Autobiografia - czyli myśli skołtunione. 

Nigdy nie umiałam utrzymać kompozycji zamkniętej. Tzn. potrafię, jeśli trzeba, napisać pracę ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem, idealnie wpasowaną w klucz (niechże przeklęty będzie). Nie podobają mi się jednak one, unikam więc "ideałów klasycystycznych", z całkiem niezłym zresztą skutkiem, chociaż zabawa w przyczynę i skutek mnie nie pociąga. 
Pięknym przykładem są tytuły. Dopisuję je na końcu, trochę na chybił trafił. Najchętniej wszystko, co napiszę, nazywałabym "impresjami", "wariacjami", "wizjami chwili", jednak, jak widzicie, przyzwoitość każe mi czasem nadać inne miano (g)rządkom słów na ten sam temat. Przyzwoitość albo inny wyraz na "p" - przypadek. Dobieram imiona tekstom kierując się przeczuciem, wpływem sekundy, ulotnym skojarzeniem. Praca dostaje nazwę dopiero, kiedy jest zakończona. Cóż, można do tego dorobić całą filozofię literatury. Czasami tylko, jakieś parę naznaczonych kursywą słów nad artykułem właściwym zmusza mnie do zapisania jeszcze jednego zdania, akapitu. Interakcje między czytelnikiem a dziełem, bo przecież nadawcą się bywa przez moment za krótki, by nazwać go nawet teraźniejszością. Chaotyczne. 
Nie wierzę w porządek świata - a przynajmniej nie sądzę, żeby był on poznawalny dla ludzi. Zbyt wiele zmiennych, zbyt wiele danych, zbyt wiele piękna, zbyt wiele słów i rzeczy. Ze wszystkich sił tej ziemi najbardziej lubię entropię. Boga nie liczę, bo jest większy niż jakieś marne "siły". 
W życiu zawsze sprzyjał mi przypadek, czasem w sposób wręcz nieprawdopodobny. Nie wierzę w przeznaczenie, więc odpada pomysł, że po prostu jestem wybrana do tego, żeby ukończyć szkołę z przyzwoitą średnią. Cóż, pozostaje ufać zdroworozsądkowej zasadzie, że chaos wspomaga chaos i ludzie nie stosujący się do wielu reguł, stawiający na ostatnią kartę, liczący na cud, zostawiający wszystko na ostatnią chwilę etc. muszą mieć szczęście, nie próbują bowiem mierzyć biegu wydarzeń porządkiem, co byłoby gwałtem na naturze świata, ale swobodnie z nim współistnieją. 
Jeśli zdarzenia następują chaotycznie, to najskuteczniejszą metodą, by je przewidzieć, a następnie czerpać zeń korzyści, jest rzut monetą. 
W chaosie szukam więc zasady (i kwasu), metody (i Cyryla), obrony (i... Skończyły mi się skojarzenia, pech). Najzabawniejsze jest to, że on nie zawodzi. Na skutek zasady "Carpe diem!" komplikuję sobie życie, spiętrzam trudności, wydawałoby się, że wreszcie tonę... A gdzie tam, ot, niewytłumaczalny zbieg okoliczności, zastępstwo, jedyny temat, który umiem, brak czasu nauczyciela, test, to, siamto, owamto, jeszcze na koniec cud - miniaturka... Orkiestra oraz tusz... Znowu los mnie wyciągnął za uszy z kłopotów, męcząc się przy tym niemożebnie. Prawdziwy wirtuoz. Będę miała problem, jak kiedyś nie zechce pomóc... Pomyślę o tym jutro, lecz tylko, jeżeli jutra naprawdę nie ma. 
Chichot historii jest w moim przypadku serdecznym, życzliwym, szczerym uśmiechem. Fatum śmieje się perliście, niezmiennie uczynne. Dola waży mniej więcej tyle, ile atom tlenu. Doprawdy, niezapomniany ma smak magdalenka zjedzona (z) przypadkiem.
Być może w poprzednim życiu (chociaż w nie też nie wierzę) dałam losowi gigantyczną łapówkę. Może wygrałam w loterii nieskończony limit szczęśliwych zdarzeń, zbiegów z więzienia okoliczności. Może się bawię, pisząc nieprawdę, bo w prawdziwym życiu mam pecha (tfu, tfu, tfu - przez lewe ramię, stuk, stuk, stuk)? 
