Pogrążeni




Dotychczas droga była jedna. Po przekroczeniu bariery pozorności - taka, jakich wiele później, ale przed poznaniem jakiejkolwiek innej wydawała się unikatową ścieżką, która została obdarzona możnością doprowadzenia do wiecznego szczęścia. Oni odkryli mistyfikację.

[Cofając się do stanu niewiedzy.]

Przebieżali swój szlak. Mijały chwile, a oni wierzyli razem, w pewnym stopniu, w chemię.

Nabieramy doświadczenia po drodze.
Ono boli, póki nie zdecydujemy się
na tolerancję wobec czegoś obcego
i nieznanego.


Z czasem uświadomili sobie, że tylko wierzyli, ale to było wszystko, czego mogli dokonać. Wszelkie dowody traktowali z dystansem, mawiali: "nasza jedyna prawdziwa rzeczywistość jest całkowicie relatywna". A jednak wciąż ostawał się niezmiennie ich pogląd o zaspokojeniu własnych potrzeb, pogląd trochę tylko chemiczny, bo w swym prawie wyznający pierwiastki. Pierwiastki spełnienia, chadzające beztrosko po padole, nieświadome swej roli. Tak, wierzyli w wieczne szczęście. Było dla nich molekułą, tworzoną przez pierwiastki. Do całości wystarczyło dwoje.

Altruistyczne bajki śmieszyły ich i denerwowały na przemian, właściwie to największe emocje, niekoniecznie o zabarwieniu pozytywnym, budziły w nich nie te słodkie, czasem aż przesłodzone, opowieści o wyzbyciu się własnych pragnień i potrzeb, o poświęceniu się wszystkiemu wkoło, ale hipokryzja. Traktowali ją w kategoriach zbrodni przeciw naturze. Dobrze wiedzieli, że większość o własnej fałszywości nie wiedziała i że nigdy nie zajmowała się rozterkami swego bytu.

Bywały chwile, kiedy ich też to bolało. Byli jak inni, czasem z ich ust wydobywały się trochę odmienne słowa, ale to przecież o niczym nie świadczyło. Co bolało? Bolał ich egoizm, który przecież był zupełnie naturalny. Bolało egoistyczne uczucie, bolało odcięcie od świata. W głębi duszy nie umieli przyjąć do wiadomości, a to był głównie efekt ich rozważań, że ten stan psychiczny był jednym z najlepszych przykładów świadczących o egoizmie. Ich własnym i całej reszty.

I zdarzył się kiedyś moment, że coś sobie nawzajem postanowili. Od dawna nie liczyli się z konwenansami, a jednak normy ich przeniknęły. Z jednej strony to co robili, to wszystko było samodzielną decyzją. W opozycji jednak stała tak naprawdę bezmyślność. To, co przyjęli za coś złego, po prostu silnie się w ich życiu zakorzeniło, nie było innej opcji niż szufladka z rzeczami, które nie powinny istnieć. Do czasu, kiedy zaczęli na nowo poznawać oczywistości. Dużo było dziwowania, zwątpienia, kryzysu. A potem była radość. Wszechogarniająca. Piękna, tak jak i oni. A należy jeszcze dodać, że nic już nie było beznadziejne z li jedynego powodu natury.

Znowu mijały chwile, trafili na rozdroże. Poszli razem, nie wiedząc czy dobrze wybrali. Być może tak, na wszelki wypadek zachowali otwartość umysłu. Ale szli, cały czas. Tworząc wspólnotę duchową, z pięknym horyzontem, stawianym jako cel podróży.

Lucyfer
Eddańczyk

luc.edda@gmail.com