PIERDU PIERDU, NIE MAM TALENTU

CZYLI BARDZO NIEPOKRÓTCE O TYM, JAK W PRZECIĄGU PÓŁ ROKU PISAĆ TEKST, ZACHWALAĆ GO INNYM, LANSOWAĆ SIĘ, STAWAĆ SŁAWNYM, NAWET GO NIE WYSYŁAJĄC.

 

 

WSTĘP WŁAŚCIWY, PO CZASIE PISANY

 

Kiedy zaczynałem pisać ten tekst, był październik. Dziś mam zamiar go skończyć, co zapewne i tak mi się nie uda. Co nie zmienia faktu, że jest 17 kwietnia. Nie ma to jak długa pora wysyłania tekstu. I wcale nie dlatego, że mi się chciało go ciągle poprawiać, aby był perfekcyjny. Nie! Tak naprawdę poniższe wypociny okażą się w opinii niewtajemniczonych chłamem niegodnym uwagi, który sprawi radość czytającym go uczestnikom zdarzeń, czy też tym, którzy takowe studenckie życie znają.

Niemniej jednak, pomimo tej nacechowanej pejoratywnie wypowiedzi zdecydowanie nie będącej reklamą zachęcam do przeczytania tekstu. Może tłum nastolatków piszących pierdoły przerzuci się na tematy o szkole, schodząc wreszcie z zawodów miłosnych.

Have fun!

 

PO, CO MI TO WSZYSTKO, CZYLI TYTUŁEM WSTĘPU

 

Ten tekst, powstał na przestrzeni dwóch miesięcy z kawałkiem i po prawdzie składa się ze swobodnych myśli, spisywanych pod wpływem chwili i bez późniejszej obróbki, a co najważniejsze, całość opatrzona jest komentarzem innych osób, których pośrednio lub bezpośrednio ten tekst dotyczy.

Dlatego proszę nie dziw się, czytelniku drogi, jeśli chaos kompozycyjny, czy niespójność rzucą ci się w oczy. Ja sam wiem, że oba zjawiska tu występują. Zapewne nie uniknąłem powtórzeń w niektórych kwestiach. Nie zachowałem ciągłości ułożenia i podziału na akapity, czy bloki tematyczne „cotygodniowe”. Wiedz, drogi czytelniku, że jest to wynikiem li tylko mojego lenistwa.

 

Dodam jeszcze, że tekst ten, o ile się ukaże powinien już dawno znaleźć się w głównej puli, co pozwoliłoby na osiągnięcie pierwszeństwa. Teraz zapewne nie obędzie się bez wypowiedzi: „A tuxedo już coś podobnego pisał”. Owszem, pisał. Tylko, że on ma inne życie. No, pod paroma względami studenckie się pokrywa. [Niko: Tuxedo Ty burżuju jeden, kupować zupki chińskie po 0,99 zł, jak w Plusie są po 0,49 :P]

 

Trochę długi ten wstęp. Na samiutkie zakończenie, już celem nadania tekstowi trochę profesjonalnego wyglądu dodam jedno: wszystko, co widzisz na czarno, czytelniku, spłodziłem ja. W kwadratowych nawiasach, różnymi kolorami znajdziesz dopiski różnych osób, co prawda pisane pod moim czujnym, edytorskim okiem, ale nie miałem sumienia poprawiać stylistyki i innych tego typu pierdół. Ech, pozwolić się kobietom dorwać do klawiatury…. [Niko: kobietom i nie tylko, aby nie było nie domówień;)]

 Mam nadzieję, że tekst ci się spodoba i zmotywuje do nauki, co byś się mógł na studiach opierdalać.

 

Kończę, a wraz ze wstępem znika moja wolność. Od tego miejsca, wszystko, co napisałem mogło zostać zweryfikowane, lub wyśmiane. Sam nie mogę się doczekać, aż dorwę ostateczną wersję tekstu:)

 

WYJDĘ RANO, NIBY PO CHLEB, CZYLI OD OGÓŁU DO SZCZEGÓŁU

 

Pierwszy raz czuję, że nadałem swojemu tekstowi tytuł wręcz ekshibicjonistyczny. A do tego w stu procentach prawdziwy. Zresztą, oklaski za tą fenomenalną frazę należą się mojemu przyjacielowi Dawidowi, z którym to obecnie dzielę mieszkanie w Toruniu, stanowiące bazę wypadową na imprezy i wykłady. [Niko: <wznosi ręce w geście triumfu i kłania się>]

Zdanie genialne samo w sobie pierwotnie dotyczyło artykułu z poprzedniego numeru AM, którego to autora litościwie przemilczę. Wypowiedziane humorystycznym tonem stanowiące najbardziej adekwatną recenzję zdanie utkwiło w naszej pamięci, jak wiele kultowych tekstów. [Niko: (wazelina mode on) Cóż począć jak przez parę miesięcy czytałem tylko w AM teksty Zozola, a na pozostałe teksty nie zerkałem, gdyż nie mogły się równać z jego twórczością.(wazelina mode off)] Chyba każda wąska grupa ludzi ma pojęcia i hasła, które kojarzą im się z różnymi wydarzeniami [Paulina: Chapanie dzidy? :D], czy też po prostu były naprawdę śmieszne. Ta fraza utkwiła mi w głowie, ale skłoniła tez do refleksji.

No, bo to, co ja uskuteczniam w AM-ie to przeważnie takie właśnie pierdu, pierdu nie mam talentu. Myślę, że jestem fajny jak wkleję jakiś cytacik na początek tekstu, kilka peesów na koniec, a pomiędzy sprawozdanie z poprzedniego tygodnia, czy jakiegoś ważnego dla mnie wydarzenia.

Cóż, pocieszałem się do tej pory tym, że w AMie zamieszczają też większy chłam, zwany Lodówą Center, ale teraz już uległa samorozwiązaniu i nie mam juz sposobu na leczenie kompleksu kiepskiego autora.

Bodajże Donald jakiś czas temu pisał, że chciałby należeć do grupy osób piszących dobre teksty. Jako jego sequel, ja również. [Niko: me too] Bo tez nie uważam się, jak niektórzy z grupy tych słabiej utalentowanych za jakiegoś superpisarza. [Żania: On tylko udaje takiego skromnego, jak tylko jesteśmy wokół wyłazi z niego cholerny egocentryk ;P] [Niko: Jak może się uważać za superpisarza, skoro Niko debiutuje właśnie na łamach AM :P]

Bo proszę pana, historię zranionej miłości to każdy może napisać. Niejeden przeżył, niejeden zamieści i o zgrozo, niejeden przeczyta. Smutne historie, życiowe porażki czy humorystyczne opisy własnych przeżyć zawsze są chodliwe i tylko temu zawdzięczam to, że jakiekolwiek moje teksty w AMie są zamieszczane. [Niko: zakłamany….]

Aż strach się bać, kiedy takie chłamy jak spłodzone przeze mnie z nudów i bez pomysłu "Moja gitara" wchodzą do puli głównej. Zresztą, jak to Donald powiedział, przypominała wypracowanie szkolne. Z tych na trójkę. Cza było odrzucić!

Pierdu, pierdu, pierdu.... [Niko: nie mamy talentu, skoro tyle osób już się dopisało:)]

Teraz tez piszę coś, co zapewne wejdzie, ale niczym szczególnym się nie wyróżni. Cóż, taki już mój los. Genialne idee, na jakie wpadam, okazują się po czasie takimi, na które przede mną wpadło już mnóstwo innych ludzi. Jak widać oryginalność tez potrafi być schematyczna. To jak z australijskim urzędem patentowym, które wydał patent numer dwa miliony na koło, o ile dobrze pamiętam. Dawno to czytałem, a wbrew obiegowej opinii nie jestem Kwisatz Haderach, nie wiem wszystkiego.

A ostatnio to nie mam nawet czasu o AM-ie myśleć. Nawet for internetowych nie oglądam. Po co, na holonecie i tak mnie pod względem liczby postów nie przegonią przez dekadę, ja łże-elita jestem. A poza tym mnie na postach nie zależy, jak to mówi każdy spamer. [Niko: Ciekawie, kto statsuje nawet w last.fm – Dżem był w pierwszy w tym tygodniu, ciekawe, jakim cudem] Ja mam rispekt, bo na CorusConie byłem i w końcu poznałem ludzi, z którymi gadałem przez dwa lata. I wrażenia miałem jak najbardziej pozytywne, choć niekiedy konfrontacja internetowego alter ego z rzeczywistością wypadała boleśnie dla niektórych. Ale to częsta przypadłość, w necie człowiek się czuje lepszy, rośnie dowcip i inteligencja. [Paulina: Tobie maleje ;P Przynudzasz na GG :P] [Niko: Przepraszam czy mi się wydaje, czy ja słyszę pukanie kapitana Firefly’a?] Cóż, nie wszystkim, ale to temat na osobne pierdu pierdu.

W przypadku zlotu AM było lepiej, bo zgodnie z tym, co wielokrotnie powtarzałem na zjeździe "ja AM-u nie czytam, ja tam tylko teksty wysyłam". Tak naprawdę, odkąd rozpocząłem pisać do AMaga, przeczytałem w nim może dwanaście tekstów. Dopiero niedawno nadrobiłem, bo wypadało popisać, co to wcześniej płodzili ludzie obecnie mi znani. Mówię wam, taka konfrontacja już po poznaniu jakiejś osoby jest o wiele lepsza. A i przywołuje miłe wspomnienia, wciąż jeszcze świeże w mojej pamięci. Polecam wszystkim. [Marta: Ja nie wierzę w internetową miłość, czy jakieś bliższe przyjaźnie, ale po twoim opisie chyba się zainteresuję tym bliżej]

Niedługo tylko to mi zostanie, bo najzwyczajniej nie będę miał gdzie wcisnąć internetu między kontakty towarzyskie, a naukę. [Żania: Że niby, między co, a co? Nie wierzcie mu. Chłopak w bibliotece był może trzy razy. Resztę wyciąga od bezbronnych i naiwnych dziewczyn ze swojego roku, od notatek po lektury. Jak dobrze, że ja jestem z kulturoznawstwa, bo i na mnie by pasożytował :P A to, czy się uczy, to przemilczę. Domyślcie się. Chociaż nie, koło ze staropola na czwórkę zaliczył, kujon jeden :P (kazał mi to napisać, stoi nade mną i dyszy, że mu opinię psuje ;P)] [Niko: Nie martwcie się, jeszcze kilka imprez czwartkowych i wywalą go :), ale musi pójść kiedyś na wydział, aby dowiedzieć się o wydaleniu go ze studiów.]Wszak studia, to wbrew opinii nie tylko imprezy. Czasem jest tez coś pomiędzy. A szla(g/k) [turystyczny] człowieka strzela, jak ma przedmiot typu język starocerkiewno-słowiański, łacinę, angielski z wyższej półki (trzeba było zwalić test wstępny na pierwszych ćwiczeniach)[Paulina: Jak te, co bardziej lotne osoby ;P Dziwne, sam nam doradzał tak zrobić, a napisał normalnie][Żania: Bo on myśli, że jest ambitny :D] [Niko: chyba się powtórzę, ale… zakłamany… xD] i logikę, a to wszystko na filologii polskiej. Ech, zamiast uniwerku trzeba było wybrać podrzędną budę z własnej betonowej wiochy, jedyne miasto na świecie, które pomimo posiadania stu dwudziestu tysięcy mieszkańców nie ma kina. [Żania: Biedaczysko] [Niko: Kino jest, ale ktoś klucze zgubił i nie mogą otworzyć przez półtora roku.] Ale nie, ja musiałem pójść na renomowaną uczelnię, no, bo jak to taka gwiazda jak ja ma się marnować. poza tym zadecydowała kwestia wyprowadzki z tego zadupia, co się miastem zowie, a największą atrakcją jest hipermarket REAL, bo zabytki, to proszę jaśnie państwa możecie sobie według młodzieży w dupę wsadzić.

