| Wspomnienia z dzieciństwa |
|
Tak mi się ostatnio zebrało na wspominki. Przy okazji pragnę zaznaczyć, że słynę z nadzwyczaj słabej pamięci, która potrzebuje co najmniej paru minut by sięgnąć wstecz o parę godzin. Dość powiedzieć, że fraza "pamiętam to, jakby było wczoraj" w moich ustach nabiera zupełnie nowego (przeciwnego) znaczenia. Lecz mimo tej drobnej niedogodności jakimś cudem pamiętam całkiem spory kawałek ze swojego życia. Moje najstarsze wspomnienie do jakiego jestem w stanie sięgnąć pochodzi z czasu gdy miałem ze cztery-pięć lat, jak rodzice zabrali mnie i brata do fotografa. Byliśmy odpicowani i wyglądaliśmy jak dwa lalusie, ale wtedy wcale o tym w ten sposób nie myślałem. Byłem na swój sposób głupio-szczęśliwy. Opowiem wam teraz pewną historię, która zajmuje w moim życiu pozycję kamyczka w bucie moich zasad. Szczególnie godzi w zasadę nie żałowania niczego, co zrobiłem. Zaczyna się w wyjątkowy dla każdego z nas dzień - pierwszy dzień szkoły. Czasami jestem zaskoczony, że tak dobrze jestem w stanie odtworzyć tę chwilę. A szczególnie pierwszą osobę, która zwróciła moją uwagę po wejściu do klasy. Była to płacząca dziewczynka. Stała tam i roniła łzy. Było widać, że jest przerażona całą tą sytuacją. Jej mama pochylała się nad nią, próbując ją uspokoić, ale ciepłe słowa otuchy i chusteczka na otarcie łez wcale nie pomagały. Ona nawet nie fatygowała się usiąść, czy skryć twarz w dłoniach, zwyczajnie stała z zaciśniętymi pięściami w opuszczonych rękach gotowa w każdej chwili wybiec z tego przeklętego miejsca jeśli tylko ktoś, ktokolwiek, dałby jej na to pozwolenie. Zwierzęta posiadają instynkt, który już kilka godzin wcześniej może je ostrzec przed nadciągającym tsunami, zostawiając im dość czasu na ucieczkę. U Niej pewnie też objawiło się coś w tym stylu. Musiała wiedzieć, lub przynajmniej przeczuwać co ją czeka, tylko nijak nie mogła przed tym uciec. A jedyne bezpieczne miejsce - mamine ramiona - za chwilę znikną za drzwiami. I to ją przerażało. Zwyczajnie nie pasowała do reszty. Nie będzie mogła żartować tak swobodnie jak inni, jej uśmiech będzie bardziej wymuszony, nie będzie zapraszana na imprezy organizowane przez kumpli, prawdopodobnie nie nauczy się tak szybko pić ani palić (jeśli w ogóle), co będzie ją stawiało zawsze na gorszej pozycji. I niestety, bidula nic na to nie poradzi. A teraz rozejrzyjmy się dookoła. Dzieciaki wydają się być bardzo rozbudzone. Tyle to im się opowiadało o tym jak to fajowsko ma być, jak pójdą do szkoły. To juz nie to co wieśniackie przedszkole. To jest prawdziwa szkoła! Tutaj czekaja na nich nowi koledzy na całe życie, mnóstwo ciekawych rzeczy do nauczenia i wspomnienia, które im na zawsze pozostaną... I oni już nie mogą się tego doczekać! Poznają się, rozmawiają, wrzeszczą, biegają, a wszystko pod czujnym okiem ich matul, które troszczą się o to, by jak najbardziej umilić im ten dzień. Ale zawsze pilnować ich nie będą mogły. Jak tylko rozlegnie się dzwonek i zamkną się drzwi, maluchy wkroczą w zupełnie nowy świat, a za chwilę też odkryją, że nie ma tu ich opiekunów, gotowych wymierzyć karę za nieładne zachowanie. Z czasem nauczą się, że jedyną zasadą tutaj obowiązującą jest zasada Kalego, a jedynym problemem jest nie dać się złapać. Ale to stanie się dopiero za chwilę. Może nie jutro, może nie za tydzień, ale na pewno wkrótce. Na razie jednak dzieci ciągle pozostają dziećmi i ciągle się bawią i poznają. A pomiędzy tymi momentami znajdą czas, by zwrócić uwagę na formujące się słabe ogniwo. Są wśród nich osobniki współczujące, chcące pocieszyć naszą małą beksę, ale nie robią nic. Nikt ich w końcu nie będzie winił. To tylko dzieci - ich się uczy współczucia, bo same nie są jeszcze w stanie wcielić się w skórę drugiej osoby. Więc co one mogą wiedzieć o cudzych problemach. Zresztą to i tak nieliczna część, bo