Co z tą sztuką? - czyli sztuka wymyślania kiepskich tytułów

 

Ach, jak słodko płyną potokiem myśli! Płynąć, się znaczy, dopiero poczną, albowiem rozpoczynam wszem i wobec felieton wielce oryginalny w formie, takoż i w treści, z numerem dwa (bo poprzedni był jeden, włazić na www.Mimizu.prv.pl).

           

Co się znajdzie w zasięgu sił obsmarowujących, to się powinno już wraz z początkiem przedsięwziąć (o nieobsmarowywaniu mowy natomiast zupełnie nie ma, bowiem felieton z założenia winien być niemiły, cyniczny, z pewną nawet ilością jadowitego kwasu), ale mnie ta myśl wzięła dopiero teraz, gdy już za sobą mam powiedzmy, wstęp i kilka zupełnie nieistotnych słów tytułem sztucznego przedłużania (w linki ze spamów nie klikam, jeśli się komu skojarzyło).

 

Przejdźmy zatem do krwistoczerwonej, surowomięsnej treści: nienawidzę sztuki!

 

(akapit złowrogiej ciszy)

 

"Ha, tu cię mam!" - powiedział zapewne czytelnik. "Taki z ciebie wredny prowokator, Mimizie jeden zakłamany! Że niby nie lubisz sztuki, a sam się bawisz w jakieś zdjęcia, jakieś opowiadania i inne takie! I się pewnie jeszcze Dalim zachwycasz, zwyrolcu jeden przebrzydły!" - dodał z pewnością w myślach. I nawet się nie mylił (nawet co do Dalego). Bo tamto wcześniej, to ponownie były, przyznaję się, śladowe ilości nasienia prowokacji co to za zadanie miały zainteresować czytelnika i go jednocześnie przymusić do dalszego czytania. Również podobnie jak to miało miejsce w przypadku felietonu o książkach, jeśli go kto pamięta, i tym razem w toku wyjaśnień okaże się, że wcale ze mną tak źle nie jest i wcale nie nienawidzę, a tylko mam w pewnej materii pewne obiekcje.

 

(Ten felieton NIE miał być tak podobny do poprzedniego, jak się w tym momencie zanosi. Atoli choć jest on drugą ledwie moją pracą w tym guście, już zaczynam wyraźnie popadać w schemat. Co tylko zbliża mnie do poziomu prawdziwych felietonistów)

 

Okeja, jak to z tą sztuką w końcu jest. W końcu nie wiadomo. Bo jak kogoś zapytać, czy "co to sztuka?" wie, to pewnie powie, że "tak", a jak go z kolei zapytać, "co sztuka jest, wobec tego", to pewnie powie kilka "y", z dodatkiem "a" i "e", poprzedłużanych jak te penisy miłośników spamu (jeśli komu się skojarzyło z drugim akapitem) i w końcu nic nie powie. Oto jest właśnie owa kwestia, co to najmocniej wkurza - właśnie natura pojęcia sztuki, mianowicie. Natura delikatna jak najbardziej wstydliwe miejsce najkraśniejszej białogłowy, zarazem jednak ulotna jak jej pierdnięcie. A chciałoby się, żeby pojęcie było jasne, oczywiste, twarde i męskie, z jeszcze jaśniejszą definicją, co to nawet laik mógłby jej użyć, by jedno z drugim dziełko w odpowiednie posegregować kontenery - taki zatytuowany "sztuka" i taki zatytuowany "niesztuka" (czy też "kicz" albo zwyczajnie "crap"). A tu dupa, że tak powiem, podobnej definicji nie ma, nie było i nie będzie, bo całej tej sztuki z natury nie da się ująć jak martwej ryby w obcążki.

 

Może były kiedyś czasy, gdy jednoznaczne określenie na modłę "to je ładny obraz, no to sztuka, a to je brzydki, no to crap" było łatwe, albo choć łatwiejsze niż obecnie, ale - no właśnie, owo "obecnie" - mamy ten problem, że do miana sztuki pretendować może właściwie wszystko. Od pięknego pejzażu, z którym pan malarz brandzlował się całymi dniami i nocami, dopieszczając go w najmniejszych szczegółach, po biały kwadrat na czarnym tle (albo odwrotnie) z drugiej strony, który gostek sobie maznął któregoś pogodnego ranka między włożeniem skarpet a umyciem paszczy. Kompot dla tego, co mi - poza techniką malarską - wskaże mianownik wspólny dla jednej i drugiej wymienionej sztuki Sztuki.

 

I możnaby pomyśleć, iż żyją jacyś ludzie mądrej natury, co to na sztuce zjedli zęby i paluchy połamali, co to mają zmysły nadludzkie specjalnie w sztuce wyspecjalizowane, co to wreszcie wyroczą, gdzie tej sztuki szukać, a gdzie szukać kiczu. W rzeczywistości prawda leży w pół drogi - są tylko ludzie, którzy się za podobnych powyższym uważają, mający właściwość, że całą tą sztukę biorą nazbyt do siebie i potrafią z przejęciem godnym lepszej sprawy rozprawiać o zawiłościach tych czy tamtych artystycznych zagadnień. Ale na sztuce nie da się znać. I się jej nie da traktować całkiem poważnie, choć tego ostatniego wielu zrozumieć nie potrafi.