Toronto, Krzyżakowo [Kinia: Wypraszam sobie, ja jestem rodowitą Torunianką!:[ ] [Niko: „Zdarza się” – cyt. za: prof. R. Łaszewski – gdy jakaś dziewczyna zasłabła na wykładzie.] [Żania: Cham! Takie rzeczy pisać przy kobiecie!], Czy też Toruń za to, to inna półka. Można powiedzieć, że po części wróciłem na stare śmieci. Tutaj wszakże spędziłem z Amagową ekipą prawie tydzień i podczas spacerów po starówce patrząc na poszczególne miejsca przypominam sobie, co tam robiliśmy. Chociażby spoglądając na Millenium Bank i wspominając wykonanie epitafium)i utyskiwania Donalda).

Teraz przemierzam te i inne okolice w zupełnie odmiennym towarzystwie. Jestem w nim jedynym reprezentantem jedynej słusznej płci. Tak tak, jedną z ewidentnych zalet filologii polskiej jest to, że nie ma tu wielu chłopaków. Na 162 osoby na roku jest nas dwunastu, wliczając mnie. Stanowimy, więc rodzynki w cieście (pozdrowienia dla Marty)[Marta: Fenks ;D], lub też wisienki na szczycie tortu (pozdrowienia dla Natalii). [Niko: Mr. Zakłamany znowu nie pozdrowił Gejwida.]

Z kolegami z roku jednak na piwo zbytnio nie wyskoczysz, bo większość stanowią jednak nieśmiali studenci zafascynowani literaturą, którzy skończą jako badacze jakichś starożytnych pierdół. [Marta: Jesteś niesprawiedliwy…Bartosz, Karol, Mateusz, Paweł…oni są w porządku.] Pozostają koleżanki, na co zresztą nie mam zamiaru narzekać. [Paulina: Bawidamek ;P]Jako, że jestem jednym z tych bardziej towarzyskich, to pomiędzy wykładami i w dni wolne na brak towarzystwa i imprez narzekać nie mogę

Ech, odnośnie imprez studenckich, to jedna rada: nigdy we własnym mieszkaniu. Naprawdę. I nie chodzi o to, żeby nie robić spędu, bo ciężko masę ludzi kontrolować.[Żania: Zróbmy wielki hałaaaas! :D ŁIIIIIIIII ;D] Otóż nawet wąskie grono osób potrafi namieszać. bo wyłącza się myślenie, nawet trzeźwym. Zwłaszcza, gdy otwiera się wino bez korkociągu. [Paulina: A podobno umiesz łokciem otwierać, jak menele ;P] [Niko: Cóż, to chyba ja wpadłem na genialny pomysł otwarcia wina śrubokrętem i byłem głównym wykonawcą – zdarza się… ] Cóż, efektem była potrzeba wymalowania ścian i sufitu w kuchni. Śmigający w samych gatkach Dawid malujący żółtą farbą sufit stojąc na chwiejącej się metalowej drabinie to komiczny widok. [Niko: Buhaha. Przecież nie chciałem się pochlapać, a poza tym robota była fachowo wykonana.] Normalnie miałem ochotę zrobić zdjęcie, w sam raz na okładkę nowej płyty Farben Lehre. Nawet bym tantiem nie zarządzał. Sztuka dla sztuki, znajcie łaskę pana. [Marta: A nas wtedy nie zaprosił ;(] [Kinia: Oj, nie bądź taka. Wtedy jeszcze tak dobrze nie znał. Mnie wcale na przykład.]

 

 

PRACOWAĆ NIE CHCIAŁEM, WŁÓCZYŁEM SIĘ, CZYLI TYDZIEŃ 1

 

 

Na studiach, [Niko: I’m studying on almost.]  Jak wiadomo studenci w ramach nauki samodzielności sami układają sobie plan. [Kinia: Teraz się zacznie] I jak to osoby, które imprezy, więc kochają muszą tak to wszystko ścisnąć, co by mieć w tygodniu, chociaż jeden dzień wolnych. Jak to stwierdziła Marta, najlepiej środę, bo wtedy biblioteka jest zamknięta i nie będzie miała przed sesją kaca moralnego, że nie spędza w niej czasu na nauce. [Marta: To ja! To ja:)] [Żania: Leniwa! Ja mam wolny piątek, a w poniedziałek jeden wykład :P] [Paulina: I tak wszyscy mają lepiej niż Artur, bo on ma najgorsze zajęcia w piątek. Ktoś mu plan źle ułożył, hihihi :>]

Ale plan z gumy nie jest. Mówią, że studenci filologii się opieprzają i mają ogólnie lekko. Fałsz. Prawo, uważane za jeden z gorszych kierunków ma zaledwie 15 godzin zajęć w tygodniu. Dzieci ze szkoły mogą pozazdrościć. Zobaczymy, kto, za czym będzie tęsknił, jak przyjdzie się kodeksu uczyć.[Niko: Prawda, że mam tylko 15 godz. Zegarowych w tygodniu, ale nauki już, co niemiara. Szczególnie przygotowania do koła u dok. Gacy nie były miłe. Jednak nie narzekam.] [Marta: Za to plan dostali sami z siebie, nic nie musieli robić. Ale co racja, to racja. Filologia wcale nie jest taka bajtowa, jak wszyscy mówią] [Kinia: Ja rok studiowałam klasyczną, tam było ciężko, po dwóch miesiącach zrezygnowałam. Teraz studiuję polonistykę, minęły dwa miesiące, a ja znowu myślę, że chyba nie dam rady ;(] [Żania: Daj spokój. Artur ci napisze prace zaliczeniowe :P] [Żania: Najpierw niech się za swoje weźmie. Ma dwa tygodnie na oddanie, a się takimi pierdołami zajmuje ;P] [Marta: Da se radę :)]

A my na naszej ogólnej polskiej mamy około 30h w tygu. Nie chce mi się liczyć, bo chwili, gdy pisze te słowa nic odnośnie planu nie jest pewne. Niby układanie planu samemu ma się przysłużyć studentowi, dopasować do jego potrzeb no i po części nauczyć dorosłego załatwiania swych spraw samemu. I faktycznie jest szkołą życia. Pokazuje, że wszystko sprowadza się do szczęścia i cwaniactwa. Jak na wykłady/konwersatoria/ćwiczenia jest za dużo chętnych w danym terminie- losowanie. Wszystko sprowadza się do przypadku. Albo, pomimo zapisów od godziny dziewiątej okazuje się, że od siódmej juz lista pełna. Te i inne przypadki sprawiły, że mój plan zajęć uległ całkowitemu rozpieprzeniu już kilka razy, a kartka, na której go zapisywałem i poprawiałem pięćset razy wygląda obecnie jak jeden wielki niebieski mazaj w rodzaju tych, jakie robią z nudów licealiści. Wiem, bo sam się tym zajmowałem.[Marta: Widziałam te jego plany. Moje pomięte chusteczki higieniczne wyglądały na bardziej czyste ;P]

Słowem, mamy niezły zajeb, ale i ubaw. Pomimo wszelkich wad i tego, że niedziałający automat z kawą szamał mi bezkarnie pięć złoty i kawy nie wydal do tej pory, a co dopiero, chociaż reszty (zostawiłem desperacką kartkę wypełnioną listem frustracji, co śmieszy moje koleżanki z roku, a ostrzega innych naiwnych[Żania: A ja głupia nie uwierzyłam kartce i mi też zjadło;(]) jestem zadowolony ze studiów. Co prawda, w chwili, gdy piszę te słowa nie miałem jeszcze żadnego wykładu, bo celem dania nam większej ilości czasu na ustalanie planu jedynym wykładem były pierdy z japonistyki na rozpoczęciu. W drugim tygodniu pewnie dadzą mi bardziej popalić. Chociaż, lubię wykłady. Nawet na takowy z romantyzmu się zapisałem, pomimo, że epoki tej na pierwszym roku nie uświadczysz w planie zajęć. No, ale kto mi zabroni chodzić? Już mam zamiar wbić się na wykład z Matematyki dyskretnej na Informatyce, aby się tylko przekonać, co to do cholery jest.

Póki, co zaś, socjalizuję się z innymi. Odwiedzam studenckie mieszkania, które w porównaniu do naszego lokum są najzwyczajniej w świecie brudne. No, ale nie każdy ma kumpla z własnym wypucowanym i usprzęcionym na najwyższym poziomie mieszkaniem [Niko: Ordnung musst sein] i kończy się później na zlewie zapełnionym kultowa już Patelnią Natalii, pokrytą dziesięcioma centymetrami rdzy. Ile brudu, przemilczmy.

Cóż, za to pedantyczność kumpla, sprowadza się do tego, że podłogę, z której jak to określiła właśnie Natalia można by lody zlizywać musiałem dzisiaj pastować. Mi się wydawała czysta. [Niko: Zaprawdę powiadam ci, że nie wszystko, co się świeci jest złotem i czyste :)] W każdym razie już wiem, jak musieli się czuć polerujący kamienne posadzki aryjscy niewolnicy, lub jak do dzisiaj czują się muzułmanie bijący pokłony w kierunku mekki, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Normalnie człowiek wyrabia sobie fach w rękach. [Niko: gdy dostałem w sobotni ranek esa czy ma sprzątać na kolanach to z czystą przyjemnością odpisałem, że może kucać xD] [Żania: Hahaha, a ja siedziałam bezczelnie u niego w domu jak sprzątał :P To był taki miły widok, mężczyzna pastuje podłogi, mężczyzna myje okna, pucuje sedes….Mrau ;D] Dawid zostanie malarzem kuchennym (nie pokojowym, bo to uwłacza jego godności), [Niko: niedawno pomalowałem jeszcze wnękę, więc jestem malarzem kuchennym i malarzem wnęk. Rozwijam się. A propos malowania. To nie prawda, że w kuchni jest żółty kolor ścian – to jest słoneczny, w pokoju nie jest zielony, ale zielony groszek, zaś w przedpokoju nie jest pomarańczowo-r00showy, ale soczysty grapefruit – wiem, bo mama mi powiedziała xD] a ja zawodowym Floor-Cleaning General Supervisor. Obaj zgodnie stwierdziliśmy, że usługi te dodawane będą gratisowo do korepetycji, których w celach zarobkowych będę musiał udzielać.

bo kredyt studencki, którego spłacanie zacząć miałbym dopiero za lat parę mi się nie uśmiecha, a z socjalnego wyżyć się po prostu nie da. A i mamuśka moja nie należy do finansowych ostoi i bogata nie jest. Póki, co naiwnie myślę o uzyskaniu stypendium naukowego, ale pewnie po pierwszym roku moje marzenia upadną. Chociaż, mała autosugestia nie zaszkodzi, a nuż nastąpi efekt placebo i przybliżę się do osiągnięcia celu?;) [Marta: Marzyciel:)] [Niko: Nie marzyciel, ale zakłamany:)]

Kultowi są na studiach wykładowcy. Jak wszędzie są lepsi i gorsi. Są tu i tacy, którzy lubią swoją prace, ale są i tacy, którzy z powodu zwykłej sklerozy studenta obrażają się na cały semestr. [Marta: Przesadza] Zazwyczaj chodzi o to, że nikomu nie chce się wkuwać, kto tu jest pan doktor, a kto zaledwie magister i później nieodpowiednie nazwanie wykładowcy porusza się do głębi. Część z nich pasuje do dialogu z filmu E=MC2 ( nie chce mi się otwierać Worda, aby wstawić odpowiedni znak)

I bardzo się stara, abyśmy nie stali się czasem gotowi pomyśleć, że oni tu są dla nas.

