EVERGREEN
Dedykowane
Michałowi,
najwspanialszemu
Przyjacielowi
i
Człowiekowi, który inspiruje
niezainspirowanych...
:P
Zbyt mało tu
miejsca, by opisać to co nas łączyło, co powodowało, że każdy kolejny, z
pozoru szary dzień stawał się niesamowitą przygodą.
Poznałem go w
pierwszej klasie podstawówki, był gruby i miał okropną fryzurę. Zdawał się
być nieporadny, w pewien fizjologiczny sposób nawet niedołężny. Każdy jego
krok, każdy kolejny oddech był przyczynkiem do niewybrednych żartów. Właściwie...
nie znałem go, odrzucał mnie swoją nicością, pozycją jaką zajmował w społeczności
klasowej. Tak naprawdę nie wiem kim był, wiedziałem o nim po trzech latach
uczęszczania do jednej klasy tyle, iż był pośmiewiskiem. Żałuję... wstydzę
się każdego słowa, każdego gestu, który uczyniłem aby pokazać mu, że
jest nikim.
Po trzech latach
nasza klasa została przydzielona po połowie do dwóch innych szkół. Na szczęście
trafiliśmy do tej samej klasy. Zostaliśmy posadzeni razem w ostatniej ławce,
jako że obaj byliśmy rozmiarów ekstremalnych. Przez kolejne trzy lata bywało
różnie. Biliśmy się na tzw. „górce”, trenowaliśmy razem piłkę ręczną.
Ale on wciąż był nikim. Był aspołeczny, bo społeczeństwo go nie
potrzebowało. Polubiłem go... Ścigaliśmy się, kto szybciej rozwiąże
zadania z matematyki, na biologii pisaliśmy gotowce i w razie potrzeby
zamienialiśmy się grupami. Zaczął przychodzić po mnie do szkoły, on po
mnie, bo tak było po drodze... a może dlatego, że ja nigdy bym po niego
pierwszy nie przyszedł. Niesamowite było uczucie pewności, że niezależnie
od zdarzeń dnia poprzedniego on przyjdzie, każdego dnia. Czasami budził mnie,
zastawał w łóżku, innym razem z niecierpliwością czekałem momentu, gdy
zapuka do drzwi. Kłóciliśmy się... byłem nieustannie rozdzierany pomiędzy
to co sądzili o nim inni, moi dawni koledzy, a to jakim ja go znałem. On wciąż
był nikim... był moim przyjacielem. A prawdę powiedziawszy nie używałem i
wciąż nie używam słów takich jak „przyjaciel” nader często, właściwie
to był mój jedyny przyjaciel. Stałem się wrogiem dla moich dawnych kolegów,
a oni z bezwzględną okrutnością sprowadzali mnie do parteru w hierarchii. Z
perspektywy czasu wiem, że byłem silny, obaj byliśmy silni, Michał był może
nawet silniejszy ode mnie, silniejszy niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić,
wliczając w to nawet Boga. Jego niespotykana lekkość bytu, a zarazem wierność
własnym zasadom ujawniały się przy bliższym poznaniu. Wtedy też można było
dostrzec w nim człowieka naprawdę wartościowego. Wiele się od niego nauczyłem...
nauczyłem się solidarności, odpowiedzialności, nauczyłem się uczuć wyższych
– przyjaźni, miłości. Wiele rzeczy robiliśmy razem, właściwie to
wszystko robiliśmy we dwóch, graliśmy w tenisa, koszykówkę, urządzaliśmy
stukilometrową wyprawę rowerową. Wciąż ścigaliśmy się na lekcjach w
szybkości rozwiązywania zadań, choć już nie tylko na matematyce. Był
szybki, był cholernie szybki... wtedy właśnie nauczyłem się, że nie zawsze
muszę być najlepszy.
