|
Kroniki Marsjańskie - Ray Bradbury
"- Dobrze jest poczuć na nowo zadziwienie światem -
rzekł filozof. - Podróże kosmiczne znów uczyniły dzieci z nas
wszystkich."
Na Marsie, wbrew nadziejom dawnych
naukowców i fantastów życia nie ma. A przynanajmniej życia wysoko rozwiniętego.
Prawdopodobnie żyją tam jakieś bakterie, ale one nie są wdzięcznym tematem na
powieść.
Ray Bradbury przedstawia Marsa, ale nie takiego jakim go znamy. To Mars tętniący
życiem. Mars, na którym rozwinęła się cywilizacja o poziomie technicznym
zbliżonym do ziemskiego (obecnego), ale która odrzuciła dawno temu zło i
cierpienie.
Rok 1999. Ludzie wylatują na Marsa...
Pisanie jakie są tego kroku konsekwencje zabiłoby całą przyjemność z czytania
tej książki. Od razu zaznaczam że książka nie jest powieścią. To zbiór mniej lub
bardziej powiązanych ze sobą opowiadań opowiadających o ludziach, którzy
osiedlili się na Marsie. A także, co nie jest bez znaczenia, opisujących
społeczność Marsjan oraz relacje pomiędzy ludźmi i marsjanami.
Książkę czyta się znakomicie. Bez względu na preferowany gatunek literacki NIE
MOŻESZ jej nie znać. Nie ma ona za wiele wspólnego z innymi dziełami science -
fiction. Żadnych laserów, wielkich statków kosmicznych (nie licząc rakiet
ludzi), i obcych wyżerających mózgi (marsjanie jednak posiadają kilka zdolności
umysłu, a jedną z nich jest telepatia - to żaden spoiler, wychodzi to na jaw
bardzo szybko). To poetycki obraz dwóch cywilizacji, z której jedna skazana jest
na zagładę (nie do końca prawdopodobnie - nie chcę tu zdradzać nic więcej),
druga na przetrwanie, ale olbrzymim kosztem.
Czytając tą książkę człowiek zastanawia się w pewnym momencie: co by było gdyby
to co autor tu opisał ziściło się naprawdę? Wojna. Wojna tak straszna, że
pochłonęłaby miliardy istnień? Jaką to człowiek jest bestią że w imię...czego?
Władzy? Pieniędzy? W imię tak prostych, przyziemnych rzeczy sprowadza zagładę.
"Kroniki Marsjańskie" to jedna z najbardziej smutnych, ponurych, dołujących i
katastroficznych (oczywiście nie w sensie jakości!) książek jakie dane mi było
czytać. Z jednego prostego powodu: katastrofa nie dopadła tu jednej istoty czy
kilku, ale MILIARDÓW i to w dodatku z dwóch światów. Zaś żal jest obu.
Bohaterowie powieści potrafią zapaść w pamięć. Zwłaszcza mężczyzna, który w
ramach zemsty za to, że na Ziemi spalono licząco jego 50 000 książek bibliotekę,
w sposób niezwykle przebiegły i wyrafinowany mści się na oprawcach...
Teraz jestem w kropce. Mógłbym tu bowiem napisać dużo o tym co się wydarzyło,
jak różna jest Ziemia Bradbury'ego od tej, którą znamy. Co takiego niesamowitego
jest już nawet nie w cywilizacji Marsjan, ale w nich samych? I jak doszło do
katastrofy? Mógłbym, ale jeśli to wszystko napiszę stracicie zbyt wiele z
radości odkrywania jej tajemnic:). Zaufajcie mi. Ta książka jest arcydziełem,
cenię ją równie wysoko jak "Diunę" Herberta (a może wyżej), a to już wiele
znaczy. Jedna z najpiękniejszych i najmądrzejszych książek w historii, a
przynajmniej XX/XXI wieku.
|
 |
| Tytuł Oryginału |
| The Martian Chronicles |
| Wydawnictwo |
| Prószyński i S-ka |
| Gatunek |
| science-fiction |
|
|