Ta książka to dla mnie prawdziwa legenda. To w
końcu ona dała poczatek cyklu o Świecie Dysku, najzabawniejszej
serii fantasy, jaką dane mi było czytać. To dzięki niej miałem
okazje podróżować saniami Wiedźmikołaja razem ze ŚMIERCIĄ, oglądać
operę z perspektywy babci Whaterwax, poznawać tajemnice zaklęć na
Niewidocznym Uniwersytecie z Ridcully'm, zaglądać w najciemniejsze
zakątki Ankh-morpork z komendantem Vimes'em, oraz podróżować po
całym dysku ramie w ramie z Dwukiatem, Bagażem oraz Rincewindem...
Rincewind?! O właśnie, Rincewind. Usiądźcie więc czytelnicy
wygodnie, bo teraz o Rincewindzie będzie mowa.
Otóż Rincewind jest
magiem. Co prawda bardzo mizernym magiem, znającym tylko jedno zaklęcie (ale za
to jakie, fiu fiu ;)), ale jednak magiem. Jego prawdziwie magicznym talentem
jest umiejętność pakowania się w kłopoty. A musicie wiedzieć, że on naprawdę się
na tym zna*. I otóż nadarzyła się świetna okazja: do Ankh-Morpork przybywa
Dwukiat (pierwszy turysta na Dysku) i Bagaż (który tak właściwie jest...
bagażem. Ale nie można się dać zwieść pozorom, otóż jest to kufer wykonany z
myślącej gruszy, jednego z najrzadszych i najagresywniejszych istniejących
drzew). Dzięki niesamowitym zbiegom okoliczności Rincewind musi zostać
przewodnikiem tej radosnej dwójki (groźby Patrycjusza potrafiły go do tego
przekonać), toteż wesoła kompania (z czasem wzbogacona o niezwykłą osobowość:
Hruna Barbarzyńcy) rusza w świat (albo raczej w dysk).
Już od razu widać, że ta książka jest jedną z pierwszych w dorobku Pratchetta.
Nie pojawiają się tutaj pewne kanony znane miłośnikom Discworldu (np. Patrycjusz
ma imienia, zaś Ankh-morpork jest podzielone na bogate Ankh i biedne Morpork. W
kolejnych książkach ów podział nie występuje) a i fabuła jest zdecydowanie
bardziej śladowa. Tak właściwie to jest ona jedynie pretekstem do istnego zalewu
gagów, dowcipów i aluzji, jakimi "Kolor magii" jest wypełniony po brzegi.
Humor w tej książce jest naprawdę fantastyczny: pełno żartów słownych,
błyskotliwych dialogów, dowcipnych uwag i sytuacji. Czasami fala gagów jest tak
duża, że przez kilka stron nie mogłem przestać się śmiać. Najwięcej tego humoru
można wchłonąć podczas dialogów Rincewinda z Dwukwiatem. Naprawdę cudowna
sprawa.
Co do postaci to wykreowanie Rincewinda i Dwukwiata było strzałem w dziesiątkę.
Te postacie są tak wyraziste, jednocześnie tak prawdziwe i tak zabawne, że aż
płakać się chcę. Czy mag nie umiejący czarować i zdziecinniały turysta mogą być
„nieśmieszni”? Owszem mogą, ale nie u Pratchetta. On potrafił swoich bohaterów
wykorzystać tak wspaniale, że tylko mu pozazdrościć. Równie udanym pomysłem był
dam Bagaż. Niesamowicie oryginalny (bo w końcu kto kiedy widział kufer o tysiącu
malutkich stóp biegający tu i tam i atakujący z wściekłością rosomaka
potencjalnych wrogów?), zabójczy (dosłownie i w przenośni) i przezabawny. Co
prawda ze względu na to kim jest, mówić raczej nie może. Ale za to jak on nie
mówi :)
Warto na koniec recenzji powiedzieć wszystkim zainteresowanym, że Prószyński
wydał "Kolor Magii" poza zwykłym "Dyskowym" wydaniem również w tzw. "czarnej
miniaturce" (podobnie, jak "Christine: S. Kinga). Taka miniaturowa wersja
kosztuje jedynie 15 złotych, więc warto jej poszukać w sklepach. Mnie się udało,
więc i wy macie szanse :)
A książka? No, cóż ja mam powiedzieć? Genialny początek genialnego cyklu.
Kupcie, czytajcie, a będziecie się tak śmiać, że wszyscy w promieniu 50 metrów
będą na was dziwacznie spoglądać. Jednym słowem: Warto przeczytać!
*nie bez
złośliwości chciałbym w tym miejscu gorąco pozdrowić Raaistlina i Iselora. Już
forumowicze wiedzą dlaczego ;)