przeważają i tak podszepty, chichoty i wytknięte palce. Nikt ich w końcu nie będzie w przyszłości winił. To tylko dzieci... Dalsze losy bohaterki moich wspominek nie są chyba trudne do odgadnięcia. Niestety, każda klasa musi mieć swojego kozła ofiarnego, a tę zaszczytną funkcję dostaje najczęściej ten, kto nie potrafi się obronić. I w ten jakże prosty sposób owa dziewczynka była częstym obiektem drwin, żartów i wyzwisk, na które nijak sobie zasłużyła. Wyobraźcie sobie teraz półkole ludzi, małych ludzików, tuż pod ścianą, skupionych na jednej skulonej w środku postaci. To Ona. Jest oparta plecami o ścianę i ma opuszczoną głowę, a po jej delikatnej twarzyczce spływają drobnymi stróżkami łzy. Jest jak zaszczute zwierzę. Jak mała owieczka otoczona przez wilczą watahę. Wzdłuż korytarza słychać echo śmiechów, zlewających się w jeden krzyk, kolejne małolaty, zobaczywszy zbiorowisko, próbują się przedostać na przód, by zaspokoić ciekawość, półokrąg pod ich naporem zwęża się, a dziewczynka chowa twarz w dłoniach. Nie robi tego by ukryć łzy. O, nie. Łzy i tak są dość widoczne. Ona tylko chroni twarz przed wytkniętymi w jej stronę palcami. Krąg się zawęża, a wyciągnięte dłonie są gotowe wydłubać jej przypadkowo oko. Choć sam wątpię, czy powinna się o to obawiać. Mimo, że ci z przodu czują silny napór ciekawskich z tyłu to i tak nikt nie zbliży się na tyle by dotknąć naszej bohaterki. Traktują ją jak trędowatą. Jest prawie tak, jak pierwszego dnia tego piekła, a jedyną różnicą jest brak matek-przyzwoitek, więc dzieciaki poczuły się swobodniej. I ten pierwszy dzień będzie się zawsze powtarzał. Będzie jutro, za tydzień, miesiąc, rok... aż do końca szkoły. Gdyby teraz rozejrzała się dookoła to nie zobaczyłaby żadnej współczującej twarzy, żadnej ręki wyciągniętej w przyjaznym geście, ani nie usłyszałaby żadnego słowa otuchy. Tłumik zebranych dzieciaków nie myśli teraz o tym, że wyrządza komuś krzywdę. Oni zwyczajnie świetnie się bawią. Do małych móżdżków wpłynęło parę pozytywnych hormonów, psychologia tłumu zadziałała bezbłędnie, maluchy poczuły siłę, którą daje im jedność, i chcą tę siłę na kimś wyładować. Ale to są tylko dzieci. One nie rozumieją co się dzieje. Nie postawią się w miejscu swojej ofiary. Dla nich jest ważny tylko ich własny interes, a skoro są jeszcze mali, to trzeba im wybaczyć tę chwilę zamroczenia. Maluchy są bezwzględne. To najbardziej egoistyczne istoty tego świata. Dość inteligentni, by powiedzieć czego chcą, za mali jeszcze by sami zrozumieć, że zdobycie przedmiotu ich pożądania może kogoś dużo kosztować (niekoniecznie pieniędzy). Jak daleko człowiek jest w stanie się posunąć dla własnych, nawet chwilowych, korzyści? Bym mógł odpowiedzieć na to pytanie, musicie jeszcze raz przywołać poprzednią sytuację. Na samym początku wspominałem, że jest tutaj trochę do żałowania, tylko nie określiłem jeszcze gdzie. By w pełni zrozumieć obraz, który wam przedstawiłem, potrzeba ostatniej brakującej części. Obserwatora. Długo nie trzeba go szukać. Jest zaraz za pierwszą linią półokręgu i wcale nie po to by przebić się na ratunek. Tak jak reszta próbuje się przecisnąć na przód, tak jak reszta wyciąga w stronę bohaterki niecny palec wskazujący, tak jak reszta dziko ryczy ze szczęścia, i tak jak każdy chce się reszcie przypodobać. Da się to zrozumieć? W końcu w incydencie uczestniczyło ponad pół klasy... Niestety nawet po tylu latach Ja sam nie wiem co On sobie wtedy myślał. Nie wiem czy wówczas myślał w ogóle. A najlepsze i tak zostawiłem na koniec. Ta cała sytuacja jest jeszcze bardziej groteskowa. Nasz obserwator jest tak wielkim hipokrytą, że nie obchodziło go, iż ta sama sytuacja miała miejsce dwie godziny temu, tyle że z Nim w roli głównej. Ale to tylko dziecko. Bardzo bezwzględne dziecko. Zresztą może nie będzie tego pamiętał w przyszłości... |