 

To może ja teraz wyskoczę z przykładzikiem. Był przeto pewien projekt „artystyczny”, którego część części autorskiej miałem przyjemność stanowić, a którego treść stanowiło obnażenie tejże wspominanej wcześniej ulotności pojęcia sztuki (ciekawe ilu czytelników przeczytawszy wyrazy "obnażenie" i "ulotności" skojarzyła je automatycznie ze wstydliwymi miejscami krasnej białogłowy). Było nas mianowicie troje licealistów (wraz ze mną panna Justyna, a także kol. Kszak Bóżanó Co Pnie Się W Górę Nocą Dżdżystą), którzy w sposób perfidny i nieuczciwy postarali się o wygospodarowanie "gazetki" (z tych wiszących na ścianie) szkolnej biblioteki na potrzeby prezentacji wierszy generowanych przez program POETA (http://derbeth.w.interia.pl/poeta/). Oczywiście o owej nieuczciwej generacji nie było wokół wiszącej twórczości ani słowa, były natomiast liczne dowody naszego talentu w postaci wyszukanego formatowania wierszy (a'la Awangarda Krakowska tudzież inne fjuturyzmy) czy też dołączenia do nich zmyślonych opinii autorytetów w rodzaju studenta ASP, redaktora Newsweeka czy pani Szymborskiej. Jeśli przeczytawszy powyższe popukaliście se w czoło (czego, nawiasem mówiąc, zdecydowanie nie pochwalam - jestem zdania, iż pukać wolno tylko po bożemu), zaskoczę was teraz poprzez deklarację, iż wszystkie te bzdury... chwyciły. Nie mam w prawdzie możliwości poznania wszystkich reakcji, z jakimi się owa twórczość spotkała, jednak wiemy na pewno, że nabrały się wszystkie trzy panie bibliotekarki - łącznie z taką, co to Wiedzy o Kulturze uczy - a także nasza pani od Polskiego (dla której ślę serdeczne pozdrowienia z czeluści nawiasu). Szkoda miejsca na opisywanie niuansów uknutej przez nas intrygi (bo trzeba by wspomnieć na przykład o folijce, cośmy ją wpięli w tablicę i z pełną powagą wyjaśnili Paniom jej głęboko artystyczne przeznaczenie, które one zresztą przytakując, bez znaku protestu, zaakceptowały), zwłaszcza, że i tak najważniejsze jest to, co udało nam się poprzez tenże eksperyment osiągnąć... Owym podniosłym osiągnięciem było... Znaczy... Dobra, nie było osiągnięcia. Tyle może, że do czytanego przez Was wywodu mam teraz prawo dołączyć dygresję, że o sztukowości sztuki decyduje mniej jej faktyczna wartość (jakkolwiek rozumiana), a bardziej sposób jej przestawienia, wraz z czymś, co zwiemy...

 

...Renoma - to będzie takie, powiedzmy, słowo klucz, które zostanie bohaterem naszego następnego akapitu. Renoma to coś dla sukcesów artysty nieodzownego, o czym się jako osobnik co to tego czy owego tworzydła nieco zdążył liznąć (jednakowoż o pełnej minecie na razie w żadnym przypadku mówić nie mogę) przekonuję na każdym kroku. Jednym z takich kroków był waśnie wspomniany eksperyment, w ramach którego, jak już pisałem, wymyśliliśmy całą masę nieprawdziwych opinii prawdziwych osobistości, opatrzywszy je na dodatek naszymi bardzo poważnie brzmiącymi wypowiedziami na temat konkursów, które wiersze wygrywały, planów tomiko-wydawniczych i tym podobnych. Ludzka natura, bogata w pokłady ułomności, przegrywa zazwyczaj starcie z Renomą, która staje się częściej niż nierzadko wystarczającym dowodem na wybitność danego dzieła. Ot, wystarczy Oscar dla filmu, kilku krytyków zachwyconych przedstawieniem teatralnym czy też stosik pochwalnych recenzji książki, by gawiedź łyknęła tę czy tamtą sztukę Sztuki bez próby nawet skrzywienia się na ewentualnie towarzyszący danemu tworowi nieprzyjemny posmaczek. O ile nie jest niczym groźnym, gdy takowa Renoma (właśnie zauważyłem, iż po powtórzeniu tego wyrazu kilkanaście razy można dojść do wniosku, że to świetnie brzmi na imię dla dziewczynki) towarzyszy tworowi faktycznie w jakikolwiek sposób wybitnemu, o tyle bywa ona bardzo mylna owijając się w okół jakiegoś zupełnego crapu, który cudownym sposobem ją sobie pozyskał, lub gdy na przykład pozostaje z danym – zasługującym uprzednio Renomę - autorem pomimo drastycznego obniżenia się jego poziomu twórczego. W drugim przypadku dochodzi do tego, że taki twórca po wydaniu z siebie czegoś na poziomie, może sobie wypuszczać crapów ile mu się zapragnie, a ludzie to - nie zawsze na szczęście polubią, ale prawie zawsze kupią albo co najmniej obdarzą zainteresowaniem. Obok może żyć z kolei artysta faktycznie wartościowy, który jednak na odpowiednią promocję trafić nie miał przyjemności i przyjdzie mu zemrzeć poznawszy pochwałę najwyżej ze strony mamy i babci.

