Od mocium był
zdaje się kto inny. Wracamy na tor właściwy. Niby dlaczego ja nie miałbym zostać
Faustem? Może sporo mi brakuje do tytułów doktorskich (nawet bardzo sporo), może
moja egzaltacja, chęć przygód, wrażeń nowych, empiryzmu wreszcie chęć nie
osiągnęły jeszcze takiego poziomu, jak u Janka Fausta, ale z drugiej strony czy
to tylko doktory z niezrozumiałym pędem poznania mogą liczyć na skromniutki
kontrakcik z siłami piekielnymi? Nie czuję się gorszy od strajkujących właśnie
lekarzy, coś mnie nawet z nimi łączy – niedowartościowanie, niskie (u mnie:
żadne) zarobki, coraz większa niechęć społeczeństwa. Minister od sprawiedliwości
(i prawa) też za mną raczej by nie przepadał – ot, materiał na wykształciucha,
nic ponadto. A że z tego materiału raczej nic nie będzie – nie jego sprawa
przecież, nie wie i się dowiedzieć nie dowie.
Diabła
przyzywałem całe trzy minuty. Nie przylazła łajza jedna. Wołałem „Mefisto”,
wołałem „Lucek”, wreszcie zawołałem z najwyższą na jaką mnie było stać
czułością: „Ojcze!”. No to przylazł mój stary, jakby nie wiedział, że z czym jak
z czym, ale z czułością rzeczoną to bym się do niego w życiu nie zwrócił.
Musiałem mu wytłumaczyć, że tylko diabła przyzywałem, choć to w sumie mała
różnica. Tyle tylko, że mój stary mi nie sprowadzi Heleny Trojańskiej. Chociaż
ja akurat mam nieco inne fascynacje. Tu jednak zamilczę, bo dopóki paktu nie
podpiszę, dopóty będę musiał próbować zrealizować je w całkiem realnym życiu. A
pfu!
Szkoda
straconej szansy na wielką przyjaźń. Przecież Mefisto, poza niezbyt przystępną
fizycznością, ma z pewnością wiele ukrytych darów, wiele cech fajnych i w ogóle
zalet pięknych, co się zowią przeróżnie. Przyjaźń, że tak powiem, miała szansę
być wiekuistą. Jan Faust doktorem może i był, ale na pewno nie takim od prawa. A
ja na kruczkach i sztuczkach prawnych się znam, wszak mój kolega z drugiego
końca Polski studiuje administrację. Pewno by pomógł, a najpewniej po usłyszeniu
pomysłu mojego sam by go wprowadził w życie i dostał za to nagrodę Nobla, a co
najmniej okładkę w Action Magu.
Czemu właściwie
Faust, końcem końców, został rozgrzeszony? Może nie wszyscy czytali drugą część
tej tragedii, właściwie to może i nikt poza mną i moim wykładowcą fakultatywnym.
Ale został i to mnie boli, boli okropnie. Tragedia z happy endem to nie tragedia
ino sielanka jakaś, jeśli już przerysowuję. A może ja źle zrozumiałem? Może znów
zataiła przede mną co nieco księga spisana mową starą, acz szlachetną? Ale nie,
stoi jak wół, że duszę Fausta wznoszą do nieba, że w niebie się cieszy
Małgorzatka niejaka, a diabeł rozpacza. Czyli tak a nie inaczej co to być nie
może. Czyli gówno, bo co to za przykład dla wiernych takie grzechów
odpuszczanie, że Troska jakaś się pojawia, że może i nawet żałuje się swoich
czynów. No, ale tak bez pokuty, bez starań żadnych, po prostu przylatują aniołki
i za same dobre chęci zabierają? Jakże to tak?
Nie jest zatem
Faust dziełem wybitnie pouczającym, ani nakazującym w zgodzie z Bogiem żyć. Też
bym chciał być „częścią tej siły, co zła pragnąc dobro wciąż czyni.” Tyle, że z
mojego chciejstwa niewiele albo zgoła nic nie wynika. Widocznie taki już mój
los: studencina bez perspektyw, bez diabłów (diablic zwłaszcza) wokół, bez
kuszenia, ale i bez właściwej drogi, co to ją powinienem obrać dawno już temu.
Wiem, chrzani mi się składnia pod koniec tekstu. Bo to już jest koniec.
Pozdrawiam Magdę i składnię.