|
Nasze obce książki
Pozwólcie, że sama ze sobą zabawię się w skojarzenia.
Polska literatura względnie współczesna i względnie poważna –
Mrożek, Szymborska, Miłosz, Kapuściński, Lem. To tak na szybko. Choć
wiem, że wybór ten można uznać za kontrowersyjny, to jednak są to
ludzie,
którzy udowadniają, że Polacy nie gęsi i swój język mają, a także,
co w przypadku języka równie ważne, używają go z różnym acz
nienajgorszym skutkiem. Nie są zresztą jedynymi autorami – czasem
można odnieść wrażenie (przy odrobinie dobrej woli), że polska
literatura ma się nieźle. Niektóre gatunki nawet to wrażenie
pogłębiają. Ot taka choćby polska fantasy – sporo tych książek i
całkiem grube.
Oczywiście skoro uznałam za stosowne napisać tekst, to gdzieś jest w tym
wszystkim haczyk. Żeby go zobaczyć, trzeba się wybrać ze świata imion i nazwisk
w świat liczb. Oczywiście nikt normalny nie będzie sam liczył ile czego w danym
roku się pojawiło – na szczęście dla mnie i tego tekstu istnieje zestawienie
statystyczne robione co roku (z trzyletnim opóźnieniem) przez Bibliotekę
Narodową. Zajrzyjmy więc do środka.Dział który najbardziej mnie osobiście
interesuje to tak zwana „literatura piękna" czyli książki, które nie są naukowe
czy branżowe. Na dodatek zawężę jeszcze sprawę do literatury dla dorosłych (ta
dla dzieci i dla młodzieży rządzi się specyficznymi prawami). Otóż w 2004 roku
wydano ogółem prawie 25,4 mln. sztuk książek w tej kategorii – na każdych trzech
Polaków, dwóch mogło kupić książkę wydaną w 2004 roku (licząc dla uproszczenia
razem z noworodkami). Jest to wynik dość imponujący biorąc pod uwagę fakt, że
nasz naród ponoć nie czyta. Wprawdzie rzecz ma się nieco gorzej, jeśli
interesują nas tylko nowe, a nie wznawiane książki – tych jest ledwie połowa,
czyli 12,8 miliona, jednak i tak nie jest to wynik zły.
Niestety kiedy zamiast patrzeć na „książki ogółem" spojrzy się na to ile z tych
książek napisali polscy autorzy, nie jest już równie sympatycznie. Ze wszystkich
książek dla dorosłych tylko 5,2 mln. sztuk podpisane było polskim nazwiskiem –
inaczej mówiąc tylko co piąta. Jeśli natomiast interesują nas tylko wydania nowe
(co jest bardziej przekonywujące, bo
do wznowień liczą się też lektury), to liczby zaliczają spotkanie z podłogą –
zaledwie 3,2 mln. Obrazowo rzecz ujmując – dwóch na trzech Polaków mogłoby kupić
książkę wydaną w 2004 roku, co trzeci Polak mógł być szczęśliwym posiadaczem
książki nowej, ale gdyby miał taką fanaberię i chciał mieć nową książkę napisaną
przez rodaka to na ów rarytas załapałby się tylko co dwunasty. Powiedziałabym,
że to dość dziwne...
No dobrze, rzekłam sobie czytając dalej. każda branża ma słowa klucze – w
przypadku telewizji jest to „oglądalność" a w przypadku literatury „nakład".
Może jest tak, że wydajemy znacznie mniej sztuk książek polskich autorów, ale
wydajemy też mniej tytułów? Skutkiem czego rynek zalewa masa obcych (głownie
amerykańskich i angielskich) płotek, a obok nich dumnie pływają nieliczne
polskie rekiny? Niestety nadzieje okazały się płonne – wydaliśmy trochę więcej
nowych tytułów polskich (1570) niż zagranicznych (1200). Oznacza to, że nie
tylko literatury obcej drukujemy dużo więcej, ale też w większym nakładzie.
Licząc na szybko średni nakład nowej polskiej książki to 2 tys. egzemplarzy, a
zagranicznej 8 tys. Oczywiście w rzeczywistości istnieją bardzo głośni polscy
pisarze, którzy mają dużo wyższe nakłady (bo np. na ich książki się czeka) i
bardzo mało znani np. pisarze chorwaccy.