Za to wykładowcy to najczęściej poruszany temat przez studentów roku drugiego, którzy koszmar zapoznawania się mają juz za sobą i lubią kotów postraszyć. Ile to człowiek już się legend nasłuchał! Od standardowych typu długość, a raczej krótkość spódniczki proporcjonalna do oceny z egzaminu, czy losowania sobie osób zdających. Coś musi być w tych plotkach, bo niektórym tak z oczu patrzy, jakby wykonywali swoje zajęcie za karę. W każdej legendzie jest ziarno prawdy, więc łatwo nie jest. Jak to jednak stwierdził nasz pro(e)rektor nie mają zamiaru utrudniać nam życia. Się okaże. [Paulina: Dwa miechy za nami i jest dobrze. Choć pewna pani od Oświecenia mogłaby zmienić zawód ;]]

Tak, więc pierwszy tydzień za mną. Zdążyłem już poznać, jakie okropieństwa mnie czekają. O łacinie i SCSie już wspomniałem, a jakby tego było mało, ułożyłem sobie tak genialnie plan, że dwa dni z rzędu idąc na ósmą wracam o dwudziestej minut piętnaście. Owszem, mam okienka pomiędzy nimi, ale zostaną one poświęcone na lataniu z wywieszonym jęzorem po całym Toruniu, bo zajęcia z różnych przedmiotów odbywają się na różnych wydziałach, a biedny, zaharowany student nawet pomimo przysługującej mu zniżce woli nie stracić nawet złotówki. Lepiej odłożyć ją na fundusz alkoholowy. Albo inne wydatki. [Żania: Te latanie się już mocno zdezaktualizowało, ale nieważne]

A propos wydatków, to jak na razie zdążyłem tylko kupić bilety na dwa koncerty: Pidżamy Porno [Niko: Mnie trochę (pozwolicie, że użyje słownictwa żargonowego) orżnęli przy kasie i stałem się uboższy, o 10 zeta – R.I.P.]  i lokalnego, świetnego i ubóstwianego przeze mnie zespołu Czaqu. Oprócz tego na rzeczy typu piwo, wino, wódka. Z jedzenia raz zakupiłem placek z warzywami w barze mlecznym i zapiekankę. Podobno jedzenie to jeden z nawyków, których najtrudniej się oduczyć, ale o dziwo wcale nie czuję głodu. Lodówka pełna, [Niko: Długo nie utrzymał się ten stan.] bo mamusia synka bez prowiantu nie zostawi, choćby sama miała biedna niedojadać, ale ja jadę na dwóch browarach dziennie. Do sytuacji a'la Claudia Shiffer, która ssie kostki lodu, aby oszukać żołądek nie dojdzie, bo tu człowiek nie je z braku czasu i z wyboru. Zawsze kolejne pieniądze na alkohol. [Paulina: Na piwo studenckie w Starej Babci J]A to ważniejsze niż przestrzeganie zasady trzech posiłków dziennie. Alleluja, kawa, browar, wino i do przodu! Do biblioteki!

Biblioteki to osobny rozdział. Zacznijmy od debilizmu do kwadratu, czyli szkolenia bibliotecznego, na które to trzeba zmarnować dwie godziny (już za sobą) poświęcone na wykład o tym, jak skorzystać z wyszukiwarki książek z w komputerze. [Niko: Myślałem, że my też mamy obowiązkowe szkolenie biblioteczne i zmarnowałem pół wolnej środy, na coś, co okazało się zbędne. Cudownie, jest cudownie ;]]Co, jak co, ale chyba każdy miał raz w życiu otwarte google i wie jak wpisywać literki. A jak nie, to i tak widząc do wypełnienia pole "Wydawca" nie wpisze tam autora, bo takiemu nawet szkolenie nie pomoże. W ogóle, jakim cudem się na studiach znalazł? Jeszcze na polonistyce? Druga część szkolenia, już bardziej sensowna to wycieczka po budynku. Przynajmniej nie trzeba się będzie później pytać o drogę. Aczkolwiek głos pani oprowadzającej moją grupę był tak donośny i przebijał się przez powietrze równie

mocno, jak szelest skrzydełek muchy na koncercie rockowym. Podziękowałem, spasowałem. I tak już się na listę wpisałem i zdałem indeks celem uzyskania odpowiedniego wpisu. Nikt nawet nie zauważył, że mnie nie było. Reszta, z tego, co widziałem zajmowała się i tak abstrakcyjnymi myślami.[Paulina: Słońce, jakiś ty się mądry zrobił, cóż za błyskotliwa obserwacja ;) jaaaaa ;)] [Żania: Kazał ci to napisać? Ja tu nie widzę błyskotliwości, tylko irytację :P Ała, Artur nie szczyp! ;P]

No, ale cóż, to dopiero pierwszy tydzień i luz jakiś mamy. W drugim zgodnie z zapowiedziami, pomimo powrotu do planu wykładów powinno być podobnie, ale trzeba się też za naukę wziąć. Nie ma tu już tendencji licealnej, gdzie ludzie niezbyt się przejmują przyszłością. Tutaj z tych poważniejszych rozmów roztacza się obraz sumiennych studentów, którzy potrafią rozgraniczyć naukę i zabawę i podzielić odpowiednio czas i na to, i na to, aczkolwiek zdarzają się wyjątki, pokroju kokietki, która kręcąc palcem z długim paznokciem swój blond warkocz stwierdziła, że jak nie zda to za warunek i tak tatuś zapłaci. Jako, że nie wyśmiewam ludzi za plecami parsknąłem na tyle głośno, aby mnie usłyszała. Coś czuję, że akurat z nią nie załapie dobrego kontaktu. Nie żebym się martwił z tego powodu.[Żania: Masz nas. Poza tym ty i tak znasz tyle ludzi, że jedna osoba mniej cię nie ruszy ;P] [Paulina: To musimy mu przyznać, zna kupę ludzi z różnych wydziałów. Ej, Artur znasz jakichś fajnych chłopaków, z informatyki chociażby?;)] [Marta: Podobno jesteś zajęta :P] [Paulina: Mały skok w bok nie zaszkodzi;P]

Ogólnie, dobrze jest. Jestem stworzeniem zrodzonym do narzekania, pomimo tego, że zazwyczaj mam optymistyczny stosunek do wszystkiego. Nie będę się czymś przejmował, ale będę na to narzekał, bo jak już się najęczę, to się wezmę za robotę i od razu mi jakoś lżej. Polska mentalność. [Paulina: Cieszcie się, że nie musicie go słuchać rano po imprezach, do czego zmuszona jestem ja. Stanie taki przed lustrem i zaczyna jęczeć, że jest gruby, brzydki, ma paskudną twarz, włosy mu się nie układają, broda rośnie za wolno….Jeeezuuu….] [Marta: To prawda, chłopak ma straszne kompleksy, a przecież wcale go w nie nie wpędzamy ;P] [Żania: Staramy się go pocieszać jak można ;D Artur, głowa do góry, fajny i ładny z ciebie chłopak :D Serio mówię, no! :D]

Prawdą jest, więc to, że pomimo kilku ewidentnych nonsensów i utrudnień naprawdę jestem zachwycony studiami, panującą atmosferą itp. Zapewne sesja sprowadzi mnie do parteru (a raczej nie sesja, obecnie się to nazywa "przerwa od zajęć dydaktycznych". Ładna mi kurwa przerwa. Zajęć nie ma, egzaminy są. Pod względem nazwy wszystko w porządku, ale patrząc kątem sensu, który się od razu po przeczytaniu narzuca już słabuje) i zmieni moje zdanie, ale to dopiero przede mną. Póki, co zadowolony z życia korzystam, póki mogę i rewolucjonizuję samego siebie, odkrywając nowe środowisko, w którym przy szczęściu i rzetelnej pracy przyjdzie mi spędzić pięć lat życia. [Żania: A ten osławiony doktorat z SCSu, który macie zamiar z Karolem robić to, co, pies? :D] [Paulina: Zakłamani]

 

 

ZE MNIE NIE JEST TAKI ZWYKŁY MAN, CZYLI TYDZIEŃ 2

 

 

Poniedziałek po weekendzie to najgorsze, co może czekać człowieka. Zwłaszcza studenta, który musi wstawać o szóstej rano i rysuje się przed nim perspektywa powrotu do domu długo po ósmej wieczór. [Paulina: Kłamie podle. W poniedziałki ma tylko jeden wykład o ósmej, na którym non stop nabija się z pani profesor, a potem dzień wolny i wieczorem nauki pomocnicze, najbardziej luzackie zajęcia na studiach] Cóż, narzekając, jęcząc i stękając, oraz posyłając spojrzenia pełne bezsilnej złości śpiącemu z rozdziawioną paszczą Dawidowi zabierałem się za wszystkie czynności życia codziennego.

Przede wszystkim, student zaczyna dzień od kawy. Burżujska NESCAFE (ja nie kupowałem, bo, za co?) z czterech łyżeczek, tak zwany "czarnuch" lub "smołuch" od razu stawia na nogi i sprawia, że człowiek ma siłę dalej egzystować. [Marta: Fuguj] Aby poprawić sobie humor wyszedłem na balkon i zakrzyknąłem radośnie z trzeciego piętra do mocujących się z zamkami od samochodów człeków: "Ludzie, coście tacy smutni! Za oknami świta! Do pracy idziecie!" Co spotkało się o dziwo z dobrym przyjęciem, a nawet parę osób cośtam odkrzyknęło wesołym tonem. [Żania: Ja bym zaczęła przeklinać ;D]

Wyżywając się w ten werbalny sposób poprawiłem sobie samopoczucie. Czas było przygotować sobie śniadanko. Powszechny jest pogląd, że student nie ma czasu na przygotowywanie posiłków. Jest to pogląd prawdziwy. Najczęściej nie jem śniadań, ale ostatnio postanowiłem jednak zacząć zjadać coś profilaktycznie z rana, gdyż później przerwa w zajęciach miała być około godziny czwartej i pewnie odczuwałbym ssanie w żołądku.

Nie żebym brał się za szykowanie jakichś wykwintów. Skądże. Chwyciłem z szafki paczkę płatków śniadaniowych, zasypałem do miseczki, po czym przekonałem się, że nie ma w domu mleka. Mówi się trudno. Jedzone garściami płatki okazały się same w sobie pożywnym posiłkiem i można było wybrać się na uczelnię z przeświadczeniem, że nie padnie się z głodu.[Żania: Dodam, że z oszczędności je takie śniadanka do dzisiaj ;D] [Marta: Puste kalorie….i się dziwi później, że nie ma na nic siły ;P]

Dopóki nie doszedłem do swojego wydziału wydawało mi się, że plan mam już wykrystalizowany, ogólnie do dupy i nie do zmiany, ale jednak już jest. Tymczasem wystarczyły pierwsze zajęcia, aby się dowiedzieć, że będą kolejne przetasowania. Oczywiście każdy przyjął to z entuzjazmem, radością, et cetera. Cóż, zaczynało, więc się ponownie bieganie po salach.

Do tego tym razem wykłady już miały być. Tak, więc bieganie na zapisy między budynkami po całym Toruniu przerywane były....O dziwo interesującymi wykładami. Dzięki radom studentek drugiego roku cwany człowiek umiał dobrać sobie odpowiednich wykładowców, więc naprawdę się zainteresował tym, co mówili. [Niko: A mi tak doradzili, że jestem na ćwiczeniach u Gacy, a sam później zachęciłem parę innych osób, a teraz napis z piekła Dantego idealnie pasuje, aby go umieścić nad aulą D]  Poza tym, jeśli ktoś studiuje filologię polską, to chyba musi ją lubić (poza sytuacją, gdy "tylko na to się dostał, to była opcja awaryjna, itp.) i siłą rzeczy interesuje go to, co się do niego mówi o literaturze. [Marta: Nie jak Marta….ale nie ja, inna Mart mamy na wydziale pięć :D][Paulina: Trzy Malwiny, sześć Agnieszek, itd….kto by się przejmował][Żania: A widziałyście telefon Artura? Cham, zamiast wam nadać jakieś pseudonimy to numeruje! Marta 1, Marta 2, Marta 3…sama widziałam!] [Marta: Osz to…..Dawaj go! Z liścia ;D]Bo czytania, to jest sporo. Lista lektur zawiera się w około dwustu pozycjach. Do tego podręczniki i tak zwane "lektury polecane/sugerowane”, czyli książki, które tak czy siak musisz zakuć.

Jednak pomimo wykładów nadal panował luz. A to, dlatego, że większość zajęć odbywała się teraz po raz pierwszy tak naprawdę i miała łatwe tematy. Co prawda na przedmioty pokroju literatury staropolskiej i poetyki [Marta: Na Poetykę z Pniewską? Śmieszny jesteś :)]trzeba już było robić całkiem sporo, ale było dobrze.

