|
Arkadij i Borys Strugaccy
Piknik na skraju drogi. S.T.A.L.K.E.R., fragment
–
Piknik. Wyobraź sobie: las, przesieka, polana. Z przesieki na polanę
wjeżdża samochód, z samochodu wysiada młodzież, butelki, koszyki z
prowiantem, dziewczyny, tranzystory, kamery filmowe… Rozpalają ognisko,
stawiają namioty, gra muzyka. A rankiem odjeżdżają. Zwierzęta, ptaki i
owady, które przez całą noc ze zgrozą obserwowały to, co się działo,
wyłażą ze swoich kryjówek. I cóż widzą? Na trawie kałuża oleju, rozlana
benzyna, leżą nieprzydatne już świece i filtry olejowe. Poniewierają się
stare szmaty, przepalone żarówki, ktoś zgubił klucz francuski. Z opon
spadło błoto przywiezione z niewiadomych bagien… no, sam rozumiesz,
ślady ogniska, ogryzki jabłek, papierki od cukierków, puszki po
konserwach, puste butelki, czyjaś chusteczka do nosa, czyjś scyzoryk,
podarte przedwczorajsze gazety, bilon, zwiędłe kwiaty z innych lasów…
–
Zrozumiałem – powiedział Nunnun. – Piknik na skraju drogi.
–
Właśnie. Piknik na skraju jakiejś kosmicznej drogi. A ty mnie pytasz,
czy oni wrócą, czy nie?
– Daj
no mi papierosa – powiedział Nunnun. – Niech diabli porwą waszą
samozwańczą naukę! Ja sobie to zupełnie inaczej wyobrażałem.
– To
twoje prawo – zauważył Walentin.
– To
znaczy, że co? Że oni nas nawet nie zauważyli?
–
Dlaczego?
– No, w
każdym razie nie zwrócili na nas uwagi…
–
Wiesz, na twoim miejscu ja bym się za bardzo nie martwił – poradził
Walentin.
Nunnun
zaciągnął się, zakasłał i zdusił papierosa.
–
Wszystko jedno – powiedział z uporem. – To niemożliwe. Niech was diabli
wezmą! Skąd u was, uczonych, taka pogarda dla ludzi? Dlaczego bez
przerwy staracie się ich poniżyć?
–
Chwileczkę – rzekł Walentin. – Posłuchaj… „Zapytacie mnie: w czym jest
wielkość człowieka? W tym, że wyzwolił nieomal kosmiczne moce przyrody?
Że w czasie tak krótkim zawładnął planetą i wyrąbał sobie okno we
wszechświat? Nie! W tym, że mimo to przetrwał i zamierza przetrwać
również w przyszłości”.
Zapanowało milczenie. Nunnun rozmyślał.
– Być
może… – powiedział niepewnie. – Oczywiście, z takiego punktu widzenia…
– Nie
przejmuj się – niefrasobliwie ciągnął Walentin. – Piknik – to przecież
tylko moja hipoteza. I nawet nie hipoteza, szczerze mówiąc, tylko tak,
obrazek… Tak zwani poważni ksenologowie próbują uzasadnić znacznie
solidniejsze i pochlebniejsze dla ludzkości wersje. Na przykład: że
żadnego Lądowania nie było, że Lądowanie dopiero nastąpi. Pewien
niezmiernie wysoko rozwinięty intelekt zrzuci na Ziemię kontenery z
próbkami swoich osiągnięć w dziedzinie kultury materialnej. Intelekt ów
oczekuje, że po zapoznaniu się z tymi próbkami dokonamy skoku w
dziedzinie techniki i wówczas będziemy w stanie posłać w odpowiedzi
sygnały oznaczające, że jesteśmy gotowi do nawiązania kontaktu. Może
taka interpretacja bardziej ci odpowiada?
– To
już znacznie lepiej – powiedział Nunnun. – Widzę, że i między uczonymi
trafiają się przyzwoici ludzie.
– Albo
jeszcze inaczej. Lądowanie istotnie miało miejsce, ale tamci wcale się
nie wynieśli.
Faktycznie nadal jesteśmy z nimi w kontakcie, tylko o tym nie wiemy.
Przybysze zagnieździli się w Strefach i starannie nas studiują,
przygotowując jednocześnie ludzi do „okrutnych cudów czasu, który
nadchodzi”.
