|
Codziennie rano, kiedy wstaję jem śniadanie media mi
mówią że mieszkam w terrorystanie
Wciąż atakują mnie fatalne wiadomości
O zagrożeniach i o upadku ludzkości
Popołudniami gdy oglądam telewizję
Puchną mi oczy od tego co tam widzę
Leje się krew, płyną puste słowa
Do władzy się szykuje partia pseudonowa
XXi wiek, panika i afery
Gdzie się nie ruszę, wszędzie podsłuch i kamery
A z tego strachu nic dobrego nie wynika
Po co się bać kiedy w duszy gra muzyka?
A ja się nie boję, zawsze robię swoje
A ja się nie boję, nie i robię swoje! |
Tak więc po kilkutygodniowym tupaniu z
niecierpliwości i obgryzaniu i tak już pokrzywdzonych paznokci, w końcu
dotrwałem do daty 15 kwietnia aktualnego rocznika. Punky Reggae Live, najsmaczniejsza impreza rockowa spacerująca od miasta
do miasta, nareszcie zawitała do Gdyni, punktu obsadzonego dość blisko
mojego adresu. Grzechem więc byłoby zignorowanie tego. Trochę zniechęceni
deficytem kokainy czy chociażby heroiny, którą moglibyśmy wpompować w
kanał (między palcami - żeby nie było widać), udaliśmy się do spożywczaka
po dwa słodkie, pyszne, możliwie najtańsze, miodowe, dopiero co zdjęte z
taśmy winka, przy czym pani ekspedientka czuła się zobowiązania do jawnego
biadolenia nad naszą smutną przyszłością tanim winem płynącą. Uzbrojeni w
ten sposób rozpoczęliśmy - ja i Leon - okupację jednego przedziału w
pociągu zmierzającego wprost na Gdynię.
Akurat w momencie, gdy ciśnienie nudy zaczęło być odczuwalne, wjechaliśmy
na Gdynia Dworzec Główny, dzięki czemu stopklatka z kiblem zapchany
ogromną ilością g... dała spokój mojej pamięci. Jako że była niedziela, w
dodatku napiętnowana jakimś chrześcijańskim świętem, ulice przemierzał
głównie wiatr. Fiuuu, fiuuu. Podczas poszukiwań klubu 'Ucho', czyli
aktualnego punktu zero sceny rockowo-punkowej, mijaliśmy puste targowiska,
zamknięte sklepy, zatrzaśnięte okna kamienic, zupełnie jak w westernach
gdy do drewnianej wioski wciskała się banda złych kowbojów na koniach
celem narozrabiania. Czuliśmy się jak Billy The Kid i Roland Gunslinger
(lekko na bani). Pierwszy shock! poraził moją świadomość tuż przy klubie.
Rozmawiał tam przez telefon Wojtek Wojda, wokalista Farben Lehre, co
zelektryzowało mnie tak, że powietrze wokoło mojej wątłej postaci zaczęło
trzaskać. Nowopoznana Ola pstryknęła mi fotopamiątkę z miłym Wojtkiem,
poszliśmy popatrzeć jak grające ekipy - ww. FL, Koniec Świata, Zabili Mi
Żółwia i Zmaza - rozstawiają swoje głośne zabawki na scenie i przypominają
sobie różne chwyty. Po godzinie, parę minut przed startem, ktoś skumał
się, że nie powinno nas tu być, więc zmuszono nas na oczekiwanie początku
przed bramą. Gdy zaczęto wpuszczać towarzystwo do środka, udaliśmy się za
róg, by kulturalnie spożyć buteleczkę wystrzałowego trunku. Potem jeszcze
pół następnej, a resztę zbunkrowaliśmy pod mostem, na potem, jeśli,
rokowaliśmy, czeka nas
jakieś potem. I tak, złaknieni silnych wrażeń, brawurowych doznań i
zatankowani na full weszliśmy.
Tak jak uspakajałem Leona, smutne wrażenie małej przestrzeni klubu
działało tylko z zewnątrz. Wewnątrz nie brakowało miejsca. Scena,
naładowany ludźmi parkiet, który wkrótce stanie się świadkiem dantejskich
scen; przy ścianach wygodne siedzenia i barek, plus balkonik - wszystko
tak zorganizowane, by każdy, kto chciał kopać każdego pod sceną, mógł to
uczynić bez przeszkód. Słowem, dużo miejsca. Ludzie byli, cytując mojego
ulubionego antychrysta, so fucken beautiful. Dzieci muzyki, zbuntowani,
weseli, ubrani jak nieporozumienie, jak beknięcie mody. Mający konwenanse
wciśnięte między poślady, a w sercach muzykę. Sami swoi. Czułem się jak w
domu. In da hałs.