Muszę jeszcze rozgrzeszyć jeden przedmiot. Język SCS, o którym już wspominałem. Owszem, jest straszny, trudny i cholernie nie do przyjęcia, ale przynajmniej wykłada go kobieta, która podchodzi do studentów spokojnie i jak to mówią we Włocławku "bez nerwacji". Tak samo jest z logiką. Facet w mig musiał dojść do wniosku, że boimy się typowo matematycznych zadań i ogólnie skorośmy humaniści to ze ścisłego liczenia jesteśmy mało lotni i uspokoił całą grupę. Zadania jasne, będą, ale w ilościach akceptowalnych, podobnie z poziomem ich trudności. [Marta: Ale on prowadzi strasznie nuuuudnie….zasypiam u niego ;(]

Tak, więc to, czego bał się mój rok nie jest takie złe (jeśli się zapisało do dobrych wykładowców, bo inne grupy SCSu zakuwają już cyrylicę), a postrachem okazała się teraz zupełnie niespodziewana gramatyka opisowa i absolutne superbe, jakim jest język zapisu fonetycznego. Niejeden. AAAAAAa zabierzcie mnie stąd, czemu jestem taki głupi i wybrałem się na studiach? Mogłem iść do pracy zapieprzać osiem godzin dziennie. [Paulina: Nie nadajesz się, jesteś zbyt leniwy ;P A co do gramatyki opisowej ma rację. Straszne to jest. A egzamin za rok, a niedługo kolokwium;(]

W powietrzu wyczuwa się już atmosferę stresu. Profki podają nam terminy egzaminów, umawiamy się już na kolokwia i ogólnie widzimy zarysy tego, co będziemy zakuwać. A jest tego sporo i nawet pierwsze wprowadzające zajęcia okazały się nawet trudne dla niektórych. Część już spodziewa się odpadnięcia z szeregu po trzech miesiącach. Ogólnie ogarnia, co poniektórych paranoja inni zaś, skrajni optymiści jak ja, podchodzą raczej z dystansem i spokojem. Czas pokaże, kto zda. Mam nadzieję, że ja.

Ba! My się już nawet uczymy, w przerwach między jedną lekturą a drugą. Czyli jest postęp w stosunku do liceum, gdzie nie robiłem nic. I mówiąc nic, mam na myśli NIC. Razem z dwoma kolegami, to my byliśmy grupą do zadań specjalnych, która robiła w szkole wszystko, od naprawy kompów po rozwieszanie plakatów. A ocenki same wpadały, nawet dobre. Do matury też się człowiek nie uczył, a wyszedł na tym bardzo dobrze. W końcu jestem na UMK. Ha! Klękajcie narody!;) [Żania: Mówiłam, że egocentryk?:)] [Niko: Ładnym we wszystkim ładnie i zdolni nie muszą się uczyć.]

Plan, po kolejnym tygodniu zamieszania i przetasowań do końca możliwości ich przeprowadzania okazał się nie taki zły. Co prawda są dziury momentami spore między wykładami, ale jeśli nie będzie nauki, to pozostaje nam korzystać z nich tak, jak do tej pory: pijąc, obżerając się zapiekankami, szwendając po mieście, itd. Generalnie dobrze jest.

Kulminacyjnym punktem tygodnia był czwartek, kiedy to miał się odbyć koncert Pidżamy Porno. Jak się okazało, biedna brać nie miała za bardzo kasy, więc wybrałem się z mojego roku tylko ja z kumplem Dawidem. Biedny, nie wiedziałem, czego się spodziewać. [Niko: Wyedukowany przez serwis Wikipedia wiedziałem, czego się trzeba spodziewać i dlatego dziwiłem się, że idziemy pod samą sceną na samiutkim środku. Chyba nas pog(o)ło. (w dokładnie takiej formie gramatycznej).]

Zacznijmy od tego, że moje trendy ciuchy zostały w domu, bo nie będę sobie dowoził całej szafy. Wybrałem się, więc w bluzie z kapturem między punków, moje nowe środowisko i troszkę się wyróżniałem, [Niko: Ja zaś w ramach ekscentrycznego ubioru wybrałem się niczym na wieczór poetycki, w czarnym golfie i spodniach prawie na kant. Najważniejsze to być oryginalnym, a wszystko, co oryginalne jest jak wiadomo…] ale nie tak jak pewna różowa blondynka, czy koleś z trampkiem zamiast włosów (tak to wyglądało). Później Grabaż w wywiadzie będzie jęczał, że na jego koncerty dresy przychodzą! Nie sądź po pozorach, ziom! ;) [Kinia: Ja byłam na koncercie Ostrego….Artur rzekomo też, ale go nie widziałam…]

W każdym razie odpowiednio wczesne pojawienie się na miejscu zaowocowało miejscem przy samej scenie. Tłumów nie było, ale do koncertu wciąż pozostawała godzina. Godzinę spędziło się na obserwowaniu tych, którzy byli już na miejscu. Dzielili się na dwie grupy: pijanych i trzeźwych. Przed samym koncertem część osób postanowiła zrobić sobie odpowiedni podkład, co by się lepiej bawić i to było widoczne. Niektórzy jednak naprawdę przesadzili i walili nie tylko potem, ale i tanim winem na odległość kilku metrów.

Z czasem cała sala studenckiego klubu "Od nowa" zapełniła się po brzegi (a nawet więcej, bo na schodach tez ludzie stali) czekając i czekając. Rozpoczęcie opóźniło się o jakieś czterdzieści minut, a na scenę i tak wszedł support w postaci zespołu Radio Bagdad.

Wtedy się zaczęło, łohohoho. Wiecie, czym jest pogo? W skrócie można to opisać skakaniem na siebie, popychaniem wszystkich wokół i butowaniem wszystkiego, co poniżej. Złośliwi nazywają to tańcem. [Zanim do moich uszu nie dotarły pierwsze akordy nie miałem pojęcia, czym tak naprawdę jest pogo, ani po jaką cholerę te metalowe barierki pod sceną są tak mocno przytwierdzone. [Niko: Pogo przecież to demonstracja siły i ukazanie solidarności i wzajemnego wspierania się, kiedy ktoś upadnie od razu zostaje podnoszony. Dla postronnej osoby może to wyglądać na dość brutalne traktowanie się punków, a w rzeczywistości to dość przyjemny „taniec” i można się wyszaleć za wszystkie czasu – oczywiście pod warunkiem, że uprzednio jest się przygotowanym na pogo. ;]]

Kilka sekund później już wiedziałem, kiedy szalejący, orgiastyczny tłum zaczął robić pobojowisko pod sceną. Pół biedy, jeśli miało się odpowiednie obuwie. Na przykład glany. Jednak białe adidasy nie były trafnym wyborem. Butowano mnie i rzucano we wszelkie możliwe kierunki przez te parę godzin, ale warto było. I tak nie miałem najgorzej. Podobno kiedyś jakiś koleś poszedł na podobny koncert w sandałach. Auć. [Kinia: Biedaczysko :)] [Niko: Może masochista.]

Pidżama dała genialny koncert, jeszcze bardziej utwierdzając mnie w przekonaniu o genialności swojej kapeli i tekstów. [Niko: Pod koniec grali same największe hity, a gardło już wysiadało, ale było wręcz rewelacyjnie. Trzeba pójść kiedyś na następny koncert PP] Co prawda, większości pogujących pod sceną nie przeszkadzało, czy gra Radio Bagdad, czy sama Pidżama, im muzyka nie przeszkadzała w tańczeniu, jak i mojemu kumplowi teksty nie przeszkadzały w śpiewaniu (notorycznie się mylił i źle wchodził w refreny :P ). [Niko: „To chuj (język z rodziny majańskich używany w Gwatemali i Meksyku przez około 2 tys. Ludzi) i , że nierówno wchodzimy w refreny…”]

W każdym razie, taki spocony nie wychodziłem jeszcze nigdy. Ani z tak zrytym gardłem. Mimo to nie stanowiło to trudności i całą długa drogę powrotną powtarzaliśmy repertuar pidżamkowy na całe gardło. A następnego dnia (czy raczej już dzisiejszego wówczas) miałem mieć najcięższy dzień tygodnia. Nie ma to jak utrafić z koncertem w porę. Za zakrętem czekał jednak następny, na który wybierałem się razem z dwiema koleżankami z roku. Większość osób na weekendy jedzie do domu, aby wypłakać/wynarzekać się na poprzedni tydzień zabrać wałówkę w postaci jedzenia i funduszy na dni następne. Inni, w zależności od okoliczności od piątku zaczynają trzy dni zabawy. Takim pierwszym etapem weekendowej zabawy miał być koncert toruńskiego zespołu Czaqu. Koncert okazał się oczywiście wspaniały, lecz jeszcze lepsze zdarzenia miały miejsce tuż po. Między innymi picie piwa z zespołem, kiedy to okazało się, że pracuje on razem z moim kumplem. Wspaniale wygląda scena, kiedy Grzesiu Walczak pełnym nabożnego strachu głosem mówi, że najważniejsze, aby jego narzeczonej nie znudziło się siedzieć w aucie, bo jego kłamstwo się wyda. Powiedział, że pakują sprzęt, aby się napić. Prawdziwy alkoholik ;) [Żania: Rozwalicie mu małżeństwo :P]

 

 

TO JUŻ MINĘŁO, TEN KLIMAT, TEN LUZ, CZYLI TYDZIEŃ 3

 

 

Po dwóch tygodniach spędzonych wśród braci studenckiej człowiek jest już nawet doświadczony. Nie ma już w oczach tego zdziwienia i poczucia obcości w umyśle. Skończyło się wypytywanie, na którym piętrze są zajęcia, gdzie mamy zajęcia, czy do cholery jak znaleźć kibel na wydziale.[Paulina: Haha, wiąże się z tym zabawna historyjka, napiszę J Przed zajęciami Artur bardzo musiał, a nie wiedział gdzie łazienka. Ktoś wprowadził go w błąd, że na tym samym piętrze, co damska. Biedak szukał dziesięć minut, aż w akcie desperacji załatwił się w naszej. Podobno czekał kolejne dziesięć minut, aż wszystkie plotkary wyjdą, aby samemu wyjść. No i spóźnił się na zajęcia i musiał odpowiadać przy tablicy. Ale umiał, skubaniec. J] [Żania: Haha, fajne nie słyszałam tego J Umiał? A podobno się nie uczy. Pewnie kuje w domu całymi dniami, tylko na wydziale szpanuje, pozer ;)] [Niko: Ja całe dnie godziny gram w Gothica 3, a on się non-stop kuje. ;)]Zna się już wykładowców, zarówno z opowiadań, jak i z cudzych doświadczeń. Do tego ma się wykrystalizowany (w końcu!) plan. Poprzednie dwa tygodnie były okresem, kiedy każdy student bywał po prostu na wszystkim, chcąc zaliczyć jak największą ilość zajęć, aby samemu zweryfikować opowieści roczników starszych, które to za punkt honoru przyjmują sobie mieszanie w głowach pierwszakom.  Dlatego na każdych możliwych zajęciach, obojętnie czy były to wykłady, konwersatoria, czy ćwiczenia zawsze było dużo wiary, która dodatkowo swobodnie przepływa pomiędzy grupami, dokonując wymian i zamian, powszechnych na studiach.

Tym razem miało już tego nie być i faktycznie nie było. Uczelnia sama z siebie poświęciła na tego typu aklimatyzację i ułożenie sobie uczelnianego życia dwa tygodnie, co w skali pierwszego semestru akademickiego naprawdę dużo.