– To
rozumiem! – powiedział Nunnun. – Wtedy przynajmniej można pojąć, co
oznacza ta tajemnicza krzątanina w ruinach fabryki. Nawiasem mówiąc,
twój piknik tej krzątaniny nie wyjaśnia.
–
Dlaczego nie wyjaśnia? – nie zgodził się Walentin. – Czy któraś z
dziewcząt nie mogła zapomnieć na polanie ulubionego mechanicznego
niedźwiadka?
– No
nie, tego już za wiele – kategorycznie oświadczył Nunnun. – Ładny
niedźwiadek! Aż ziemia się trzęsie… Zresztą, oczywiście, może być i
niedźwiadek. Piwa? Rozalia! Dwa piwa dla panów ksenologów!…. A jednak
przyjemnie z tobą pogawędzić – powiedział do Walentina. - Takie, wiesz,
przeczyszczenie mózgu, jakby mi gorzkiej soli nasypano do czaszki. Bo to
pracuje człowiek, pracuje, a po co, o czym nie wie, czego się nie
spodziewa, co serce zaspokoi…
Przynieśli piwo. Nunnun upił łyk, obserwując znad piany Walentina, który
z powątpiewaniem i wstrętem wpatrywał się w swój kufel.
– Nie
masz ochoty? – zapytał Nunnun, oblizując wargi.
– Bo
ja, prawdę mówiąc, nie piję – niezdecydowanie powiedział Walentin.
–
Naprawdę? – zdumiał się Nunnun.
– Do
diabła! – zirytował się Walentin. – Musi przecież na tym świecie być
choć jeden niepijący… – zdecydowanym ruchem odsunął kufel. – Zamów dla
mnie koniak, jeżeli już – powiedział.
–
Rozalia! – wrzasnął niezwłocznie, już zupełnie rozweselony Nunnun.
Kiedy
przyniesiono koniak, oświadczył:
– Bez
względu na wszystko, bardzo mi się to nie podoba. Już nie mówię o tym
twoim pikniku – to w ogóle zwyczajne świństwo! Ale jeżeli nawet przyjąć
wersję, że to, powiedzmy, tylko preludium do kontaktu, bardzo to
nieładnie z ich strony. Jeszcze rozumiem „bransolety”, „pustaki”… Ale po
co „czarci pudding”? „Łysica” po co? I ten ohydny puch…
–
Przepraszam – powiedział Walentin, wybierając plasterek cytryny. – Twoja
terminologia nie jest dla mnie dostatecznie jasna. Jaka, przepraszam,
łysica?
Nunnun
rozeoemia3 siê.
– To
folklor – wyjaśnił. – Roboczy żargon stalkerów. „Łysice” to obszary
wzmożonej grawitacji.
– Aha,
grawikondensaty… Ukierunkowana grawitacja. O tym porozmawiałbym z
przyjemnością, ale ty i tak nic z tego nie zrozumiesz.
– A to
dlaczego? Bądź co bądź, jestem inżynierem…
– A
dlatego, że ja sam nie rozumiem – odpowiedział Walentin. – Są już układy
równań, ale jak je zinterpretować – nie mam zielonego wyobrażenia… A
„czarci pudding” to zapewne koloidowy gaz?
–
Zgadza się. Słyszałeś o katastrofie w laboratoriach Carryguna?
– Coś
niecoś – niechętnie odparł Walentin. – Ci idioci umieścili porcelanowy
kontener z „puddingiem” w specjalnej komorze, szczelnie izolowanej… To
znaczy oni myśleli, że komora jest szczelnie izolowana… a kiedy
manipulatorami otworzyli kontener, „pudding” przesączył się przez metal
i plastik jak woda przez bibułę, wykipiał na zewnątrz i wszystko, z czym
wszedł w kontakt, zamienił również w „pudding”. Zginęło trzydziestu
pięciu ludzi, ponad stu jest okaleczonych, a całe laboratorium nie
nadaje się do niczego. Byłeś tam kiedyś? Wspaniały gmach! A teraz
„pudding” spłynął do piwnic i na niższe piętra…
Shakal
|
 |
| Gatunek |
| fantastyka |
| Oprawa |
| miękka |
| Wydawnictwo |
| 29 zł |
|
|