Pamiętam, mówiłaś

 

„Myślałam, że będzie miała na imię Alicja...”

 

Piszę, bo dopiero dziś to zrozumiałem.

Tak, faktycznie – ten człowiek którego znałaś... Wcześniej powinna być to Alicja. Teraz widzę wyraźniej.

Ile my się nie widzieliśmy? Blisko rok, prawda? Szlag. Długo.

Zawsze zadaję sobie pytanie: czy nie zbyt długo? Jak mocno wiążemy się, plączemy w układach i myślach? Czy to, co nas zbliża – czy jest odporne na mimowolny brak kontaktu? Na to, że nie pisaliśmy, że nie słyszeliśmy – że nie istnieliśmy?

Przez ten rok przecież tyle, Ty wiesz... wiesz doskonale, prawda?

Ostatni rok. Zmiany, cholera. Nowe warstwy.

 

Przez Ciebie powstają wiersze. Zawsze dużo zmieniałaś.

 

Piszę więc, że mam twarz z wosku; że łatwiej w nią symbole wcierać, łatwiej roztapiać, że dom mój z betonu. Ot, się mi refleksje takie na tusz przelewają. Bzdury, wybacz mi je.

 

Ja nie wiem, ja nie chcę wiedzieć, co się przez ten rok zmieniło. Pisałaś o tym trochę. Ale sam nie chce się zastanawiać. Zwyczajnie nie chcę.

Nie wymagaj ode mnie tych słów, hm? Tyle przynajmniej.

 

A co do Alicji:

Boże, to przecież takie cholernie oczywiste. Chwilami zabawne, jak takie banały nie wpadają od razu do mojego włochatego łba, jak trudno jest kojarzyć tak proste fakty. Ale! Która to wtedy była, trzecia? Czwarta? Noc późna przecież. Nie dziw się więc, że dopiero dziś pisze. Że dopiero teraz odnajduje te powiązania i potrafię napisać coś od serca. Intymnie.

 

Ty mi wybacz to, co zrobiłem. Wybacz.

Człowiek jest jeszcze stabilny, gdy nie ma drugiej bliskiej osoby. Problemy zaczynają się, gdy ktoś staje się bliski. Gdy nie jest tak obojętny, że jego – taka – krzywda pozostaje niezauważona. Gdy uwodzenie staje się nie sztuką, a pojedynkiem bez nagrody, a jedynie z mniejszą krzywdą własną.

Uwodzenie.

Pamiętam, gdy chciałaś wyjść z tej Sali. Pamiętasz?.. boże, teraz to widzę w samych błyskach wspomnień: eksplozja adrenaliny, brzuch się wykręca, policzki czerwienieją – Ty wstajesz, nie chcesz nawet słuchać tego, co mówię. Mój szept tak twardy, tak wyraźny w ciszy. Usiadłaś.

Wysoka stawka. Wygrałem.

 

Przyznam Ci się do czegoś. Pamiętasz J.B.?... pisał o uwodzeniu. O tej sztuce. Pamiętasz jeszcze może Wewnętrzną Sumę J.D.? Choć nigdy nie jestem przekonany, czy tak powinno się tłumaczyć tytuł; nie raczej Suma Przerwań?...

Przyznasz, że oszalałem, ale: ja w to wierzę. Ja tak postępuję. Ty uwierz. Już to widzisz, prawda? Każdy kontakt, każda rozmowa, każdy gest – karma, szklany balans na krawędzi wygranej, rozumiesz? Rozumiesz?!...

Uwodzenie. Cały ja. Całe życie, moje dłonie, moja broń.

 

[Znalazłem ostatnio Leśmianowe „Przemiany”. Tyle lat już ich szukałem.]

 

Ty mi wybacz.

 

Alicja. Szlag by ją. Alicja.

No tak. Piszesz – „Kochany Kocie”. Jak ja mogłem tego...? Jednak mogłem. Ale Ja! Kot! Kkot!

Miau, kurwa!

 

Ty mi powiedz, że nie jestem bardziej żałosny, niż byłem.

Kraina Czarów, Kraina Dziwów.

 

Co dziś więcej mogę pisać? Alicja – dopiero dziś to zrozumiałem. Została mi jeszcze „po drugiej stronie lustra”. Podobno lepsze i bardziej wykręcone w jakieś bliższe mi przestrzenie; znajdę czas, przeczytam. Do „Mistrza...” podchodziłem dwa lata i pięć razy – i nic, wlokłem do połowy. A widzisz – „Mechaniczną...”, zauważ, czytałem namiętnie i czytam każdego roku. „Lolite” podobnie.

Chyba wszystkie szaleństwa nareszcie mnie odnajdują. A ja nawet do nich niedojrzały.

Popijam herbatę. Polecam wiśnie w rumie – w Kolonialnym jest, droga, co prawda, ale zapach!... umrzeć i zabić dla takiego. Inhalacje robić. Msze odprawiać. Z trzeciej dolewki jeszcze pić można.

 

A Ona... nie miała na imię Alicja. Już wtedy przeinaczyłem się tak ostro. Ona nie miała na imię Alicja. Niewiele chyba więcej mogę o niej, teraz.

 

 

Chyba coś jeszcze chciałem, ale słowa się nie układają – więc nie będę ich zmuszał, hm?...

 

I wiesz... jakieś te nasze listy... ostatnie.

 

 

 

 

Kot

Z Cheshire

 

neopA.Ttenbit kropaitakietam pl