 

 

TE SAME MURY OD RANA, CZYLI ZAJĘCIA I PROWADZĄCY

 

 

Więc, jak już wspomniałem po dwóch tygodniach jest się już średniej klasy wyjadaczem, w zależności od tego, ile się ma kontaktów. Czas, więc przybliżyć wam gwiazdy naszego uniwersytetu, zajmujące się wykładaniem na filologii polskiej. [Żania: Niech zgadnę, kto będzie pierwszy? J]

Na pierwszy ogień pójdą pierwsze zajęcia w tygodniu, czyli poranny poniedziałkowy wykład o barbarzyńskiej godzinie dziewiątej. Jest to wykład z mojego absolutnego „konika”, czyli gramatyki opisowej, prowadzony przez podstarzałą panią profesor zwyczajną Kallas.[Żania: wiedziałam. Sama chodzę ponad program na ten wykład, pośmiać się J] Jak stwierdzono, pierwsze dwa człony to odpowiednio jej pierwsze i drugie imię. Kobieta ta ogranicza się do wbicia własnego nosa w leżący przed nią kajet, a następnie dukanie sobie pod nosem przez czterdzieści minut wykładu. Z takich nowinek technicznych jak mikrofon, który w przestronnej Sali naprawdę by się przydał, co by tylnie rzędy gdzie zwykłem ze swymi koleżankami siedzieć były w stanie cokolwiek usłyszeć pani profesor nie korzysta. Ba, ona nawet nie potrafi najwyraźniej obsługiwać cudu technologii, jakim jest tablica. Niezależnie od stopnia skomplikowania wyrazu, jaki podaje i liczby pomruków niezrozumienia na Sali nawet się nie ruszy. Mamy z nią ciężkie życie. Co z tego, że mówi ciekawe rzeczy, skoro czyni to w nieciekawy sposób?[Kinia: Oj tu tez można parę ciekawych rzeczy powiedzieć….Choćby okrzyk Artura na całe gardło: „To żyje”, kiedy Kallas się ruszyła z krzesła :D] [Paulina: Albo kallasowe koleje wykładowe…dorysowywanie wagoników :D Druga edycja już leci, bo pierwszą ukradli :D] [Niko: Wagoniki ściągnęliście od prawa z wykładów z prof. Morawskim :P][Marta: A origami? Też Artur robił.][Żania: Kurczę, nawet fajny ten Artur ;)] [Paulina: Zdaje ci się ;)] [Marta: Jedno mu trzeba przyznać…bez jego ekscesów wykład Kallas byłby nudniejszy J Ostatnio wlepiał jej czerwoną kartkę i robił falę J] [Paulina: Akurat mnie nie było, kurna;)]

Dalej bez nazwisk J

Po wykładzie pani profesor, który to od pierwszego tygodnia służy za odsypiacza po imprezach daje się przeżyć, bo jest krótki. Po nim zaś cały prawie poniedziałek mam wolny, gdyż następne zajęcia mam dopiero o godzinie 17:30 i są to nauki pomocnicze z pewną panią magister. Czas pomiędzy spędzam zazwyczaj w domu, lub też w bibliotece. Dobra, nie będę ściemniał;) Póki, co głównie zajmuję się opieprzaniem i spacerami ze swoimi ludźmi po mieście. [Paulina: Ostatnio poszedłeś z nami do biblioteki. Nawet pożyczyłeś książkę!] [Niko: Ciekawe, po co mu książka? Książkę to on już ma;]]

Kilku chłopaków z mojego roku bardzo kusiła grupa z nauk pomocniczych, którą prowadzi inna pani magister. Jest to grupa, która ma zajęcia półtorej godziny wcześniej, ale jednocześnie prowadzi ją pani łudząco podobna do dody Elektrody bez operacji biustu. Jako że ja nie patrzę na rozmiar biustu czy wygląd (zazwyczaj;)) byłem twardy i nie dałem się skusić, idąc do pani magister prowadzącej numer dwa. [Marta: Bo ty wolisz chłopców;) Chociaż fakt, że tamta pani jest wręcz oblegana]

Nauki pomocnicze to rzekomo śmieszny przedmiot. Jest to pokrótce przedmiot traktujący o wszystkich pobocznych umiejętnościach niezbędnych poloniście, czyli bibliografii, przypisach i innych pierdołach. W praktyce, kiedy przychodzi do pisania pracy zaliczeniowej okazuje się zbawieniem, zaś dyżur pani magister stanie się zapewne pełen oczekujących na sprawdzenie, czy przypadkiem w ich pracy nie ma jakichś technicznych błędów.

Zajęcia kończę, więc w poniedziałek po dniu ciężkiej pracy, kończąc o 19:00. Po tym zazwyczaj zwijam się na piwo, jako że wtorek, jest dniem niemalże wolnym i mogę balować ile mi się żywnie podoba. Jest to o tyle komfortowa sytuacja, że w poniedziałek w toruńskim klubie Stara Babcia piwo dla studentów jest tylko po złotówce, więc żyć nie umierać, chlać i nie trzeźwieć;) [Żania: Wczoraj byliśmy. Dlatego między innymi teraz to mogę pisać, bo u siebie by mi się nie chciało tym zajmować ;P]

Czemu zaś wspomniałem, że wtorek jest niemalże wolny? Ponieważ dla mnie mógłby taki być, jednak w pełni świadomy i z własnej woli chodzę na nieobowiązkowy wykład do genialnego wykładowcy, profesora Skuczyńskiego. [Niko: Chyba ktoś pisał parę wersów wyżej: „Dalej bez nazwisk”, ale ja tylko się czepiam ;)] „Kiedy po raz pierwszy z braku laku szedłem na jego zajęcia po usłyszeniu tematu „Komedia polska XIX i XX wieku” nie byłem zbyt zachwycony i wręcz chciałem wyjść. Jednak się przemogłem i okazało się to wielkim plusem, gdyż profesor Skuczyński jest wykładowcą idealnym i fenomenalnym. [Niko: Ostatnio nam dali do wypełnienia ankiety o wykładowcach i najwyżej oceniliśmy prof. Łaszewskiego. Jak on opowie historię polski, to od razu człowiek wie, że to jest ciekawe.] Ucieleśnieniem uczelnianego ideału charyzmatycznego profesora, który swoim wykładem potrafi zainteresować, olśnić, a następnie porazić wiedzą, która wręcz sama wskakuje do głowy i zostaje tam na długo. Dowodem niech będzie ilość materiału, który wynosimy (sam robie w 1,5 godziny ponad 8 stron notatek), ile zapamiętujemy (w tym mnóstwo ciekawostek i ciekawych cytatów) oraz to, że jeszcze nie trafiłem na rozczarowanego tymi zajęciami. [Żania: W tym momencie muszę w imieniu Kamili wyrazić swoje zbulwersowanie ;) Tyle notatek, co Artur robi na tym wykładzie nie robi nikt. Kujon! No, jeszcze Karol, ale oni obaj są stuknięci, więc się nie liczą ;D]

Taki nieważny fakt jak to, że musiano przyznać większą salę, ponieważ było tyle chętnych studentów uważam za argument zbyt błahy ;)

Więc czuję się usprawiedliwiony z faktu, że zakłócam sobie spokój wtorkowego popołudnia i nie czuję się winny. A na imprezy można iść wieczorem :] [Paulina: Nawet trzeba]

Następnym dniem do omówienia jest środa. Od tego dnia tak naprawdę zaczynam się uczyć, gdyż kończy się luz towarzyszący pierwszym dwóm dniom tygodnia. Poza tym zaczynają się

języki.

Na pierwszy ogień idzie angielski, rozpoczynający się o 9:30. Tu jednak nie ma kłopotów, gdyż jesteśmy grupa o najwyższym poziomie i w naszym przypadku można mówić o pełnym odzwierciedleniu niemalże platońskiej idei konwersatorium. Prowadzimy dyskusję na jakiś temat, przeważnie podzieleni na obozy, zaś ani magister nadzorująca pełni rolę moderatora dyskusji. Mała pogadanka dobra na rozbudzenie po szaleństwach wtorku, więc kierując swoje kroki na Lingua Latina [Niko: Podebrałem Jacusiowi (=ZoltaRowi,. On ma kilka ksywek) książeczkę z łaciny i też się uczę, bo lubię ten język. Sedes – (ty) siedzisz :)]człowiek jest już rześki i naładowany pozytywną energią. Tutaj też nie ma specjalnie ciężko. Pani prowadząca w średnim wieku będąca sprawia bardzo miłe wrażenie, no a poza tym łaciny uczymy się od podstaw i póki, co, to uczymy się czytać, akcentować i paru podstaw programowych, więc nie przejmujemy się zbytnio.[Kinia: Końcówek się uczymy. Ostmustisnt :)] Po tym konwersie (który z racji naszych zerowych umiejętności lingwistycznych-przynajmniej na razie- sprowadza się głównie do wykładu) znów mam wolne, które poświęcam oczywiście na zahaczanie o czytelnię i naukę w niej ;) O 17:00 mam za to wykładzik, na który raz idę, a raz nie. Zależnie od humoru i braku alternatyw. [Marta: Poprawka: ma wykładzik, na którym się nie pojawił ani razu, a mimo to jest wpisany na listę. Czary, czary ;)] [Paulina: Nie czary, tylko Kaja go wpisała z litości. Miał taki ból w oczach, jak o to prosił. Jak koteczek ze Shreka :D] [Kinia: Musiał słooodko wyglądać :)]

Powoli zbliżamy się do czwartku, kiedy to zaczyna się nauka właściwa już w najmocniejszym sensie tego sformułowania. Zaczyna się logiką o ósmej rano. To istne morderstwo dla mnie, ale dlaczego wyjaśnię w późniejszym akapicie. W każdym razie bywam na niej, jak tylko mogę [Paulina: Czyli według relacji Ivety raz na trzy zajęcia….oj Artur Artur, pan doktor skreśli cię z listy studentów ;P][Żania: Oj przecież wiesz, że on jest gejem ;) Jak zmusi się do zaliczenia wpisu do indeksu z wykładu Kallas przez łóżko, to i logikę w ten sam sposób załatwi ;D] [Żania: Oj Arturku, słońce, na twoim miejscu bym te dwa wcześniejsze dopiski wycięła :)][Marta: to on to będzie edytował? Ja się tak nie bawię. Miał nam dać swobodę :P Jak wytnie, to strzelimy focha, a tego na pewno się boi. Skąd weźmie notatki, lektury? Skończy się brylowanie na Oświeceniu, bo się wie, co przerabiała i o co będzie pytać :P][Paulina: pani doktor by się nie ucieszyła, gdyby się dowiedziała :P I to wcale nie groźba :P]Później, o jedenastej minut trzydzieści mam najbardziej dołujący wykład na całym roku. I to nie, dlatego, że jest taki straszny sam w sobie. Nie, prowadzi go bardzo sympatyczna, postępowa wręcz babka[Paulina: Ta jej fryzura…fuuuj. Ale sama w sobie jest fajna :)]. Fajnie prowadzi. Tylko, że jej wykład ogranicza się do wyliczania przez bite półtorej godziny wszystkiego, co mamy sobie sami w domu przerobić, bo inaczej nie zdamy egzaminów. Zawsze wychodzę z tego wykładu z silnym postanowieniem poprawy, ale mija pięć minut później. Jeśli odczuwam kaca moralnego w ciągu tygodnia, to właśnie przez panią profesor. [Kinia: Oj, przesadzasz. Porządnie zdenerwowanego widziałam cię tylko raz, a i tak minęło ci dość szybko. Artur to człowiek, który nie potrafi się długo gniewać. Taki nasz milusi, kochany optymista, tititi ;)]Następnie mam kolejną przerwę, aż, do 13:30, kiedy to zaczyna się literatura staropolska z panem doktorem pewnym, który to swego czasu się na mnie obraził….przynajmniej tak to wyglądało[Paulina: W skrócie: pomylił wyglądającego młodo doktora ze studentem i zapytał jak kumpla, czy idzie na koncert Czaqu. Później wchodzi na zajęcia, a tam siedzi on za pulpitem :D][Żania: Wtedy zrozumiał, dlaczego w sprawie koncertu nie doczekał się odpowiedzi :D]Nieważne. Zajęcia prowadzi bardzo fachowo, czasami się uśmiechnie (zdaniem niektórych zdecydowanie za rzadko, są zbyt wymagający), ale zadaje dużo do roboty. No i raz zrobił nam straszliwego psikusa, czyli niezapowiedziane kolokwium. Na wszystkich padł blady strach, a wyniki okazały się koszmarne. Były dwa pytania, na szczęście zamiast ocen stawiał tylko plus bądź minus, co trzeba teraz odrabiać. [Paulina: Ciągle dokucza Asi, że dostała dwa plusy. Złośnik! ;)] [Żania: Skromniś nie podał swojego wyniku. Dostał plusa i minusa ;P][Marta: Ja mam te zajęcia razem z nim, ale dostałam dwa minusy ;( Artur to kujon, dlatego umiał ;(]

