Przerzuca strony, pławiąc się w geniuszu Hitlera Jest dumny ze swoich przekonań. Podziwia fenomenalny wręcz autorytet, jakim cieszył się fuhrer. Marzy o cudownych Parteitagach.. jaki duch! Jaka zgodność! Jaka wspólnota! Ein Volk, ein Reich, ein Fuhrer!


„Reynevan łyknął piwa, zapatrzony na obdarte dzieci babrząc się w żółtej kałuży między pręgierzem a studnią.
- Dzieci to przyszłość narodu – Szarlej złowił jego spojrzenie. – Nasza przyszłość. Cóż, jako taka zapowiada się nieciekawie. Po pierwsze chudo. Po drugie – smrodliwie, niechlujnie i nieapetycznie do obrzydliwości.
- W istocie – przyznał Samson. – Ale można wszak zaradzić. Miast malkontencić, trzeba zadbać. Umyć. Nakarmić. Wyedukować. I już przyszłość zapewniona
- A któż ma się, według ciebie tym zająć?
- Nie ja – wzruszył ramionami olbrzym.(...)”
(Andrzej Sapkowski, Narrenturm)

No właśnie... umyć, nakarmić, wyedukować. Ale co to ma do neonazistów? Brudni? Nie, wręcz przeciwnie. Głodni? Też nie. Niedouczeni? Zależy na kogo trafimy.
Sam zawsze zastanawiałem się, jak wielkim dewiantem trzeba być, żeby nosić swastyki i krzyczeć „Heil Hitler”. I chyba zrozumiałem o co im chodzi. Pociąga ich idea. Idea, która ma coś z utopii. A także pociąga ich autorytet siły. Tak, oni wierzą w siłę. Silniejszy pokonuje słabszego, to on dyktuje warunki.
Niskie to i głupie. Jak można wierzyć w takie rzeczy?! A ja zapytam:

A w co mają wierzyć?

Jeżeli gdzieś w głębi duszy czują lęk przed zmianami? Przed zniknięciem tego, do czego są przyzwyczajeni od dziecka? Jeżeli czują się zagubieni wśród wyżej wymienionego społecznego dualizmu moralnego? Może oni po prostu potrzebują podziału na białe i czarne, bo za dużo odcieni szarości? Naturalnie żaden z nich się do tego nie przyzna, ale czy tak nie jest? Jeżeli od dzieciństwa nie spotykają nikogo, kto jest godzien być ich autorytetem moralnym, co mają zrobić? Wyznaczyć sami sobie kodeks moralny? A może nie potrafią? Właśnie! Nie potrafią tego zrobić, tak samo jak my wszyscy! Ale oni poszukują. I znajdują. Niestety kiepsko trafiają.
Drogi czytający ten tekst człowieku, wyobraź sobie taką sytuację: jesteś w górach, jest mgła. Idziesz niebezpieczną ścieżką, bez przewodnika. Poruszasz się praktycznie „na czuja”. Idziesz przed siebie. Nagle szeroka i wygodna ścieżka kończy się przepaścią w którą spadasz. Czyja to wina, że spadłeś? Twoja, bo po co lazłeś w te góry. A może twoich towarzyszy, którzy nie wysłali z Tobą kogoś bardziej doświadczonego?
I właśnie tu dochodzimy do sedna moich wywodów. Może to zabrzmi patetycznie i śmiesznie, ale z przykrością komunikuję, że jestem w stu procentach poważny i daleki od patosu.

Potrzeba nam wszystkim autorytetów moralnych.

Zabrzmiałem jak podstarzały pedagog, nie? W dodatku ostatnimi czasy cierpimy na deficyt autorytetów. Razem z kolegą doszliśmy do wniosku, że po śmierci Jana Pawła II, Polska pozostała bez prawdziwego autorytetu. I to nie tylko moralnego, bo – bądźmy szczerzy – w większości słuchaliśmy go i tak jednym uchem, ale autorytetu w ogóle. Kogoś, kto potrafiłby nas zebrać, kogo słuchało się z radością. Kto prowadził.
Co mamy zrobić? Czekać na kolejnego człowieka o takim autorytecie? Nie doczekamy się prędko. A więc co???
Rodzice, bądźcie autorytetami dla swoich dzieci!
Nauczyciele, bądźcie mistrzami dla swoich uczniów!
Umyjcie, nakarmcie, wyedukujcie. Bo jeżeli tego nie zrobicie, przyszłe pokolenia unicestwią się same. W tym miejscu dedykuję piosenkę Dezertera „Polska Złota Młodzież”. Nie wiem, co dokładnie jej autor miał na myśli, ale ja widzę w tym proroctwo tego, co dzieje się z ludźmi, którzy nie wierzą w żadne autorytety. Nie liczmy tu na wielkich wodzów, mówców, czy przewodników duchowych. Każdemu z nas potrzeba takiego „Starszego brata” (nie mylić z Wielkim Bratem zza Buga), który pokaże co dobre a co złe. Który nauczy, pokaże świat.
Zdaję sobie sprawę z tego, że trudno znaleźć kogoś takiego, a gdy już jest, trudno go słuchać. To chyba wiąże się z naturalnym wstrętem Polaka do głosu płynącego z góry.
Ja sam, dopiero po włóczędze po Bukowinie i Transylwanii, doszedłem do tego, że naprawdę warto być uczciwym, pomocnym i życzliwym. Że to się zwyczajnie opłaca. Ale to już temat na osobny artykuł.
Życzę wszystkim, aby odnaleźli swój autorytet. Nie musi być wielki i nieomylny. Ale żeby był.

Andrzej
Varjo1@o2.pl

P.S. Dla tych, którzy chcą mnie oskarżyć o poglądy pronazistowskie – pamiętajcie, że jest różnica między popieraniem idei a szukaniem motywów. Ja praktykuję to drugie
P.S.2 Pisząc artykuł nie słuchałem żadnej muzyki, za to co chwilę wyglądałem przez okno.