TEN TEKST TO STYLIZACJA

                     (MOŻE TAK/MOŻE NIE)

 

 

            Balkon to idealne miejsce. Do takiego wniosku doszedłem wraz z moim przyjacielem Kamilem już dawno. To miejsce integruje, zwłaszcza gdy urządza się na nim tańce towarzyskie przy muzyce Franka Sinatry. Stanowi kolebkę myśli samobójczych, kiedy kusi swoją śliskością po obfitym deszczu, czy też opadach śniegu, a ma się właśnie doła nie z tej ziemi. Wreszcie jest świetnym miejscem na towarzyską wymianę poglądów, kiedy przy powiewie ciepłego, wiosennego powietrza dyskutujesz o aktualnych wydarzeniach czy o sprawach metafizycznych, paląc przy tym papieroska. Nawet samotne na nim przebywanie daje wiele możliwości. Ileż to razy przy dźwiękach muzyki sączących się z komputerowych głośników spędzałem na nim sporo czasu, obserwując przechodzących poniżej ludzi z niemalże Boskiej perspektywy, rozmyślając.

            Kiedy człowiekowi skończy się jakiś ważny etap w życiu, uaktywnia się melancholijny, filozoficzny nastrój. Ja filozofuję bardzo często (zarówno mowa o dysputach po spożyciu, jak i o takich na trzeźwo, w wąskim, nieraz nawet dwuosobowym gronie). Ileż to razy siedząc na stancji wspomnianego już Kamila spędziliśmy większość nocy dyskutując nad naturą człowieka, sensem życia i innymi poważnymi tematami. Wniosków, do jakich doszliśmy, nie będę streszczał, bo nie o tym tak naprawdę chcę pisać. Ja po prostu jak zwykle, po umieszczeniu zupełnie nieadekwatnego tytułu i spłodzeniu dziwnego wstępu przechodzę do tego, co naprawdę chcę sformułować i niżej zawrzeć.

            Ostatnio etapem, który skłonił mnie do przemyśleń było rozstanie. Kolejne w moim życiu, zapewne nie ostatnie, ale jak każde dla uczuciowej osoby – bolesne. Zwłaszcza, że jestem człowiekiem, który traktuje związki poważnie. Tymczasem ten „dziwotwór” trwał około miesiąca. Krótko. Na większości randek powracał motyw tego, że nie mamy żadnych szans, tak naprawdę to nie chcemy być razem itp. Jednakże, było coś, co ciągnęło mnie do tej dziewczyny. Do Marty. Może to jej charakter, który stanowi jak gdyby odbicie mojego, nasyconego złośliwym, acz inteligentnym poczuciem humoru i stylem komentowania życia za pomocą ironii i sarkazmu? Może to jej urocza twarzyczka, która przyciągnęła mnie najpierw? Ta atmosfera? Czy też podświadoma chęć udowodnienia, że jednak mamy szanse? Bo o ile na początku cała ta gadka mnie bawiła, to w miarę upływu czasu zmieniło się nastawienie. Przestałem wierzyć w to, co mówię.

            Uświadomiłem sobie, jak bardzo jest dla mnie ważna. Cywilizuje mnie.

Ci, którzy mieli okazję mnie poznać na zlocie w roku ubiegłym, dobrze wiedzą, jak się zachowywałem. Żywa gestykulacja, obfite komentarze do wszystkiego, donośny głos, itd. Tymczasem Marta…cywilizowała mnie. Co prawda na przestrzeni roku mój charakter trochę się zmienił, ale w jej towarzystwie było to jeszcze uwypuklone. Byłem spokojniejszy, prawie wcale nie gestykulowałem, zgadzałem się nawet na komenderowanie mną, co akurat w moim przypadku było nie do pomyślenia.

            Marta też zachowywała się inaczej. Pomimo tego, że zna mnóstwo osób (co mnie samego również przypomina) to jednak utrzymuje kontakt z limitowaną liczbą i jak sama twierdzi, jest strasznie złośliwa i wszystkich odstrasza. Może dla mnie była łagodniejsza, ale ja tego nie doświadczyłem i nie zauważyłem.

            W każdym razie, myślałem już, że to jest właśnie to, a tu koniec. Stwierdziła po raz kolejny, że nie mamy szans i postanowiła więcej się ze mną nie spotykać. Tak po prostu.

 

(TU SIĘ ZACZYNA WAŻNE)

 

            Nie piszę tego arta tylko po to, aby podzielić się swoim bólem, ponarzekać na kobiety, stwierdzić jak mi źle. Nie. Otóż chodzi o to, że paląc sobie dzisiaj na balkonie papierosa i obserwując chodzących poniżej ludzi przyglądam się ciekawym refleksjom. Kiedyś, dawno temu, kiedy byłem małym chłopcem, posiadanie dziewczyny wiązało się w gronie kumpli z prestiżem. Ważne było, że można stwierdzić, że jest „moja”. Później, będąc glupkiem z gimnazjum (niektórym to do liceum przetrwało) chodziło już nie tyle o sam szpan, co o pocałunki i seks. Słowem, fizyczny aspekt związku.

Tymczasem ja zdałem sobie sprawę, że żadna z powyższych czynności nie cieszy mnie tak bardzo, jak wspólnie spędzone na wykonywaniu normalnych, codziennych czynności chwile. Zdarzyło się wam kiedyś, że zyskaliście wolną chatę, dajmy na to na weekend i spędziliście go we dwoje ze swoją brakującą połówką, tocząc chwilową namiastkę wspólnego, normalnego życia? Parę razy się zdarzyło i mówię wam, nie ma nic lepszego jak radość dzielenia swojej codzienności, swoich domowych rytuałów, swojej intymności z bliską osobą. Zapewne piszę tak tylko dlatego, że póki co takich naprawdę wspólnych chwil mam niewiele z racji studiów i tego, że razem na stale z żadną partnerką nigdy nie mieszkałem. Zapewne z czasem wkrada się rutyna, tak obsmarowywana w mnóstwie romantycznych komedii. Póki co jednak jestem na etapie zauroczenia tym aspektem tego życia.

Chyba dorosłem.

Albo i nie, skoro wciąż nie potrafię znaleźć sensownego tematu na artykuł.

 

 

ZoltaR

ballinboy@o2.pl