Cóż, po staropolu, jak nazywamy skrótowo te zajęcia nadchodzi humorystyczny koniec dnia zajęć [Kinia: dla niektórych humorystyczny koniec całego tygodnia J]Czyli ortografia i interpunkcja, a dokładniej mówiąc, jej zasady, same w sobie skomplikowane. Jak wiadomo, mi nigdy nie chciało się tego uczyć, z przecinkiem byłem/jestem na bakier itd. Zajęcia z doktor „Yyyyy” na pewno mnie nie zmotywują. Mała, gruba piłeczka o dziecinnej twarzy,[Paulina: niemiły jesteś. Nie wolno kobiet krytykować] która wygląda jakby się nas bała, non stop się zacinając, gubiąc wątek i mieszając, co się da prowadzi zajęcia niezwykle krótko, bo notorycznie się spóźnia. Ogólnie luz nieziemski, jedyne, co wtedy robie to puszczam sygnały i trzeszczę krzesłem. Boje się tylko, co będzie, jak przyjdzie kolej na dyktando i wystawianie ocen, a ona nas niczego nie nauczyła :/ [Kinia: nie pękaj, pouczymy się sami, a i oceny na pewno łagodne wystawi. Musisz tylko przestać naśmiewania się przez całe zajęcia i uderzania głową o ławkę, bo to naprawdę jest aż za dobrze słyszalne :P]

Cóż….Piątek. Do opisu tego dnia najgorzej mi się podchodzi. W moim planie lekcji nazwany został „Dniem Zagłady” i naprawdę są ku temu odpowiednie powody. Co powiedzielibyście, na zajęcia od ósmej rano, bez chwili przerwy niemalże do piętnastej? [Niko: Trzeba jeszcze obudzić się po czwartkowej imprezie w piątek, aby na te zajęcia od 8 pójść, co ostatnio Ci się nie udaje. Ania temu winna, Ania temu winna, budzika wyłączać nie powinna.  ♫♫♫] Do tego, gdyby były to same najgorsze zajęcia?

No właśnie. Tak wygląda mój plan. O godzinie ósmej osławiona gramatyka opisowa do dziewiątej trzydzieści. Następnie wymagająca skupienia i konwersacji poetyka, na którą zawsze sporo zadane. Potem biegiem przez trzy ulice do niedalekiej baszty, gdzie odbywają się zajęcia z SCSu….Spóźnienie mam na wejście, na szczęście ułożyłem się z babką. A potem, znów z wywieszonym jęzorem powrót do swojego wydziału na literaturę Oświecenia, której wszyscy szczerze nienawidzą. [Paulina: Teraz mi jest przykro, bo ja też pomagałam trochę układać jego plan. Biedaczysko <głaszcze>][Kinia: Fakt faktem, łatwego życia, mógł sam się zająć planem, a nie zdał się na innych][Marta: Teraz cierpi, a cały rok już wie, o tym jego dniu. Szczerze, to wszyscy mu współczują takiego zestawu. Cud, że on wyrabia. Z tego, co wiem, zdarza mu się ominąć opisówkę niekiedy.][Żania: heh, ja koleżankom na kulturoznawstwie też mówiłam o tym jego planie, ale jako wątek humorystyczny :P Przepraszam :P]Na szczęście, jest i jasna strona medalu. Opisówkę, jak się człowiek wykuje, to ze strachem, ale przeżyje. Na poetyce często jest tak, że większość przegaduje pani doktor, a my mało robimy i trzeba tylko wykazać minimum zainteresowania i zaangażowania. Później jest SCS, na którym pojawiłem się po trzech tygodniach nieobecności (wszystko w ramach możliwych limitów) i zaliczyłem w2szystkie sprawdziany, a takowe mamy, co zajęcia. Natomiast odkąd zacząłem sprytnym sposobem przygotowywać się na Oświecenie, to jestem jedną z aktywniejszych osób i kto wie, może nawet piątkę na koniec będę miał[Kinia: Czy ja dobrze przeczytałam?][Paulina: Beata ma z nim te zajęcia i potwierdza, że gada najwięcej. No, ale skoro z góry wie, o co będzie pytać i jakiej odpowiedzi oczekuje…spryciarz][Żania: Kurczę, nie poznaję go, czyżby przestał narzekać? :P][Marta: Optymista, do tego zakłamany. Chciałabym zobaczyć te jego piątkę :P Najpierw niech odda pracę zaliczeniową. Albo zacznie ją robić przynajmniej :P]

Inni wykładowcy i ćwiczeniowy też są w porządku, czasami bywam jako gość na ich zajęciach. W niektórych przypadkach mogłem trafić lepiej, są takie, że dziękuję losowi, iż przegrałem losowanie, gdyż gnębieni są ludzie niemiłosiernie i tak dalej. Pomimo tych moich utyskiwań jestem bardzo zadowolony i choć niekiedy klnę, aż się widno robi, to na wydziale zawsze jestem uśmiechnięty i nic mnie nie rusza. [Żania: To fakt, niepoprawny marzyciel- optymista, choć mocno zakompleksiony ;P] [Paulina: Wystarczy rzucić słowa- klucze jak „sesja”, „praca zaliczeniowa” i już mu się czoło marszczy, a uśmiech gdzieś pryska :P]

 

 

NIEKTÓRZY MÓWIĄ, ŻE MNIE KOCHAJĄ, CZYLI O KOLEŻANKACH I KOLEGACH

 

 

 

Jakie mam zajęcia, już wiecie. Czas powiedzieć, co nieco o ludziach z roku. Jak już dowiedzieliście się niemalże na samym początku tekstu. Przeważająca większość to koleżanki, co mi wcale a wcale nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, bardzo cieszy dość miałem facetów w liceum ;) [Niko:Zły Wujo boli całe życie? Przecież ten froterysta prawił ci komplementy, nie narzekaj. Jak się nie ma, co się lubi…] [Paulina: Bawidamek][Kinia: Oj przestań, Artur jest bardzo fajny i miły :D][Żania: Pogadamy, jak cię zgnoi tak, jak Malwinę][Kinia: Byłam przy tym, to wcale nie tak]Z chłopaków na wydziale, całych dwunastu większość okazała się jednak w porządku. Mamy jednego geja, do tego niezwykle egocentrycznego i chamskiego [Marta: Boski Gejwid :) Zgadnijcie, kto mu ksywkę wymyślił :D Artur oczywiście, łiii ;D] nowobogacza, który zasłynął między innymi stwierdzeniem, że pobieranie stypendium socjalnego to okradanie uczelni.[Paulina: Bez komentarza…szczyt chamstwa. Jeszcze do mnie to mówił, jakby nie znał mojej sytuacji]Do tego dochodzi jeszcze Michał, znany szerzej jako Wąs, który oprócz irytującego uśmiechu odznacza się jeszcze strasznym sztywniactwem, udawanym pseudoluzem, a do tego jeszcze goniosłowomatyzmem- gada tak, że nie sposób go zrozumieć, wystarczy mu potakiwać i jest szczęśliwy [Kinia: Pocieszny jest J].Pozostała część chłopaków jest jak najbardziej w porządku, z każdym da się na piwo wyskoczyć, pogadać o meczach, w przeciwieństwie do dziewczyn (momentami brakuje człowiekowi tych twardych, męskich dysput ;) )[Żania: Aha, bo uwierzę, ty mało z radości nie skaczesz, jak nas widzisz i możesz poplotkować ;P].

Faktem jest, że zdominowani jesteśmy strasznie. Dziewczyn jest tyle, że ciężko spamiętać ich imiona, choć pewnym ułatwieniem jest to, że sporo się powtarza. Niekiedy łapię się na tym, że nawet pomimo wprowadzenia numeracji i podziału na kierunki studiów w swoim telefonie czasami nie mogę sobie przypomnieć, czyj to numer właśnie obserwuję. Za to nas wszyscy znają i ostatnio po imieniu zwróciła się do mnie dziewczyna, z którą rozmawiałem po raz pierwszy. Trochę mi było głupio, jak musiałem unikać imiennego zwracania się do niej przez długi czas. [Kinia: Ile to już razy pytali mnie dyskretnie o imię tej, czy innej, bo zapominali….Słaba pamięć, chłopaki :P][Paulina: Artur to tam wszystkie nas już praktycznie rozróżnia, czasem się zapomni :P Najgorzej jest z Mateuszem ;P]O koleżankach nic złego nie mogę powiedzieć[Żania: spróbowałby :>]zarówno o tych z mojego kierunku, jak i o dużym gronie pozawydziałowym. Bo faktem niezaprzeczalnym jest, że znam sporo osób z różnych wydziałów, od prawa i administracji, poprzez biologię i nauki o ziemi, aż po informatykę i sztuki piękne również. [Niko: Tak to już jest jak jest się w miarę kontaktowym i ma się kumpli z liceum na paru wydziałach.] [Paulina: Jakiś ty towarzyski…nie pogadasz ;P][Kinia: Akurat to mi imponuje, bo ja od nas z roku znam tak choćby średnio bardzo mało osób, a Artur ciągle się z kimś wita, komuś macha na ulicy…zgroza. Na pustyni u Beduinów znalazłby paru kumpli swoich ;D][Marta: Fajny tekst ;D]

A jak się zna tyle osób, to wiadomo, że bez częstego udziału w imprezach się nie obędzie. Od najbardziej oczywistych, czyli otrzęsin ( a byłem niemal na wszystkich, ominąłem tylko różowe party i imprę ekonomii, bo miałem inne plany) [Niko: Ja zaś zaliczyłem otrzęsiny filologii polskiej – czyt. Artura, otrzęsiny wydziału Matematyki i Informatyki – czyt. Maćka, przez otrzęsiny ogólne, po wreszcie swoje. O mały włos bym nie poszedł na swoje otrzęsiny przez naukę do kolokwium z historii powszechnej u dok. A. Gacy. Jednak uświadomiłem sobie, że otrzęsiny są raz w życiu, a kolokwium można słabiej napisać. Sporo osób przez to nie było na własnych otrzęsinach - wydziału prawa i administracji, czego potem żałowali, gdyż jak można było się spodziewać – koła nie było. ;]]   po domówki i wypady na dyskoteki. Mój plan imprez ułożył się w miarę dobrze. Zaczynam osławionym poniedziałkiem w „Starej Babci”, gdzie studenci roku pierwszego mają piwo po złotówce. Tam imprezuję głównie z ludźmi z informatyki, lecz i tak muszę lawirować między piętrami i stolikami, co by pogadać z ludźmi z administracji i filozofii :)[Kinia: Że tez ja mam we wtorek na ósmą SCSa ;(][Paulina: Co do tego latania to ciekawie wygląda, jak Kamila opowiadała. Co chwila gdzie się nie ruszysz, widzisz Artura jak pomyka z browarem w ręku :D]No, ale skoro dzień następny ma się praktycznie cały wolny, to żyć nie umierać. Tu mi szczęście dopisało.