 

By ewentualne mętności trochę rozrzedzić, posłużę się kolejnym przykładem. Otóż prezentacja moja maturalna wymusiła na mnie wymuszenie na sobie obejrzenia nietypowej ekranizacji "Zbrodni i kary" - nie dość, że polskiej, to jeszcze krótkometrażowej (pół godziny) i animowanej na dodatek. Na dodatek dodatku animowanej w sposób zupełnie dziwaczny, kiedy to koleś odpowiedzialny za film wydrapywał kolejne klatki na gipsowych płytach. Wobec tego faktu informacja o trwającej trzy lata produkcji filmu nie będzie pewnie aż taką szokującą. Wszystko fajnie czadzik, film chwalony tu, nagrodzony tam, ale ni w ząb nie pojąłem co też pracowity pan autor miał na myśli (bo, jak nie trudno się domyślić, zupełnie nie miał na myśli wiernego zekranizowania lektury szkolnej). Trochę czitersko postąpiłem szukając gotowej interpretacji w zasobach Międzysieci, aczkolwiek i te poszukiwania na niewiele się zdały - dowiedziałem się tylko, że film jest wyśmienity, że przekazuje głębokie myśli, czy też, że jego twórca wykorzystuje wątki "Zbrodni" by przekazać swoje własne refleksje. O treści tych refleksji jednak nigdzie nic nie było. Pewną wskazówkę znalazłem dopiero po kilku obejrzeniach, z zwłaszcza w wersji filmu z komentarzem reżysera, który coś niecoś wyjaśnił, jednak z drugiej strony kilkukrotnie komentował aktualnie pokazywaną scenę tekstem w stylu "A tutaj sam nie wiem o co chodziło... może cośtam, a może coś zupełnie innego... Nie mam pojęcia". Przesłanie, widać, tak głębokie, że sam autor gdzieś w jego zawiłościach utonął...

 

I w tym oto, zbliżającym nas do końca rozważań momencie, staje mi przed oczyma wyobraźni widok kolesia, który wiesza kibel na dwumetrowym drągu, staje pod nim, rozbiera się i zaczyna obierać obrane ziemniaki (czym zajął się zapewne, gdy już paszczę umył i ostatecznie poprawił swoje wybitne dzieło malarskie). Nazywa to potem Sztuką Performęs i zmusza do refleksji. No bo refleksji nie może nie być, skoro takie to dziwne i pokręcone i niezwykle odkrywcze! Zapytany jednak przez zachwyconego dziennikarza alternatywnego czasopisma artystycznego, w dodatku podziemnego, co wyraża ten jego miks, co go odpierdala na ulicy, uśmiecha się jeno półgębkiem z dodatkiem enigmatycznego spojrzenia pod skręconymi fikuśnie brwiami i panu dziennikarzowi odpowiada "Nie ma tak łatwo, to trza samemu dojść!". Ostatecznie może mu jednak, mając dzień tolerancji dla ludzi Nie Rozumiejących Ambitnej Sztuki, wcisnąć jakąś opowiastkę o sensie egzystencji, miłości i papieżu, którą był sobie wymyślił siedząc na tymże samym kiblu zaraz po tym gdy go naszła myśl, że jego siedzisko to się jednak będzie artystycznie prezentować na drągu.

 

I chciałoby mi się skończyć już po wyrazie "drągu", a ściślej po następującej dalej kropce, jednak mając dobry dzień dla ludzi Nie Rozumiejących Ambitnej Sztuki Pisania Felietonu (czy też eseju, sam już nie wiem - i nie muszę wiedzieć) postanowiłem zdobyć się na kilka słów podsumowania czy czegoś w tym rodzaju. Mianowicie rzeknę, że warto zdobyć się na odrobinę dystansu wobec tak zwanej sztuki, bowiem nigdy nie wiemy na pewno czy ktoś sprzedając nam Ambitną Artystyczną Awangardę (AAA, takie małe baterie) nie robi sobie z nas – jak to mówią - jaj. Bo sztukę to w ogóle należ mierzyć raczej od "czy nam się nie podoba" do "czy nam się podoba" miast od "wybitne dzieło, które powinno nam się podobać" do "kicz, który nie ma prawa nam się podobać". Sztuka (po napisaniu tego felietonu to słowo jeszcze bardziej zaczęło mnie wkurzać) to coś indywidualnego, moi drodzy, w rzeczywistości - tak jak z prawdą, dupą i czymś tam jeszcze - każdy ma własną.

 

Mimizu (03.2007)

 

PS. Na koniec kilka irytujących rymów z jeszcze bardziej irytującym wyrazem w roli głównej: "Sztuka do ciebie puka", "Sztuka cię szuka" tudzież "Ambitna sztuka trafiła na zbuka".