|
Sto osiemdziesiąt dwa,
sto osiemdziesiąt trzy,
sto osiemdziesiąt cztery drzewa na drodze do domu. Jeszcze czeka mnie drzew dwadzieścia trzy. Jeżeli dojdę tam nim słońce ukryje się za chmurami, to nie spadnie dziś deszcz nad moim miastem. Przyspieszam kroku, powoli i nie od razu, wciąż pamiętając by nie nastąpić na linię dzielącą płyty chodnikowe. Wolę zdążyć przed chmurami.
Sznurówka mi się rozwiązała. Nie, tak nie powinno być. Siadam na murku, przecierając go rękawem i dmuchając trzy razy na niego, by usunąć zarazki. Zdejmuję but, wytrzepuję go uderzając 5 razy podeszwą o beton, zakładam na nogę. Można iść? Nie, z drugim trzeba zrobić to samo. Rozwiązuję, zdejmuję, uderzam 5 razy. Wstaję i idę patrząc na linie na chodniku, zerkając czasem na drzewa.
Palić się chce, zajaram. W plecaku mam fajki, sięgam po nie. Filtr na 2/3 wysokości dokładnie odkrajam moim malutkim nożykiem-breloczkiem. Pełno tam bakterii ostałych się jeszcze z etapu produkcji papierosów. Sam tytoń nie jest szkodliwy. O ile nie zakaszlę po pierwszym machu, ekhy.. felerny i trujący papieros. Muszę się go jak najszybciej pozbyć, bo dym unoszący
się zanieczyszcza tlen w atmosferze, im dłużej tym gorzej. Dotykając brzegu filtra wgniatam go dokładnie w przykoszową popielniczkę, tak by nie dotknąć zewnętrznego świata zarazków w postaci owego kosza na śmieci.
sto osiemdziesiąt sześć,
sto osiemdziesiąt siede... na pewno? Kurwa, chyba się pomyliłem. Od początku:
raz, dwa, trzy...
Muszę policzyć te cholerne drzewa. Zawsze liczę. Liczyłem już 2141 razy. I znam każdy cholerny listek i alternatywne ułożenie wszystkich listków na drzewach wzdłuż tej ścieżki liczącej 1223 płyty chodnikowe. Bo zawsze tędy wracam. Stamtąd, do domu.
Po kieszeniach: chusteczki, zawsze - świat pełen jest drobnoustrojów, gaz pieprzowy - żeby mieć, ściereczkę w woreczku - na bardziej skażone zarazkami rzeczy.
Owszem, dawali i na to rady. Ale im się znudziłem.
Po czasie chcieli mnie zapisać na odwyk. Tyle wpieprzam już tych ich tabletek. Ale nie ma odwyków dla lekomanów w mieście i regionie. Moje szczęście. Klonazepam i Lorafen już mnie uzależniły, i jedyne co mogę zrobić gdy jestem wkurwiony, zjeść po jednej, i kłaść na to co mnie trapi, szeroki koc z wielkim napisem na zielono "w dupie to mam". A oni mi leki przepisują, bo co mają robić? Może być tylko gorzej.
Motyw dnia:
Wstaję, tabletki, napić się, pamiętać o prawej nodze na ziemi, nie dotykać biurka nim wstanę, bo inaczej - dzień będzie spieprzony albo ktoś mi da popalić. Potem muszę też pogłaskać "Pakandża" misia-maskotkę z dzieciństwa i dmuchnąć 2 razy w liście pana Bulwy, nietypowego kwiatka na moim parapecie.
Jadę autobusem, bardzo mi przeszkadzają inni ludzie. Są tacy wulgarni, agresywni i napastliwi, ich twarze posępne, zawsze z taką dozą niechęci patrzą, niektórzy wręcz kłamiącą miną prosto w twarz śmiejąc się nieszczerze. Jak błazny płaszczące się przed władcą, którego między nimi nie ma.
Jedziemy zbici w kupie tym rozklekotanym artefaktem przeszłości na kółkach. Jakaś baba stoi pół metra ode mnie... oceniam odległość (strzelam) na 46 centymetrów, i już czuję że Ona mnie irytuje. Podejdź proszę bliżej, aż mnie kusi żeby wbić jej jeden z moich długopisów w ten gruby zad. Autobus wjeżdża na most. Oby ten się nie zawalił, bo utoniemy. Ja, oni i ta baba.
Nigdy tak nie miałeś, że idąc obok kogoś mostem/stromą uliczką nie koncentrowałeś się na rozmowie, tylko taka....długa myśl... a jakbym go popchnął? To co by było? Czy by się zabił?
- Słuchasz mnie?
- tak, tak. Oczywiście
I tak - z buta w plecy i żeby wyleciał i wpadł do wody. I żeby się utopił.
Kolega ze szkoły. Ale to tylko myśli. Nie wątpliwości. Myśli, o których nikt inny nie wie. Ukryte w szufladzie, a gdyby ta miała potrójne dno, myśl ta leżałaby na trzecim własnie dnie.
Na dnie.
Sto dziewiędziesiąt osiem... czy kiedykolwiek uda mi się to policzyć?
Wiem że nigdy, ale tu i tak nie o to chodzi.
Droga do domu nie jest prosta. Nie idzie się nią prosto, nie zatrzymując się. Czasami muszę się wracać do początku jeżeli pomylę się przy drzewach albo jak nastąpię na linie chodnikową...
Najgorsze, że to jest w każdym z nas. I czasem sobie z tego sprawy nie zdajemy. To tkwi, gdzieś tam. Gdzieś gdzie nie mamy dostępu. W naszym umyśle.
|
|
|