Kolejne trzy lata
to gimnazjum. Wciąż w tej samej klasie, w tej samej ławce, tacy sami. Byliśmy
parą przyjaciół, jakiej nigdy więcej w życiu nie widziałem. Każdą sekundę
wolnego czasu spędzaliśmy razem, poznałem jego rodzinę, a on moją. Nocował
u mnie, a ja u niego. To było niezwykłe... zaczynał otwierać się przed
innymi, choć wciąż była w klasie grupka osób, chcąca udowodnić mu, że
jest dnem. To nie była prawda, on był lepszym człowiekiem od nich, on był
lepszy niż ja. Nigdy mu tego nie powiedziałem, ale podziwiałem go za to ile
wycierpiał, ile kopniaków przyjął na swoje niewinne ciało, za to iż wbrew
różnym osobom, sytuacjom nieustannie pozostawał sobą. Nie umiałem tak... byłem
i do dziś jestem dzieckiem tłumu, ale on to znosił. Nasza przyjaźń była
najsilniejsza w ostatniej klasie gimnazjum. Byliśmy najlepszymi uczniami,
wszystkie licea leżały nam u stóp, z tym, że ja byłem humanistą, a on umysłem
ścisłym. Właśnie tacy byliśmy, uzupełnialiśmy się nawzajem. Utworzyła
się niewielka grupka bliskich nam osób, więc koniec gimnazjum był o wiele
lepszy niż to się zapowiadało na początku.
Kolejny etap
naszego życia to liceum, tym razem nie byliśmy w tych samych klasach, ze względu
na odmienne zainteresowania, ale obaj wciąż pracowaliśmy na chwałę tej
samej szkoły. Dopiero tutaj Michał naprawdę rozkwitł, wśród ludzi na
poziomie, fascynatów, miał szansę stać się kimś istotnym i tę szansę
wykorzystał. W tym okresie wydawało mi się, że się zakochałem, pierwszy
raz myślałem że poczułem to na co przez całe życie czekałem. Dzieliłem
się z nim każdym najdrobniejszym szczegółem mojego stanu emocjonalnego. Ale
Michał nie mógł mi pomóc. Przy całej mojej sile, przy wrodzonej zdolności
rozmawiania z ludźmi nie potrafiłem zrobić pierwszego kroku będąc z nią
sam na sam. Ja, niżej podpisane dziecko tłumu, byłem inwalidą w kontaktach
interpersonalnych, gdy dotyczyły one dwojga osób płci przeciwnej. Nic nie mogło
tego zmienić... Otaczały mnie irytacja, złość i żal... ogromna ilość żalu.
Mieliśmy coraz mniej czasu, mniej wspólnych spraw... Nie mogliśmy się dogadać,
dla mnie liceum to najgorszy okres mojego życia, straciłem wszystko zaczynając
od zdrowia, a na marzeniach kończąc. Dla niego był to najwspanialszy czas...
miłość, akceptacja, szacunek...
Kiedyś... podczas
jednej z milionów rozmów jakie odbyliśmy, powiedział mi, że tak naprawdę
niewiele jest osób, które się zmieniają... My - najlepsi przyjaciele,
przestaliśmy spędzać ze sobą czas, z rzadka rozmawialiśmy jeszcze na
przerwach o szkole, nauczycielach, o pogodzie. Z biegiem czasu nasze kontakty
zostały ograniczone do codziennego, mechanicznego uścisku dłoni. Siedziałem
często gdzieś obok i widziałem, jak niekonwencjonalnym stylem bycia i
szczerym uśmiechem zjednywał sobie zupełnie obcych ludzi. Jednak miałem wciąż
nadzieję, że tak jak kiedyś, przyjdzie rankiem i zapuka do mych drzwi.
Nadzieja umarła
ostatnia
To byłby właściwie
koniec. Ja pogrążony w zazdrości, zawiści, egoizmie i pierwszy w życiu raz
prawdziwie samotny, pogodziłem się z utratą przyjaciela. Z mojej winy, z
mojej bardzo wielkiej winy. Brakuje słów na opisanie mojej postawy... Żałuję...
wstydzę się każdej sekundy, podczas której dawałem mu do zrozumienia, że
jest czemukolwiek winny.
Zmieniliśmy się,
wyewoluowaliśmy, to byłby właściwie koniec, gdyby nie fakt, że spotykaliśmy
się na imprezach u naszych wspólnych znajomych i nasza przyjaźń odżyła,
nabrała nowego wymiaru, obecnie potrafimy bez siebie wytrzymać, ale wciąż
rozumiemy się bez słów i znów możemy godzinami rozmawiać o niczym. Michał
na zawsze już pozostanie moim najwspanialszym przyjacielem i evergreenem mojego
życia.
PS:
„Niemożliwe byłoby znalezienie drugiej pary tak
różnych od siebie ludzi,
którzy są dla siebie tak bardzo bliscy”
William Wharton
QUASIMODO