Współpraca z chaosem niesie sporo korzyści. Ma też swoje wady. Drobne. Zamarznę, na przykład, gdy przyjdzie czas na zamarzanie, podczas gdy ci, biorący ster życia we własne dłonie, mogą tego uniknąć. O ile wcześniej nie władują się na rafy. Nie próbuję tego powstrzymać, jem niezdrowe, tuczące rzeczy, sportów nie uprawiam, wzrok sobie psuje. Używek nie biorę, bo nie lubię. Nie dbam - o zgrozo zgróz - o to, czy mieszczę się w rozmiarze 36, czy w 42. Generalnie nie dbam o nic, poza podmiotami lirycznymi, narratorami i bohaterami. Literaturą i słowem. No, jeszcze o rzeczy, w miarę. Są one biedne i bezbronne, a kiedy Herbert o nich pisze, nie próbuję czytać metafor, tylko łkam nad ich losem. 

II

Naprawdę źle się czuję, kiedy zniewalam podmioty liryczne i inne wytwory teorii literatury. Pomyślcie nad nimi - całe życie przykute do jednego schematu, mówiące ciągle ten sam tekst, do tego samego wirtualnego czytelnika, który sam zresztą też nie może zmienić swojego zachowania. Oboje doszli tak daleko na drodze ewolucji, aż do momentu, gdy uczucia oraz myśli przelewane są na papier. Umieją mówić, piękniej niż papugi, ale ich klatka ma jeszcze ciaśniej położone pręty, jeszcze mniejszą powierzchnię. Gdzieniegdzie na ich drodze zieją miejsce puste.
Niedookreślenie. Jedyna szansa odbiorcy na przyjemność z czytania. Wypełniana za każdym razem nową treścią. A dla tych drugich - jak zabawka dla tej papugi, małe lusterko, trochę pokarmu "Pożywka dla wyobraźni", brzęczące coś. Pozory realnej możliwości. 
Rzeczywistej dla czytelnika. Ja, Ty - wypełniamy. Analizujemy, interpretujemy, konkretyzujemy, wyciągamy wnioski, dorabiamy dalsze ciągi, wiążemy się emocjonalnie. Odbieramy, wykonujemy tę szalenie skomplikowaną operację. Mamy wolność, którą tak kochamy, wolność cierpienia, miłości i nienawiści (co prawda, tę ostatnią chcą nam zabrać niektórzy politycy). Biedne "ja" liryczne, biedne "ty" liryczne, nie dla nich luksus swobodnego przepływu towarów, usług, osób, wymiany walut albo myśli.
Okrutni dyktatorzy z tych twórców. Tak, tak, składam samokrytykę. Wyrażam żal za grzechy. Tylko postanowienia poprawy we mnie nie ma. Żadna więc publiczna spowiedź nie będzie miała miejsca.
Za to mogę na siebie nałożyć pokutę. Ostatecznie, każdy czasem bywa bohaterem. Nic - nie - mogącym bohaterem słowa i (papurzego) pióra. Całkowicie biernym, uzależnionym od nadawcy bohaterem. Bywamy również tymi nadawcami, chociaż to swoją drogą też nie taka znowu wdzięczna rola. Wiecznie aktywnymi nadawcami, pa(n)nami wszechświatów, twórcami - Konrad-Gustaw-Widmo (kolejność celowo niechronologiczna) miał trochę racji, improwizując w celi, biedny chłopiec z zapałkami własnej pychy. Chociaż głównie bluźnił, ale za to cały czas pięknym, poetyckim językiem. I do rymu, i do rytmu. Kto teraz bluźni do rymu albo rytmu? Kto teraz w ogóle mierzy się z Bogiem, a potem czeka - czy grom w niego uderzy, czy jeno szaleństwo opęta? Dan Brown? Nie, nawet groteska ma swoje granice, które tym pytaniem, lubo retorycznym, zostały przekroczone. 
Może ostatni umierali w obozach, pytając "Czemu pozwalasz?". Na pewno nie są nimi pytający na Onecie po każdej wiadomości o wypadku, ci herbu "Apropo", bez żadnych przemyśleń. Jak papugi, swoją drogą. Motyw papugi powraca nam (mi i Tobie, czytelniku, tkam tutaj postmodernistyczną jedność) niczym refren. 
