Zawsze idąc w tym kierunku myślę sobie, kurka a jak coś pójdzie nie tak, zrobię któremuś przykrość, wyczują że jestem zła czy smutna? Co wtedy. Są tacy wrażłiwi, mają tyle problemów. A jestem tu przecież, żeby im pomóc, nie zaszkodzić. I gdy idę tak przez wiecznie radosną Saską Kępę rozterki zawsze rosną, niepokój zasiewa się tam, gdzie, jak mi mówiono na na samym początku, być go nigdy nie może. I pomimo strachu coś ciągnie w tamtą stronę. Przekraczam ul. Zwycięzców, nie ma już odwrotu, bo jakże by to było, zhańbić tak doniosłą nazwę, i honor tych, których ma ona upamiętniać! „Kości zostały rzucone”! I z tą myślą wędruje się dalej. Z każdym krokiem coraz bardziej chwiejnie, ale również chętniej i z wzrastającą ciekawością, co przyniesie dzisiejsze spotkanie.
Jeszcze jedna malutka przecznica i rozpocznie się kolejna przygoda. Mijając ambasadę Kolumbii zawsze mam nadzieję spotkać pewnego starszego pana. Nie wiem właściwie kim on jest, ale o to akurat się nie martwię, bo po co? Wystarczy, że doda mi otuchy którąś ze swoich opowieści, z 'kraju jego mlodości'. Najbardziej spodobała mi się legenda o myszce Perez, najsympatyczniejszej odmianie zębowej wrózki o jakiej kiedykowiek słyszałam. Nigdy nie zapomnę jego reakcji, kiedy spytałam, czy naprawde w nią wierzy. Oburzony powiedział 'que eso si existe', jego ton zakazał mi jakichkowiek wątpliwości, chociaż mogłam się tylko domyślać co powiedział. Lubię też opowieści o ludach, szczególnie o Indianach Guambianos, dzieciach wody i tęczy. Mówiąc o nich rozwodził się nad przepyszną potrawą ze świnek morskich pokrapianych miejscową odmianą ognistej wody, kukurydzianą Chichą. Obiecał że kiedys mnie poczęstuje, ale samym napojem bo świnek morskich i tak bym pewnie nie chciała.
Po miłej rozmowie bądź tylko wspomnieniach po którejś z nich, trzeba iśc dalej. Naciskając guzik domofonu jest się trochę spiętym, ale kiedy zabrzmi pierwsze 'haluu' i wrzask trzech innych głosów, wołających z daleka, że nie wolno odbierać bez zgody cioci, wszystko odchodzi na bok. Wchodząc po kilku schodkach i czekając, aż wrota tego nieziemskiego przybytku rozchylą się właśnie dla Ciebie, czujesz się jak wędrownik wracający z bardzo długiej podróży do domu. I oto drzwi otwierają się, wataha wybiega po ciebie i wciąga do środka. I już nie obchodzą cię twoje poprzednie myśli, stajesz się piratem takim jak oni wszyscy, gracie w tę samą grę, tylko na trochę róznych zasadach i o inne nagrody.
Reguły, jakie poznaje się na początku są pokręcone i dziwne, choć z upływem czasu wszystko staje się bardzo logiczne. Każdy zakaz i nakaz ma swoją genezę i służy tylko i wyłącznie zapobieganiu błędom, które tutaj zawsze mają bardzo odczuwalne konsekwencje. Od strony organizacyjnej wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. I jest. Nie panuje tu broń Boże rygor, bo wtedy wszystko straciłoby sens. Pani Prezes jest uosobieniem słońca. Dawno temu postawiła przed sobą piękne, a zarazem trudne zadanie i do tej pory je wypełnia. Pomimo ogromnego wysiłku i nakładu pracy zawsze się uśmiecha, z jej oczu płynie dobroć i troska, no i oczywiście bardzo wysokie wymagania.
Pierwszym krokiem do zgarnięcia głównej puli jest zdobycie zaufania dzieciaków. I choć zazwyczaj dzieci są naiwne i ufne, to na pewno nie jest tak w tym przypadku. Niewinność naszych małych przyjaciół została zdeptana przez nienawiść i niedojrzałość ich najbliższych, którzy często sami również potrzebują pomocy. Dlatego tak ważne jest odbudowanie ich wewnętrznej harmonii i wiary w siebie, pokazanie im, że mogą marzyć i marzenia te realizować.
