MERICALIA 

gawęda

 dla asztaki

Na wspólną wyprawę w nieznane nigdy nie jest za późno. Można wówczas wziąć Plecak, trochę chleba, sera, jakieś winne jabłko, tomik wierszy Tuwima i finkę harcerską, i razem wyruszyć przed siebie ramię w ramię, bo TAK; bo to takie proste, cudne TAK, które jest zaczątkiem wszystkiego.

Plecak jest od tego, żeby przechowywać w nim dobre myśli, wspólne marzenia, koraliki pogodnych dni, żeby gromadzić w nim wspomnienia, budować bastiony Zapatrzenia i Szczęśliwości, dzień za dniem, dokładać do pokaźnego już zbiorku wspólnych chwil nowe pokłady braterstwa, pachnącego pomarańczą i kakao.

Z tym Braterstwem, to rzecz jest najwyższej wagi. Pierwszy lepszy uśmiech, mrugnięcie, odetchnienie czy kichnięcie może być zaczątkiem dla Niego, trzeba tylko uważnie patrzeć, aby przez zbędną nieuwagę nie przegapić tej chwili, w której zaczyna się przyjaźń. A kiedy się już zauważy to pierwsze motylenie, ten zachwyt okołorzęsowy, gdy poczućko zamienia się w Zaczucie, a w serduchu rosną krzewy malinowe i drzewa kakaowca, to jest to dla całego świata Dobra Nowina, i wtedy słońce jakoś tak mocniej świeci, piosenki swobodniej się nucą, a dzieci na całym świecie nudzić się nie ważą, nawet w czasie deszczu.

Od tego jest właśnie Plecak.

I od tego jeszcze, żeby ciążył nam na ramionach, dawał się we znaki i cały czas przypominał o swojej genialnej obecności.

Bez tego wszak nie potrafilibyśmy docenić tych chwil, w których odpocznienie kształtuje przestworza, a obecność drugiej osoby jest czymś tak naturalnym, że wydaje się nam, jakby jedna dusza w dwu ciałach zamieszkiwała.

Ot tak właśnie – bałamutnie.

 * * *

A kiedy odpoczywa się tak po całym dniu wędrowania, w cieniu brzóz i buków, gdy cała przyroda dudni, a świerszcze w trawach dają swoje wieczorne koncerty, i kiedy dzieli się na dwie osoby kawałek chleba i sera, tomik wierszy Tuwima i pyszny humor, to w tym momencie człowiek przenosi siebie w nieskończoność – zalega już na zawsze w drugim człowieku i nieśmiało, z takim ciepłem w sercu i motylami rusałkami w podbrzuszu, śmie to nazywać braterstwem, bo przez siłę słów nadaje uczuciom moc sprawczą.


I potem zasypia gdzieś przy Drodze Mlecznej, głowę opierając o dyszel Wielkiego Wozu w przytuleniu ogromnym i zapatrzeniu podniebnym kształtuje przestrzenie.

 * * *

A Pan Dziadek siedząc w swym bujanym fotelu, gdzieś na skrzyżowaniu między Kasjopeją a Perseuszem śmieje się cicho widząc takie hece i bawiąc się swoją długą brodą mruczy z rozbawieniem: Jedna z nich to zuchwałość i liryka, druga konkretność, ale i spontaniczność. Poczucie obowiązku splecione z szaleńczą wiarą i odpowiedzialność zespolona z marzeniami; smak pomarańczy przy porannej kawie oraz kakao – ciepłe i kojące o zmierzchu.

Pan Dziadek w tej oto chwili odnosi dziwnie uśmiechnięte wrażenie, że w tym momencie jego wiara w ludzi przekłada się na nieskończoność.

Wtedy paloną kawą pachniało w kredensie,
A zimne, świeże mleko, jak lody, wanilią.
Kiedy się, mrużąc oczy, orzeszynę trzęsie,
Po gałęziach w olśnieniu pędzi liści milion.
Żywiołem zachłyśnięty, zziajany w rozpędzie,
Ileś pokrzyw posiekał, ile traw stratował!
A kijem obtłukując szyszki i żołędzie
Ileżeś mil po drzewach małpio przecwałował!
I wszystko to w ognistej pamięci dziś błyska.
Ciska się małe, szybkie, gorąco, daleko...
I szczęście pachnie kawą. I chłoniesz je z bliska.
A chłód w pokoju sączy waniliowe mleko.


Julian T.

Mojej Julce

nZorka [jaskolkaja@tlen.pl]