|: VARIA :|

20 minut faustowania

Faust to dopiero miał klawe życie. Używał go ile wlezie, miał co chciał – ba! nawet Helenkę Trojańską dosiadał – ile chciał i kiedy chciał. Żyć, nie umierać, mocium panie.

Od mocium był zdaje się kto inny. Wracamy na tor właściwy. Niby dlaczego ja nie miałbym zostać Faustem? Może sporo mi brakuje do tytułów doktorskich (nawet bardzo sporo), może moja egzaltacja, chęć przygód, wrażeń nowych, empiryzmu wreszcie chęć nie osiągnęły jeszcze takiego poziomu, jak u Janka Fausta, ale z drugiej strony czy to tylko doktory z niezrozumiałym pędem poznania mogą liczyć na skromniutki kontrakcik z siłami piekielnymi? Nie czuję się gorszy od strajkujących właśnie lekarzy, coś mnie nawet z nimi łączy – niedowartościowanie, niskie (u mnie: żadne) zarobki, coraz większa niechęć społeczeństwa. Minister od sprawiedliwości (i prawa) też za mną raczej by nie przepadał – ot, materiał na wykształciucha, nic ponadto. A że z tego materiału raczej nic nie będzie – nie jego sprawa przecież, nie wie i się dowiedzieć nie dowie.

 

Diabła przyzywałem całe trzy minuty. Nie przylazła łajza jedna. Wołałem „Mefisto”, wołałem „Lucek”, wreszcie zawołałem z najwyższą na jaką mnie było stać czułością: „Ojcze!”. No to przylazł mój stary, jakby nie wiedział, że z czym jak z czym, ale z czułością rzeczoną to bym się do niego w życiu nie zwrócił. Musiałem mu wytłumaczyć, że tylko diabła przyzywałem, choć to w sumie mała różnica. Tyle tylko, że mój stary mi nie sprowadzi Heleny Trojańskiej. Chociaż ja akurat mam nieco inne fascynacje. Tu jednak zamilczę, bo dopóki paktu nie podpiszę, dopóty będę musiał próbować zrealizować je w całkiem realnym życiu. A pfu!

 

Szkoda straconej szansy na wielką przyjaźń. Przecież Mefisto, poza niezbyt przystępną fizycznością, ma z pewnością wiele ukrytych darów, wiele cech fajnych i w ogóle zalet pięknych, co się zowią przeróżnie. Przyjaźń, że tak powiem, miała szansę być wiekuistą. Jan Faust doktorem może i był, ale na pewno nie takim od prawa. A ja na kruczkach i sztuczkach prawnych się znam, wszak mój kolega z drugiego końca Polski studiuje administrację. Pewno by pomógł, a najpewniej po usłyszeniu pomysłu mojego sam by go wprowadził w życie i dostał za to nagrodę Nobla, a co najmniej okładkę w Action Magu.

 

Czemu właściwie Faust, końcem końców, został rozgrzeszony? Może nie wszyscy czytali drugą część tej tragedii, właściwie to może i nikt poza mną i moim wykładowcą fakultatywnym. Ale został i to mnie boli, boli okropnie. Tragedia z happy endem to nie tragedia ino sielanka jakaś, jeśli już przerysowuję. A może ja źle zrozumiałem? Może znów zataiła przede mną co nieco księga spisana mową starą, acz szlachetną? Ale nie, stoi jak wół, że duszę Fausta wznoszą do nieba, że w niebie się cieszy Małgorzatka niejaka, a diabeł rozpacza. Czyli tak a nie inaczej co to być nie może. Czyli gówno, bo co to za przykład dla wiernych takie grzechów odpuszczanie, że Troska jakaś się pojawia, że może i nawet żałuje się swoich czynów. No, ale tak bez pokuty, bez starań żadnych, po prostu przylatują aniołki i za same dobre chęci zabierają? Jakże to tak?

 

Nie jest zatem Faust dziełem wybitnie pouczającym, ani nakazującym w zgodzie z Bogiem żyć. Też bym chciał być „częścią tej siły, co zła pragnąc dobro wciąż czyni.” Tyle, że z mojego chciejstwa niewiele albo zgoła nic nie wynika. Widocznie taki już mój los: studencina bez perspektyw, bez diabłów (diablic zwłaszcza) wokół, bez kuszenia, ale i bez właściwej drogi, co to ją powinienem obrać dawno już temu. Wiem, chrzani mi się składnia pod koniec tekstu. Bo to już jest koniec. Pozdrawiam Magdę i składnię.


© by Shlizer.