AUTOPROBLEM

 

Jestem autoproblemem. Na potęgę i non-stop strzelam problemami i są to problemy iście problematyczne jak i monotematyczne, gdyż dotyczą mnie, mojego tai-chi, mojej koegzystencji z własnymi myślami i tak dalej. Bo prawdą smutną jest, iż mi naprawdę nic nie wychodzi tak, jakbym sobie tego życzył, co odsyła mnie do serii wniosków - a) jestem nieudacznikiem b) pielęgnuję swoje zadatki na nieudacznika c) mimo zacnych 21.lat nie wyszedłem z pieluchy d) śmierdzi mi z głowy pesymizmem jako lajf stajl ... ... ... m) Balcerowicz musi odejść ... z) winę ponoszą masoni, powiesić!.

 

Trochę faktów. Kilka lat temu trafiłem na pasmo, którego zaletą było to, że wszystko, co sobie życzyłem, w różne, nawet dziwne sposoby, trafiało do mych neurotycznych rączek. Tak pod koniec tego toru popełniłem karygodny error: przyzwyczaiłem się, bo oto, jak wiadomo - wszystko z początkiem ma też koniec, i proszę, skończyło się rumakowanie. Zaczęło się sypać jak insekty z głowy śp Marleya (całe 14 gatunków, sic). Zacząłem myśleć (bez efektów) i doprowadziło mnie to klawiatury, co trwa do dziś, za co pragnę przeprosić. Potem dziewczyna. Po czasie nadciągnęło widmo matury, zależało mi na niej, choć nie na tyle, bym się przygotowywał. Polonistki rozstrzelały mój wywód, wydrukowane myśli spacyfikowały decyzją 'niezaliczone'. A na studia się chciało iść, szkoła o samodzielnie wyselekcjonowanym kierunku, to było to. Zamiast tego poszedłem do wojska (aha, wujek G ulitował się nad moją niewiedzą, czego zgodnie ze zdrowym rozsądkiem należy się wstydzić). Wierzyłem, że poglądy przetrwają poligony, wyjścia w morze, kotowanie, konflikty, gorzkie doświadczenia powracające jako słodko-kwaśne wspomnienia. Kształt ideologii, potraktowany wielokrotnie, przetrwał, choć w nieco zdeformowanej formie. Nie ma wojny bez ofiar. 9 marynarskich miesięcy trochę mnie nauczyło. A problemy - ponownie dziewczyna, rodzina, wiecznie obecny we mnie alkohol. Pojawiła się Gumisia. Kocham ją. Mieliśmy się spotkać i już się tam wybierałem. Fiasko. Wróciłem do domu. Kumple z okrętu potraktowali moczem wspólne przeżycia z takim ciśnieniem, że i ja nie mogłem się w końcu oprzeć, mimo tego że do każdego z nich, bez wyjątku, tęsknie. Pozostało szukać wewnętrznej harmonii ze światem na studiach. Zza rogu wyszła opcja sezonówki w Anglii, to ją zębami, rękoma i nogami złapałem. Znowu miałem jechać do Gumiśki. Gumiśka. Ciśnienie jej kłopotów było tak wielkie, że moje się przy nim rozpływało. Ale że zakneblowaliśmy się Empatią, wziąłem jej sprawy na klatę. Zacząłem dzięki niej roztapiać duchowy gorzki cynizm(...dziękuję...). Miałem jechać i znowu kaaboom!  Zacząłem się rozklejać, śrubki zaczęły wypadać. Trzymaj się dzielnie, idioto - klakson rozsądku! Anglia, praca, studia, Gumiśka też czeka. Opcja Anglii uległa dezaktualizacji. Wymiana stosunków relacji ja-rodzina zaczynają przypominać nieme kino, gatunek: dramat obyczajowy.

 

Żalę się wam, zwierzam, chwalę, wycwaniam, mówię co myślę. Interpretujcie do woli i bólu, bo od tego macie głowy, a w nich liberalne myśli. Osobiście pozostanę przy rozładowywaniu nerwów. Ucieczce. Czuję się jak gówno w kiblu, w którym zepsuła się spłuczka. Dzięki, że to przeczytaliście.

 

mch