Niemniej zasadniczo można z tego całego rozgardiaszu liczb wyciągnąć jeden
wniosek: polskie książki drukuje się w dużo niższych nakładach niż np.
amerykańskie, angielskie, francuskie, kanadyjskie, czy norweskie. Przeganiają
nas nawet autorzy z miejsc jak dla Polaka egzotycznych jak Japonia, Chile, Nowa
Zelandia czy Izrael. Sprowadzamy ich od wielkiego dzwonu, ale jak już się jakiś
dostanie, to nakład dwa razy wyższy niż szeregowy Polak..
Co to oznacza w praktyce? Różne rzeczy z których najbardziej niepokojące są
dwie. Po pierwsze – wydawnictwa w Polsce nie drukują debiutantów. Taki debiutant
jest niebezpieczny, bo a nuż książka się nie spodoba i wydawnictwo poniesie
straty. Za to każdy pisarz importowany to towar niemal z gwarancją – skoro był
tak głośny, żebyśmy się o nim dowiedzieli, to i się sprzeda (a jak jest
egzotyczny, to się sprzeda właśnie dlatego, że jest egzotyczny). Skoro zaś
drukuje się niewielu polskich debiutantów, to nie ma co liczyć na dużo świeżych
pomysłów – raz kupiony autor musi albo być osobowością, albo pisać zgodnie z
oczekiwaniami wydawcy.
Jest też drugi problem wynikający z niskich nakładów polskich książek – nawet
dobrego polskiego autora trudno jest wyeksportować. Pierwsza rzecz o jaką pytają
wścibscy zachodni agenci to sprzedany nakład i odpowiedź sugerująca, że ten
„dobry autor" wydrukował się w mniejszym nakładzie niż jakiś Norweg raczej nie
zachęci nikogo do kupna licencji.
Dlaczego tak jest? Czyżbyśmy nie umieli dobrze pisać? Jak już wspomniałam dużą
rolę gra tu bezpieczeństwo, a więc to, że czytelnikom udaje się po prostu
wcisnąć importowanych pisarzy. Skoro rynek kupuje coś bezpiecznego, to po co
ryzykować? Oczywiście jest też kwestia tego, że rynek wydawniczy w Polsce ledwo
osiągnął pełnoletniość i jak wielu nastolatków przeżywa zachłyśnięcie się nowymi
możliwościami – nagle okazało się, że można drukować niemal wszystko jeśli tylko
są na to pieniądze więc kurcgalopem nadrabiamy zaległości do literatury
zachodniej i drukujemy w tempie ekspresowym tłumaczenia książek, które za
Kanałem, Wielką Wodą lub za Alpami pojawiły się jakieś piętnaście-dwadzieścia
lat temu. Jednak choć są to tak zwane okoliczności łagodzące, to nie można nimi
całkowicie usprawiedliwić cyrków jakie wyrabia dzisiaj rynek. Owszem – pacjent
był głodny więc się napchał czym popadnie, ale sam fakt że zrobił to z głodu
jeszcze nie unieważnia rozstroju żołądka.
A tak się akurat składa, że dobra kondycja owego pacjenta powinna leżeć na sercu
wszystkim, który czytają i kupują książki. Jeśli bowiem wydawnictwa w Polsce
wpędzają rodzimą literaturę w rodzaj zapaści, to pośrednio cierpimy na tym także
my – czytelnicy. Oczywiście w przypadku książek trochę trudno propagować hasło
„dobre bo polskie" – dżem
truskawkowy może być taki sam niezależnie od miejsca produkcji, ale każdy pisarz
poza tym że jest przedstawicielem pewnej narodowości, jest też jednostką budzącą
sympatię lub niechęć z przyczyn zupełnie indywidualnych. Dlatego nie posunę się
aż do tego, by twierdzić, że wspieranie rodzimych literatów jest patriotycznym
obowiązkiem, bo ostatecznie jest to kwestia gustu. Niemniej, drogi czytelniku,
kiedy znów wybierzesz się do księgarni, pomyśl jeszcze kilkadziesiąt sekund
zanim podejdziesz do kasy trzymając w ręku książkę z obcym nazwiskiem na
okładce.
PS. Optymistycznym akcentem jest fakt, że statystyki trochę nam się poprawiają.
Zainteresowanych odsyłam do:
http://www.bn.org.pl/doc/r_w_2004.pdf - statystyka na 2004
http://www.bn.org.pl/doc/r_w.pdf - statystyka na 2003
|