O natchnieniu słów kilka.

 

 

Siemacie, mówi Phanta z AeMa ferajny,

Podobno mam niezłe teksy i styl fajny,

Dodajmy, że żart mam fajny,

Choć podobno czasem zbyt jednostajny.

Podobno.

 

Mógłbym – parafrazując DonGuralesko – tak o sobie napisać, gdyby to tylko była prawda. Czy tak jest – to temat na inny tekst. W tym chciałbym roztrząsnąć sprawę natchnienia twórczego – weny. Wielokrotnie bowiem zastanawiałem się czym tak naprawdę jest: impulsem w moim umyśle prowokującym szare komórki do działania, czy może chwilowym „duchowym uniesieniem” w czasie, którego myśli łatwiej znajdują ujście? Albo może siłą daną mi przez muzę, abym tworzył, a tworząc budował?

 

Natchnienie jest przecież największym pragnieniem poetów, pisarzy, muzyków i autorów wszelakiej maści prac. Nie od dziś bowiem wiadomo, że bez niego jakiekolwiek dzieło nie może powstać, a nawet jeśli powstanie, to będzie ułomne, niedokończone.

A skąd się bierze? Jedni zostają natchnieni w ciszy, spokoju, wypoczęci i zwarci, innym lepiej wszystko wychodzi podczas depresji, na kacu, przy głowie zawalonej masą problemów i kłopotów oraz głośnikami wwiercającymi się w mózg muzyką podkręconą na full.

Jedni potrafią ją stymulować – wiedzą, jak ją wywołać, innych napada znienacka – w najmniej oczekiwanym momencie.

 

A czy jest definicja, opis weny? Czy odkryto jej sedno, obnażono ją z szat? Nie wiem, a zresztą nawet gdyby to definicja jest, była i będzie niepełna, wadliwa, pełna braków. Bardzo blisko wypełnienia tych luk był jeden z MC Trzeciego Wymiaru:       

 

„(...)To dla niej mógłbym skonać, bez niej byłbym nikim, bez niej w domach nie byłoby tej muzyki, liryki, poetyki, nic nie miałoby sensu, nie napisałbym tych wersów, żadnego tekstu. Patenty? Nie miałbym żadnych patentów, a te projekty nie byłyby tak bliskie memu sercu. Choć w tej chwili jej szukam, znaleźć ją to sztuka. Komu mam zaufać? Ukaż się – sam siebie nie oszukasz(...)”

Trzeci Wymiar – Szkoda flow

 

A co ze mną? Mnie wena nie opuszcza – zawsze gdzieś tam jest. Każde wydarzenie, sytuacja, której jestem świadom potrafią ją przywołać, zmuszając mnie do pisania. Daje mi siłę do tworzenia, nakazuje budować.

 

Nie można jej kupić, nauczyć się jej, ani mieć na zawołanie. Więc, czym ona do cholery jest? Dlaczego tak wybiera – jednym łaskawie się objawiając, innym z kolei skąpiąc? Dlaczego jest taka nieuchwytna? Czy natchnienie jest prawdziwe?

 

A może to tylko puste słowo? Tak puste, że aż słychać echo. Słowo wymyślone przez zazdrośników, którym nie wychodzi. Tym, którzy muszą sobie czymś uzasadnić brak talentu? Takim, co to na wszystko muszą mieć wyjaśnienie, odpowiednie określenie..

 

Chciałbym dowiedzieć się o natchnieniu czegoś konkretnego. Chciałbym móc je zważyć, zmierzyć, obadać.

 

Sęk w tym, że nie mogę...

 

 

PHANTASMAGOR