We wtorki zazwyczaj imprezuję w domu, bądź lokum moim i Dawida, bądź pewnym lokalem niemalże poza miastem. Kulturalna impreza na ulicy Kameralnej (adekwatna nazwa) trwa do białego rana i choć jest suto zakrapiana, nikt się nie upija. [Niko: Bo pokażę zdjęcia prawdy.] Dogryzanie cytrynkami pomaga :) No i dzięki tym imprezom, tzw. Cooking party [Niko: oczywiście trzeba nieskromnie dodać, że to kolejna moja nazwa. Zaś przez pewien czas uprawialiśmy również „hałsing”, a więc impreza od mieszkania do mieszkania czasem dochodzące do tygodnia non-stop. „To były piękne dni…” ♫♫♫] dowiedziono mi, że ludzie z Prawa wbrew obiegowej opinii są fajni i potrafią się bawić :) [Niko: Lepiej nie przytoczę obiegowej opinii Ani o mężczyznach na wydziale filologii polskiej :) – również zdementowana] Plotki należy sprawdzać na własnej skórze. [Kinia: Ja się dopiero przekonam, jak dobrze pójdzie, to właśnie dziś się z Arturem na tę imprezę wybiorę, bo jakby ktoś nie wiedział, mamy wtorek :P]W tym przypadku też nie mogę narzekać, bo na dziewiąta trzydzieści na wydział zdążę zawsze dojechać, a czasami mi się nie chce.[Żania: Czasami to ci się chce, zwłaszcza w czwartki i piątki :P]

Później mamy środę, w którą to zazwyczaj się hamuję, choć daję się wyciągnąć na imprezę, jak już mnie molestują. Gorzej jest w czwartki, gdyż jak wiadomo w piątek mam Dzień Zagłady. Cóż, najczęściej jednak i tak kończy się imprezą u nas w domu, a ja zasypiam na opisówkę. Bywa.[Kinia: Proszę, a on bezczelnie twierdzi, że wcale nie imprezuje najwięcej ze wszystkich studentów polonistyki, albo, że oczy ma czerwone od komputera :P][Paulina: Żeby on tylko nocami imprezował. Wy nie macie z nim nauk pomocniczych. Raz przyszedł kompletnie pijany, usiadł z nami w pierwszej ławce, cośtam bazgrał, co chwila musiałam go budzić przy akompaniamencie śmiechu Natalii z Kają, a jak się skubany wybudził, to dostał plusa….Za aktywność, bo zaczął do tablicy chodzić.][Żania: Mocne…i bezczelne :P alkoholik :P]

 

 

MAM JUŻ TEGO DOŚĆ, PO, CO MI TO WSZYSTKO, CZYLI SESJA!

 

            Auć. Kiedyś musiało do tego dojść i idylla, jaką charakteryzował się dotychczasowy byt studyjny minął jak sen, jaki złoty, wraz z nastaniem straszliwego okresu w życiu studenta, jakim jest S.E.S.J.A. Powszechnie znany skrót, oznaczający mniej więcej System Eliminacji Studentów Jest Aktywny. Pocieszająca nazwa. [Niko: Lepsza taka naza, niż przerwa od zajęć dydaktycznych. :)]

Zanim jednak ten okres napędzania sprzedaży punktom ksero, aptekom (nerwosol) i dilerom [Niko: komu 2 gramy? Żeby nie było, to jest opatentowana przeze mnie metoda uczeia się. 2 g yma torebka herbaty owocowej. Wąchając taką torebeczkę podczas uczenia się, osiąga się lepsze rezultaty, umysł lepiej pracuje i od razu jest bardziej rześki.]nadszedł, jego pierwsze symptomy pojawiły się wraz z okresem, w którym należało zaliczyć wszystkie przedmioty i uzyskać pierwsze w swojej karierze wpisy w indeksie.

Najłatwiej było osiągnąć to z literatury staropolskiej i oświeceniowej, gdyż całość sprowadzała się do napisania pracy zaliczeniowej na temat przydzielonego 2 miesiące wcześniej wiersza plus minimalnej, szczątkowej wręcz aktywności, co by doktorzy zauważyli, że poza sprawdzaniem obecności masz jeszcze chwile, gdy się odzywasz.

Jak już powiedziałem, wiersze przydzielono dużo wcześniej, więc wszyscy zrobili prace długo przed czasem i mieli spokój do samego końca, spokojnie zajmując się innymi zajęciami.

Tak kurwa, jasne.

Jak to zwykle bywa ludzie budzili się z letargu mniej więcej tydzień przed oddaniem i zaczynali szturmować biblioteki toruńskie w poszukiwaniu materiałów do pracy. Gdziekolwiek się człowiek nie ruszył, wszędzie napatoczył się na korytarze pełne dyskutujących o tym, czy taki argument jest dobry, czy taki motyw będzie plagiatem, albo czy ten przypis jest dobrze zrobiony. Po raz pierwszy też ludzie zaczęli udawać się na dyżury. Panika wszędzie.

Natomiast ja spokojnie stałem sobie obok całego tego zamieszania mając pracę skończoną bez bólu dwa tygodnie temu. Kiedy słuchałem, jak narzekano na niemożność zdobycia materiałów śmiać mi się chciało. Moja praca zajęła mi dwa dni, przy czym pierwszy ograniczył się do udania się do pana doktora prowadzącego zajęcia, ten zaś wskazał mi czego i gdzie szukać, po czym poczekaniu na zrealizowanie zamówienia w bibliotece. Drugiego dnia zaś, w sobotę strzelając palcami zasiadłem do lektury, aby ze 3 godziny później przystąpić do spokojnego, pięciogodzinnego pisania. Pyk i gotowe.

Nie myślcie jednak, że nie zaznałem stresu związanego z gorączką oddawania pracy. Otóż miałem tego aż za dużo. Jako, że poprzednia praca zapewniła mi rozleniwienie i komfort psychiczny, zbyt późno zacząłem mieć przebłyski ochoty wzięcia się za drugą. Kiedy już takowe się pojawiły, okazało się, że o moim autorze wiersza nie ma absolutnie nic. NIC. Poza drobnymi wzmiankami, że takowy istniał i pisał w opracowaniach całych epok. Pocieszające.

Nic to. Dorwałem ksero tego mini omówienia, po czym po północy, kiedy dzień oddania pracy nadchodził usiadłem do pisania. Cztery godziny ściemy zaowocowały ukończeniem pracy. Następnego dnia, w swój osobisty Wielki Piątek, Dzień Zagłady, czy jakkolwiek to nazwać ją oddałem. Przynajmniej nie usnąłem na żadnych zajęciach, bo odporność na sen wyrobiłem podczas imprez.

W każdym razie mały dreszczyk emocji pozostał przy oddawaniu prac. Na szczęście z literatury staropolskiej osiągnąłem 4 i ocenę tą samą na koniec półrocza, a z literatury oświecenia 3+…. Na koniec półrocza zaś również 4. wszystko dlatego, że kiedy poszedłem zaliczać nieobecności (których miałem od zatrzęsienia) pani doktor zachciała przepytać mnie z Bohomolca. Zadała jakieś pytanie, ja zaś nie umiałem. Już mnie chciała pognębić i w ogóle zajęć nie zaliczyć, kiedy wycwaniłem i wykorzystując wiedzę zapamiętaną z wykładu zacząłem płynnie rozwodzić się na temat okoliczności powstania bohomolcowych komedii. Zakończyło się to uznaniem w oczach pani doktor i miast miernej trójki – dobra czwórka.

Tak więc, jak mówiłem były to łatwiejsze z zaliczeń. Wpisy z wykładu to kupa śmiechu, ortografia i interpunkcja zaś z doktor YYYYY zakończyła się dyktandem, owszem trudnym, ale zaliczonym również na czwórkę.  O naukach pomocniczych i kolejnej czwórce nawet nie wspomnę. Języki obce: banalne kolokwium z angielskiego i cztery i już bardziej zawinięte z łaciny. Kiedy nasza kochana prowadząca pojawiła się dwa zajęcia przed końcem semestru po półrocznej absencji i zaczęła nam zadawać tonę materiału nie dało się tego zaliczyć/nauczyć normalnym ludziom na zbyt wysoki stopień. Stąd 3+ w indeksie. Błe.

Ciekawym kolokwium skończyliśmy semestr Poetyki. Nie dość, że pisalem wtedy dwa koła jednego dnia, to jeszcze pytania były tak ogólne, że nie wystarczyła znajomość tekstów teoretycznoliterackich samego Ingardena w pytaniu o niego, tylko wszystkich możliwych. No ale udało mi się podciągnąć ocenę na cztery dzięki dodatkowemu zadaniu, polegającym na interpretacji wiersza „Biała Plama”. Polecam, kawał porządnej lektury ;). W każdym razie moja interpretacja teologiczna pustej przestrzeni jako manifestu ateistycznego przypadła kobiecie do gustu, tym lepiej dla mnie.

Najgorszym kołem, jakie mi się przytrafiło było bez wątpienia kolokwium z mojej ulubionej gramatyki opisowej. Zanim jednak do niego przystąpiłem przeszkodą do przeskoczenia okazały się….oczywiście moje nieobecności (jak już pisałem wcześniej, wszystko przez te głupie czwartkowe imprezy….jak ja je kocham :D ). Babka, plując się, że nie było mnie na ponad połowie zajęć zagroziła wydaleniem, po czym kazała przygotować się na trzy tematy i przybyć na dyżur na 10:00. Pod jej salą byłem o 8, co by mieć miejsce – wszak to jej ostatni dyżur i będą tłumy. Faktycznie, przybyły, ale pierwszy wchodziłem ja.

W środku spotkałem się z ciepłym przyjęciem. Przez chwilę myślałem, że podmienili ją z siostrą bliźniaczką, ale to jednak była ona. Jedno mnie przekonało. Na wstępie nawiązał się między nami dialog, w którym spytała mnie, czy uczyłem się już na piątkowe, czyli wówczas za dwa dni, kolokwium. Skłamałem, że tak. Powiedziała, że sprawdzimy i piekielny pomiot przeegzaminował mnie w pół godziny z całego podręcznika. Cud, błysk geniuszu, czy też moje legendarne już we Włocławku, a teraz i w Toruniu, szczęście.  Przepowiedziała mi, że zdam kolokwium, a ja jej uwierzyłem. Jaki głupi byłem!

Piątkowe kolokwium było nieziemskie, a zaliczyło je całe pięć osób. Na dwadzieścia dwie. Reszta została odesłana na poprawkę i poirytowana tym, że będzie ona trudniejsza „bo lepiej, żebyśmy wylecieli ze studiów już teraz niż za dwa lata na egzaminie”. Bosko. Nie dość, że jako jedyna grupa z tego przedmiotu musimy mieć teorię w małym palcu i znać wszystkie inne podręcznikowe pierdy, to jeszcze coś takiego.

Ale cóż, na poprawkę się zgłosiłem w przeciwieństwie do niektórych, widocznie zrażonych tonem jej groźby i zdałem ją na 3+. W zupełności z tego gówna wystarczy!

Jednakże, do wszystkich powyższych kolokwiów się uczyłem. Zazwyczaj dwa, trzy dni przed w miarę intensywnej (parę godzin) nauki, [Niko: Nauka to jednak nadużycie semantyczne w tym przypadku. Wystarczy kilka faktów z mojej sesji na prawie UMK. Okres nauki i sesji w sensie materialnym: 25 grudnia – 2 marca. W tym czasie 4 kolokwia i 2 egzaminy. Łącznie około 2000 stron A4 na pamięć, strona po stronie, zdanie po zdaniu, wyraz po wyrazie. Spędziłem nad tym ok. 700 godzin. Co można nazwać, w tym przypadku nauką. ;) Ostatnie dni przed egzaminami i kolosami to wstawanie o 10.00 i kucie do 4.00 z przerwami na posiłki i inne czynności fizjologiczne. Cieszą jednak rezultaty i o ekstremalnym wysiłku naukowym już się nie pamięta – piszę to 17 kw. 2007 r. Oceny końcowe z ćwiczeń: 5,5,5,4 egzaminy: 5,4. Nice :)- koniec pomarańczowej rewolucji ;0]plus to co z zajęć pamiętałem wystarczyło w zupełności. Nic jednak nie da się porównać z SCSem ,czyli drugim naszym postrachem. Przed kołem z scsu nie uczyłem się nic, a do tego dzień przed, czyli czas, w którym sumienie zapewne by mnie ruszyło, przyjechał do Torunia Donald i to musiało się skończyć brakiem nauki( thx homie). Absolutnie nieprzygotowany poszedłem, licząc na cud na kolokwium i …..ściągnąłem wszystko, [Niko: Przemilczę łaskawie swoje zdanie na temat ściągania ;]]dzięki czemu dostałem bezboleśnie 3+ (tu też ambicji na więcej nie mam i mieć nie zamierzam) i pozostaje mi przygotowanie się na egzamin.