Żeby zdobyć ich zaufanie, trzeba przede wszystkim samemu zaufać sobie. Nie chodzi tu o samo bycie uczciwym wobec nich, nie, to o wiele za mało. Oni zaufają tylko komuś kto nawet w deszcz wyjdzie z nimi na dziedziniec pograć w piłkę i obroni bramkę namalowaną wspólnie na murze kosztem swoich spodni. Komuś, kto złapie ich, gdy będą spadać z drzewa, komuś kto będzie przy nich zawsze, kto nie będzie za wiele mówił, ale zawsze usłyszy nawet to co niewypowiedziane.
Ciężka to praca czasami, szczególnie w chwilach smutku, bo im go okazać nie można, nie w tym miejscu. Spędzając tu cztery godziny mają na nowo poznać świat. Mają go zobaczyć innymi oczami. Tu świat jest kolorowy i nie bezkompromisowy. Tu jest ich enklawa spokoju i radości. Tu naprawdę mogą być dziećmi. Pierwsze zderzenie z nimi jest strasznie dołujące. Niektóre dzieciaki są bardziej wulgarne niż zdecydowana większość moich rówieśników. Nieraz czułam się zdeprymowana wypowiedzianymi przez nich słowami. Tyle razy usłyszałam niepochlebne teksty we własnym kierunku. Tym większą radość sprawia zauważenie zmiany w ich podejściu. Kiedy ci już ufają, są łagodni, sukają przy tobie ciepła. Jaką niesamowitą frajdę potrafi sprawić wspólne odrabianie lekcji kiedy dzieciak mówi 'Ciociu to ja teraz przeczytam specjalnie dla Ciebie' albo wydrukuje swoje zdjęcie tylko po to żeby je podpisać i dać razem z przeogromnym uściskiem. I męczy się taki malec, który pomimo swojego wieku sylabizuje i nie zna wszystkich liter. Nie chcą nic w podzięce i my też nie chcemy nic od nich. Wystarczy, że ponoszę któregoś na barana, pohuśtam na powieszonej między drzwiami huśtawce. Oboje będziemy usatysfakcjonowani.
Wspólne zabawy i praca dają nam tak wiele. Czasem wydaje się, że to oni są tam dla nas, nie my dla nich. Przy nich nie czuje się różnicy wieku. Są mądrzejsi niż niejeden dorosły zamknięty w swoim fiskalnym świecie. A tu Ci mali wielcy ludzie dają nam czasem zadania niewykonalne, które po chwili z nimi stają się najprostszą czynnościa pod słońcem. I tak dzięki mojemu podopiecznemu z bardzo rozwiniętej sztuki rysowania uśmiechniętego słoneczka wraz z chmurkami dookoła przeszłam na wyższy poziom rysowania 'wojowniczych turtles ninja, tatatadaaam'. Wspólna praca rozwija.
Najpiękniejszą cześcią wspólnego dnia są wspólne posiłki. Przed każdym z nich mamy bitwę o miejsca, oczywiście jeśli jakiejś cioci, ew. wujkowi brakuje miejsca przy stole każdy z 4 z mojej grupy z chęcią odstąpi mu własne... i pójdzie od razu po deser. W końcu nie ma to jak dobre wychowanie. Jedno jest dla dzieciaków bardzo ważne, przed jedzeniem zawsze dziękujemy Panu za dary. We własnym rodzinnym domu dzieci często nie mają co zjeść na kolację czy obiad dlatego tak bardzo widać po nich wdzięćzność. Oczywiście w krótkiej modlitwie przed jedeniem zawsze zdąrzy wpaść dodatkowa prośba o komiks czy kolejną wycieczkę.
Nawet najcięższy dzień wart jest tej jednej chwili kiedy się żegnamy. Kiedy taki mały ludek podchodzi do ciebie i mówi że jutro ci pokaże a przy tym daje soczystego buziaka nic innego nie jest ważne. Wiesz, że główna nagroda pzypadła właśnie Tobie.
 
Nie uciekajmy przed problemami współczesnego świata. Pokażmy prawdziwą wierną i bezwarunkową miłość. Kochajmy ludzi bo oni tego potrzebują i pozwólmy pokochać siebie bo niektórzy nie mają kogo kochać.