MERICALIA
gawęda
Na wspólną wyprawę w nieznane
nigdy nie jest za późno. Można wówczas wziąć Plecak, trochę chleba, sera, jakieś
winne jabłko, tomik wierszy Tuwima i finkę harcerską, i razem wyruszyć przed
siebie ramię w ramię, bo TAK; bo to takie proste, cudne TAK, które jest
zaczątkiem wszystkiego.
Plecak jest od tego, żeby
przechowywać w nim dobre myśli, wspólne marzenia, koraliki pogodnych dni, żeby
gromadzić w nim wspomnienia, budować bastiony Zapatrzenia i Szczęśliwości, dzień
za dniem, dokładać do pokaźnego już zbiorku wspólnych chwil nowe pokłady
braterstwa, pachnącego pomarańczą i kakao.
Z tym Braterstwem, to rzecz jest
najwyższej wagi. Pierwszy lepszy uśmiech, mrugnięcie, odetchnienie czy
kichnięcie może być zaczątkiem dla Niego, trzeba tylko uważnie patrzeć, aby
przez zbędną nieuwagę nie przegapić tej chwili, w której zaczyna się przyjaźń. A
kiedy się już zauważy to pierwsze motylenie, ten zachwyt okołorzęsowy, gdy
poczućko zamienia się w Zaczucie, a w serduchu rosną krzewy malinowe i drzewa
kakaowca, to jest to dla całego świata Dobra Nowina, i wtedy słońce jakoś tak
mocniej świeci, piosenki swobodniej się nucą, a dzieci na całym świecie nudzić
się nie ważą, nawet w czasie deszczu.
Od tego jest właśnie
Plecak.
I od tego jeszcze, żeby ciążył nam
na ramionach, dawał się we znaki i cały czas przypominał o swojej genialnej
obecności.
Bez tego wszak nie potrafilibyśmy
docenić tych chwil, w których odpocznienie kształtuje przestworza, a obecność
drugiej osoby jest czymś tak naturalnym, że wydaje się nam, jakby jedna dusza w
dwu ciałach zamieszkiwała.
Ot tak właśnie – bałamutnie.
A kiedy odpoczywa się tak po całym
dniu wędrowania, w cieniu brzóz i buków, gdy cała przyroda dudni, a świerszcze w
trawach dają swoje wieczorne koncerty, i kiedy dzieli się na dwie osoby kawałek
chleba i sera, tomik wierszy Tuwima i pyszny humor, to w tym momencie człowiek
przenosi siebie w nieskończoność – zalega już na zawsze w drugim człowieku i
nieśmiało, z takim ciepłem w sercu i motylami rusałkami w podbrzuszu, śmie to
nazywać braterstwem, bo przez siłę słów nadaje uczuciom moc
sprawczą.
I potem zasypia gdzieś przy
Drodze Mlecznej, głowę opierając o dyszel Wielkiego Wozu w przytuleniu ogromnym
i zapatrzeniu podniebnym kształtuje przestrzenie.
A Pan Dziadek siedząc w swym
bujanym fotelu, gdzieś na skrzyżowaniu między Kasjopeją a Perseuszem śmieje się
cicho widząc takie hece i bawiąc się swoją długą brodą mruczy z rozbawieniem:
Jedna z nich to zuchwałość i liryka, druga konkretność, ale i spontaniczność.
Poczucie obowiązku splecione z szaleńczą wiarą i odpowiedzialność zespolona z
marzeniami; smak pomarańczy przy porannej kawie oraz kakao – ciepłe i kojące o
zmierzchu.
Pan Dziadek w tej oto chwili
odnosi dziwnie uśmiechnięte wrażenie, że w tym momencie jego wiara w ludzi
przekłada się na nieskończoność.
Wtedy paloną kawą pachniało w kredensie,A zimne, świeże mleko, jak lody, wanilią.Kiedy się, mrużąc oczy, orzeszynę trzęsie,Po gałęziach w olśnieniu pędzi liści milion.Żywiołem zachłyśnięty, zziajany w rozpędzie,Ileś pokrzyw posiekał, ile traw stratował!A kijem obtłukując szyszki i żołędzieIleżeś mil po drzewach małpio przecwałował!I wszystko to w ognistej pamięci dziś błyska.Ciska się małe, szybkie, gorąco, daleko...I szczęście pachnie kawą. I chłoniesz je z bliska.A chłód w pokoju sączy waniliowe mleko.
Julian T.
Mojej
Julce
nZorka
[jaskolkaja@tlen.pl]