Zapanowała Muzyka. Publiczność natomiast zniknęła. Amba-fatima, było i
ni ma. Pojawiło się w zamian stado człekopodobnych stworzeń
nafaszerowanych muzyczną amfetaminą, wymachujących kończynami we wszystkie
możliwe i impossible (alem błysnął!) strony. Po 15 minutach wszyscy, ale
to wszyscy z nich byli rozkręceni jak jojo, dzicy jak dziki i żywi jak
byki przed korridą. Był grany 'Granat w plecaku' Końca Świata, była
'Szwajcaria', 'Pogodna', 'Terrorystan' Farben Lehre, było grane wszystko,
co zagrane być powinno.
Wiecie, można pisać o koncertach rzeczy wzniosłe - że och, że ach. Mogę
napisać, że impreza wyszła na galowo. Że było to szalenie udane
przedsięwzięcie. Że było, bez gadulstwa, totalnie zajebiście. Że gdy
publika unosiła mnie na rękach, po uprzednim wejściu na scenę,
pozdrowieniu wszystkich i skoku na ich ręce, czułem życie. Że gdy Wojtek
Wojda podsunął mi mikrofon pod usta, bym wykrzyczał kawałek refrenu, byłem
najszczęśliwszym organizmem w całym Uniwersum. Że popychając popychających
mnie ludzi kochałem ich, muzykę, którą słyszałem i punków, którzy tę
muzykę grali. Że pstrykając aparatem fotki przenosiłem apogeum mojego
aktualnego szczęścia na materialną pamiątkę. Że na oficjalnej stronie tej
imprezy są fotki ze mną w roli głównej, jak rzucam się na ręce ludzi. Że
wszystkie moje bóle wypływały ze mnie razem z potem. Że każdy koncert
przeżywam, jakby był dla mnie dziewiczy. Że taki pierwszy raz mógłbym
chętnie zapętlić do nieskończoności. Że, że, że...
Określenie mojego samopoczucia na ten stan brzmiało, cytuję, 'fantakurwastycznie!'
Po wszystkim, kiedy dźwięki rozpłynęły się w powietrzu, zabraliśmy resztę
ukrytego wina i po 30 minutach marszu narzekań ('jestem głodny, zmęczony,
śpiący, bolą nogi, ręce' etc) wkroczyliśmy na dworzec, by podczas
kupowania kebaba dowiedzieć się, że nasz pociąg zaraz odjeżdża. Chlapiąc
sosem wbiegliśmy w przedział, zjadłem, Leon oznajmił, iż może poczuwać,
byśmy nie minęli naszej stacji, więc kimnąłem się snem płytkim, ale
kojącym. W przedziale chłopak ze swoim szwagrem rozpracowywali kieliszkami
żołądkową, popijając colą, na którą miał ochotę moje skacowane gardełko,
aczkolwiek to sen zwyciężył. Ocknąłem się na mojej stacji, którą
opuszczałem po południu, teraz była druga z groszami ej-em, w związku z
czym miałem brutalny zaszczyt przesiedzenia tam do piątej, by doczekać
czegokolwiek zmierzającego do mojej metropolii zwanej Sianów. Przespałem z
Leonem na przyparkowej ławce, pozwalając rosie nawilżyć nasze ubrania.
Chwilę przed czwartą Leon odjechał w stronę domu, ja zaś popijając herbatę
z cytryną from automat (która smakowała bardziej jak granulowana herbata
cytrynowa i założę się, że właśnie taką była), konkretniej - 5 kubków, i
instalując słuchawki na uszach pozwoliłem Mobyemu i Katie Melua wymasować
mój obity punkową muzyką mózg własnymi, delikatnymi dźwiękami i - w
przypadku Katie - niezwykle melodyjnym głosem. Wyczekiwany przeze mnie
autobus zmierzający w stronę zbawienia (tj. domu, a tam - łóżka) w końcu
nadjechał. Tuż przed moim miastem widziałem, jak na taflę nieba wślizgiwało się zaspane
słońce. Jego wściekle pomarańczowo-żółte promienie, jak mocz po garści
multiwitaminy C, były poetycką poświatą dla tej małej, sennej mieściny.
Ten widok został zasejwowany na stałe w mojej pamięci. Wjeżdżając do
śpiącego jeszcze miasta spoglądałem na porannych skowronków idących do
pracy i szkół. Tacy spokojni, zaspani. Był wczesny poniedziałek, wszyscy
kończyli weekendowy odpoczynek i zabierali się do obowiązków. Ja, już w domku,
przykrywając się kołdrą myślałem tylko o śnie. Odczuwałem rozkosz cudownie
spędzonej niedzieli i następujące po niej pozytywne zmęczenie. Zasnąłem z
echem punkowego żywiołu w głowie.
Punky Reggae Live '07
16.04.2007 |