W ten oto sposób problem kolokwiów, które ogólnie były, poza dwoma ostatnimi opisanymi, raczej bezbolesne minął i zacząłem szykować się do egzaminów. Moje przygotowanie do mającego się odbyć za dwa tygodnie, to jest 30 stycznia egzaminu ze staropolskiej literatury ograniczyło się do schowania do szafy świeżo wyprasowanej koszuli i sprawdzeniu, czy garnitur na mnie wciąż leży idealnie.

Po tygodniu postanowiłem zdobyć jakieś materiały, bo lektur mi się czytać nie chciało, z całej listy może ze cztery pozycje miałem w rękach na tyle długo, aby się w nie zatopić, a co dopiero opracowywać. Musiałem więc zdobyć notatki. I tu przydały się moje rozległe znajomości, bo podczas gdy inni płacili krocie, ja dostałem je za sam koszt ksera, co wyniosło dwie dychy. Argh, tyle fajek i tanich win! No ale, miałem już materiały, powoli, ale moje przygotowania posuwały się do przodu.

Dwa dni przed egzaminem ruszyło mnie sumienie i poświęciłem je na odpowiednio dużą dawkę nauki. Poprzedni tydzień zlazł na przejście Neverwinter Nights 2. Komputer to szatańskie narzędzie. [Niko: Wystarczy mieć w życiu jasno określone  cele i wtedy nic w ich osiągnięciu człowiekowi nie przeszkadza.]

No, ale do meritum. Wypucowany i wesoły mimo wszystko i jak zawsze, ruszyłem sobie na wydział ekonomii, gdyż w tamtejszej auli egzamin miał się odbyć. Zaopatrzony w papier kancelaryjny w linie spotkałem swoich ludzi z roku. Nastroje były różne, od skrajnej paniki po moją niepohamowaną radość bytowania, od Weltschmertz (pozdro Goethe ;) ) po Happy People. No, ale udaliśmy się w końcu do Sali.

I co? Po ujrzeniu pytań na tablicy większość osób dookoła mnie, jak i w pozostałych częściach sali, zaczęła wydobywać z siebie najgorsze przekleństwa. Dano chyba najtrudniejsze, co można było.

Moim pierwszym odruchem była chęć oddania pustej kartki, jak poczyniło około dziesięciu osób, ale byłem twardy i postanowiłem pisać. Poświęciłem na to dwie i pół godzinki, po czym przed czasem oddałem i wyszedłem w podłym nastroju, lecz śmiejąc się. I tak wszyscy. Nabijaliśmy się, że nie zdamy, lecz faktycznie martwiliśmy o to i to cholernie. Zwłaszcza ci, którzy tak jak ja mieli za sprawdzającego pewnego profesora, który znany jest z tego, że oblewa nawet za interpunkcję, wymaga ścisłego trzymania się tematu, a na lanie wody reaguje alergicznie. Cóż, celem poprawienia humoru część z nas udała się do baru, gdzie pocieszaliśmy i śmialiśmy się dalej.

Po powrocie do domu pieprzyłem to wszystko i choć miałem już uczyć się pod niedaleką poprawkę, olałem kompletnie. Jak okazało się w piątek, bardzo dobrze zrobiłem, gdyż trafiła do mnie wiadomość, że dostałem czwórkę. Na 60 osób zdających u tego profesora zdała dwudziestka niecała, w tym ja, podczas gdy dla porównania na porównywalną liczbę sprawdzanych praca, pani profesor oblała tylko jedenaście. Cóż, life is brutal, grunt, że mi się udało i mogłem zająć się dalszym obijaniem.

Oraz pomaganiem osobom, które pod pozorem wychodzenia do łazienki podczas poprawki, zawsze jakimś cudem natrafiały na siedzących na schodach dwóch mężczyzn, to jest mnie i Karola. Nigdy nie odeszli z niczym. Teraz czekają na wyniki poprawki, ja zaś powtórzyłem proces z egzaminem na oświeceniu. Tylko, że tym razem ksero wyniosło mnie aż czterdzieści złotych, a czasu mam jeszcze mniej. Cóż. Moje szczęście nie narzeka na brak pracy.

            Motyw z nauką na dwa dni przed ponownie się sprawdził. Głowa bolała mnie już mniej, widać do wszystkiego można się przyzwyczaić. [Niko: Studenci prawa problemy z ograniczeniami w uczeniu się, w postaci bólów głowy przezwyciężyli już w pod koniec listopada – pzdr. Dla dr A.G, Z czasem można powiedzieć, że naukę po 18 godzin na dobę traktuje się tak samo jak oddychanie. Są momenty kiedy nawet można mieć odczucia, że się to lubi. Moją motywacją są słowa: gdyby nie nauka, to strach pomyśleć jakim kryterium byłby oceniany człowiek ;]]W każdym razie, test jakim był tenże egzamin poszedł dobrze, gdyż siadając w naszym męskim gronie opracowaliśmy świetny sposób na ściąganie. Opłaciło się, choć nie raz i nie dwa mieliśmy stracha, bo pewna pilnująca doktorantka miała setki powodów, by nas z sali usunąć. Począwszy od wygrywania dłońmi na ławkach „We will rock you” przed rozpoczęciem, aż po bezczelne gapienie się w kartki kolegi oddalonego o trzy krzesła. Jednakże, spodziewałem się dobrego wyniku i tak też było. Cztery i zadowolenie z siebie wystarczyły, by przypiąć mi etykietkę kujona. Fajnie.

Do ostatniego egzaminu  miałem sporo czasu, co spowodowało, że rozleniwiłem się kompletnie. Obudziłem się z ręką w nocniku dwa dni przed. Jednakże, tuż przed egzaminem miało miejsce ciekawe wydarzenie, gdyż do samego egzaminu nie powinienem był wystąpić. Czemuż? Otóż nie miałem zaliczonych siedmiu z ośmiu małych kolokwiów u prowadzącej pani doktor. Jak mi się udało? Otóż, poszedłem do niej kiedyś po zajęciach (już z gramatyki historycznej, przedmiotu drugiego semestru) i mówię, że chciałbym to i to zaliczyć. Miałem nadzieję, że skoro przyszedłem poza dyżurem nie będzie miała swoich boskich kajecików z rozpiszą tego typu rzeczy. I faktycznie, nie objawiła ich posiadania. Zadowolony zaliczyłem pierdółki, których uczyłem się na tychże właśnie zajęciach, po czym zaliczyłem i czekam na wpis do indeksu. A tu bach, nagle w jej dłoniach pojawia się zeszyt! Groza na mnie padła, ale nie straciłem zimnej krwi. Zagadałem, że niby nie mam jeszcze jednego, ale to już po egzaminie – i łyknęła!

Od tej pory na wydziale mam pseudonim Święty Artur od Fuksa. Zasłużenie. Zwłaszcza, że przespałem pierwszy termin egzaminu, a do drugiego uczyłem się dziewięć godzin przed. Wliczając w to nauczanie tańców towarzyskich mojej koleżanki miast wspólnego wkuwania. Tak czy siak, trójeczka w indeksie zadowoliła mnie w pełni.

Tak oto zakończyła się dla mnie pierwsza sesja. Kiedy oddawałem indeks do dziekanatu czułem dumę, że udało mi się tego dokonać i przebrnąć coś, co dla jednej trzeciej roku okazało się barierą nie do przebycia. Pomogło mi trochę moje legendarne szczęście (dobra, trochę bardziej niż trochę), ale dużo osiągnąłem sam.

(brak dopisków do sesji spowodowany odpadnięciem przytaczanych studentek

.

.

.

.

Żartuję. Mają się dobrze. Jedyne czego nie mają, to czas- wszak druga sesja za pasem, a ja się jeszcze poprzednią podniecam ;) ) [Niko: Dokładnie! Ja już od kwietnia stukam na egzamin z prawa konstytucyjnego, który jest już 26 kwietnia. Zapowiada się kolejna ponad dwumiesięczna sesja.]

 

 

ZOSTAŁO TYLKO WSPOMNIENIE, CZYLI ZAKOŃCZENIE

 

Cóż, jak więc się mi studiuje, każdy widzi. W niektórych sytuacjach mam podobnie jak Tuxedo, niekiedy inaczej. Rozumiem doskonale jego sytuacje z nauką i koleżankami, bo kulturoznawstwo pokrewne filologii polskiej. Zgodzę się także z jego sentencją końcową, choć nie w całości. Aby iść na studia wcale nie trzeba się jakoś specjalnie przykładać. Za to na studiach, oprócz opierdalania czasami trzeba się przyłożyć. Byle nie za często.

Póki, co, studia wiążą się z mnóstwem alkoholu, papierosów, cygar, fajek, utratą wagi, niedojadaniem byle było na inne używki, łażeniem po imprezach, koncertach, metamorfozie w pijanego barda, zmęczonego i zgorzkniałego, a jednocześnie epatującego nieskończonym optymizmem i radością życia itp. – naprawdę warto usiłować zdobyć wyższe wykształcenie!;)

Aha, mam nadzieję, że rozbrykanie moich koleżanek w komentarzach (forma zerżnięta żywcem ze zjazdowych relacji) nie przeszkadzają. [Niko: Rzutem na taśmę również dopiski moje. Miałem pisać osobne części tego tekstu, ale postanowiłem się dopisać tylko. Lenistwo? Też, ale przede wszystkim moje studia są absorbujące] Pierwotnie miały tylko potakiwać i uzupełniać moje wypowiedzi, ale trochę sobie pofolgowały, a ja nie mam serca tego usunąć, bo grożą fochem. Pozdrowienia, więc i podziękowania dla Marty, Pauliny, Kinii i Żanii za wkład w ten przydługawy artykuł, niejednokrotne ratowanie mi życia pożyczoną lekturą czy notatkami oraz wszystkim innym koleżankom i kolegom z całego UMK. Zapewne jak się dowiedzą o tym arcie, to przeczytają i poczytność AMu wzrośnie o połowę;) [Niko: Ja, Ty, Ania, Sebastian, Kamil i lachonarium twojego wydziału spowoduje wzrost o 200%:)]

 

Artur "ZoltaR" Jabłoński (&koleżanki [Niko: I jeszcze jakiś studencina])

ballinboy@o2.pl

GG:5639913

TEL: 886147563

 

PS: [Niko: Polej Sobie] Śródtytuły są cytatami z piosenek zespołu Dżem, który kocham i polecam wszystkim. Faktem oczywistym jest, że podczas wspólnego pisania tego tekstu słuchaliśmy właśnie tej kapeli. [Niko: Również przy moim dopisywaniu w tle pobrzmiewały rytmy Dżemu, więc wszystko zgodnie z prawdą i zatwierdzone przez Główny Urząd Cenzury]

 

[Niko: Jeśli chcecie być trve i elo, to oglądajcie „Babci synka” i słuchajcie Guntera – Ding Dong Song ;)]

PPS: Jako bonus anegdoty i rozmowy między Niko a ZoltaRem:

 

 

1.      Niko zagląda do lodówki, patrzy, a tam pół zjedzonego przed tygodniem słoika fasolki po bretońsku.

Niko: „Arturze, czy ta fasolka jest świeża czy już zepsuta?”

ZoltaR: <wącha, po czym odpowiada> „Nie wiem.”

Niko: „To potrzymam ją jeszcze z tydzień w lodówce i wtedy będę miał pewność, że jest zepsuta”

(Minął miesiąc, a stoi do dzisiaj)

 

2.      Niko: „Artuuur, a dlaaaaaczeeegooo jaaaaaaa jeeesteeeem taaaaaaaaki?”

ZoltaR: „Jaaaaaaki?”

 

3.      Niko: „Arturze pozmywaj gary”

ZoltaR: (Z wyrzutem) „Ja dopiero usiadłem!”

Niko: „A niby, co robiłeś wcześniej?”

ZoltaR: „Leżałem…”

 

4.      (Kalambury. Chłopstwo siedzi i czeka, aż Artur wstanie i zacznie pokazywać, bo jego kolej. Ledwo zdążył wyjść na środek, a rozlega się okrzyk)

Niko: Wiem! Brokeback Mountain!

 

(Więcej mi się naprawdę nie chce spisywać. Za dużo. Litości!)