„Byłem już blisko tego piękna. Byłem blisko i nie byłem napięty jak
struna - trząsłem się jak galareta.
- Cieszę się, że panią widzę żywą - wydusiłem z siebie absurdalną
krzywiznę. Chciałem oczywiście powiedzieć: <<Cieszę się, że widzę
panią na żywo>>, co miało być rytualną i bezpieczną frazą
wielbiciela, który zna swoją idolkę z kina, z telewizora oraz z
tysięcy fotografii i obecnie wyraża ekstazę, iż widzi ją w
rzeczywistości. [...]
- Też się cieszę, że widzę pana żywego - powiedziała z lekkością, a
mnie natychmiast ta lekkość legła na mózgu jak ołów.”
Pilcha
cenię za składnię. To co wyprawia z językiem, doprowadza mnie momentami do
euforycznego podekscytowania. Dwoistość jego felietonistyczno-beletrystycznej
natury powoduje, że Pilcha się czytało, czyta i in saecula saeculorum
czytany Pilch będzie. Lekkość pióra, niebanalne porównania, ironia sięgająca
gwiazd – uwaga, skalam się angielszczyzną – I'm loving it.
Rzecz w „Moim
pierwszym samobójstwie” dzieje się tam gdzie zwykle. To znaczy w luterskich
kręgach Śląska Cieszyńskiego, którą to przestrzeń autor upodobał sobie
szczególnie. Fakt Pilchowego przyjścia na świat w Wiśle właśnie, wszystko
tłumaczy. Bogiem, a prawdą, tak właśnie być powinno. Bez wycieczek na drugi
świata koniec, o którym artysta zobaczył w National Geographic reportaż i wydaje
mu się, że na tej podstawie jest w stanie opisać z dokładnością zapierającą dech
w piersiach, rzeczywistość oddaloną o przysłowiowe lata świetlne. W literaturze
brakuje sielskości i tę stara się Pilch wypełnić, przez ukazywanie swojego
wiślano-luterskiego podwórka.
Zbiory opowiadań
mają to do siebie, że zwykle kilka z opowiedzianych historii wyróżnia się in
plus, kilka ani nas ziębi, ani grzeje, a resztę zapominamy z momentem
zakończenia lektury. „Moje pierwsze samobójstwo” jest jednak wyjątkiem. Ze
świecą szukać chybionego pomysłu, marnej realizacji, czy też inkszej
nieścisłości. Ogniwem łączącym wszystkie historie jest postać głównego bohatera
– skończonego erotomana i opijusa, a także wiernego kibica Cracovii Kraków.
Mamy więc dziesięć
opowiadań z genialnie prowadzoną pierwszoosobową narracją. Do narratora zaś
czujemy cały wachlarz emocji. Od podziwu, przechodzącego we współczucie, do
irytacji niubłaganie zmierzającej ku ostatecznemu upadkowi. Upadkowi czytelnika
oczywiście. Początkowo zdaj nam się, że jesteśmy od narratora zdecydowanie różni
(stosunek czytelnik-narrator wydaje się mniej więcej taki, jak relacje pomiędzy
politykami lewicy a narodowcami). Jednak snute opowieści doskonale oddają istotę
lechickiej natury. Bohaterem zaś nie jeden jest człowiek, a rzesza
pijaków-erotomanów, w przerwach pomiędzy cielesnymi rozkoszami, oddających się
nie mniej przyjemnemu kontemplowaniu meczów piłkarskich. Niekoniecznie w aurze
pasiastych, biało-czerwonych barw Cracovii.