Ach, moja pokuta. Taaak. Cóż, często jesteśmy też odbiorcami, a to - w moich oczach - najciekawsza biernie - aktywna rola jest - ani taka, ani siaka. Tutaj wypełnia miejsca niedookreślone, czyli jakby tworzy, tutaj treść przyjmuje. Fascynująca. Od biedy można połączyć w jedno wszystkie trzy nasze życiowe role i wtedy robi się ciekawie. 
Tudzież odrobinę narcystycznie. Mówić o sobie do siebie. Śliczna pokuta. W sam raz dla tak próżnego stworzenia jak ja. Cudownie jest karać się samodzielnie. Skazuję Cię, Dodo, na bycie bohaterem minimum trzy dodatkowe godziny na dobę. Nieważne, kto mówi. Może potem wydam tomik refleksji autotematycznych. Metaja. Metadusza. Metajęzykowo. 
Metaja to nawet ładnie brzmi. W sam raz na tytuł. W sam raz na sukces marketingowy. (Didaskalia: śmiech z offu, jak zawsze nie - tam - gdzie - trzeba)
Jakie to zabawne - nawet nowe subkultury, nim się wytworzą, są teraz ośmieszane na dobre. Serio. Zanim się dowiedziałam co to "emo" już zdążyłam przeczytać masę dowcipów na ich temat. Chyba jedyną podkulturą możliwą w świecie "po" postmodernizmie (brzmi jak "życie po życiu" - istniejemy w epoce, poponowoczesnej. Po- po - po - ga -ga- ga - tra - ta - ta - ta. Jak dziecinne rymowanki) jest bakteryjna kulturka cyników (należę pewnie do niej), ironizująco - sarkastycznie - wredni. Śmiech z własnej słabości/hobby/fascynacji wytrąca innym broń z ręki, już nas nie zranią - po co, skoro sami to robimy. Plemiona w Afryce dokonują okaleczeń fizycznych, na znak urody, odwagi etc. My autodestrukcję uprawiamy na polu psychiki - jeżeli na ciele, to jest to odstępstwo od normy, które leczymy - co wyraźnie świadczy o naszym wyższym stadium rozwoju kulturalnego.
Całe wieki literatury i sztuki nauczyły nas, że cierpienie psychiczne jest tak samo ciężkie, jak fizyczne. Cóż, dobre i to. Nauka nie poszła się szwendać po lesie. 
Pytacie, po co to piszę? Żeby, moi mili, kochani, teoretycznoliteraccy, wirtualni - a za chwilę już rzeczywiści - odbiorcy, zdystansować się od siebie, moje małe lęki, pomysły i resztę obśmiać, stosunkowo bezboleśnie, po zażyciu wcześniej pewniej dawki fantastycznej morfiny, zwanej wysoką samooceną. Śmiech to zdrowie, a mnie nieodmiennie bawi ironia/sarkazm/drwina. Nawet najbardziej wredna. Nawet skierowana przeciwko mojej pysznej (jak czekoladowe lody Grycana* z bitą śmietaną) osobie. 
Jak tak popatrzeć po pokoleniu, które jeszcze nie zostało pokoleniem, które jeszcze nawet nie dorosło, więc powinno siedzieć cicho - jesteśmy dekadenccy, cyniczni i poszukujący, ale to ostatnie normalnym jest. Generalnie dobrzy, tu WOŚP, tam żebracy, ach wrażliwe duszyczki, siam świeczka na Onecie. Świetnie się z nami bawiło, śmiało i polewało rany wódką. Duchowe, duchową. Co, oczywiście, pomagało, nawet jeśli wcześniej trochę pobolało. Rzeczywiście. 
Nawet wierni jesteśmy. I idziemy. Pardon, lecimy. Do Londynu. Barwne papugi. 
Zdaje mi się, że widzę... Gdzie? Przed oczyma duszy mojej. Ale to już było i powraca, wykoślawione przez czas - od biedy można się doszukać śladów romantyzmu w "emo", ale po co sobie psuć obraz ulubionej epoki wszystkich Polaków? 
I po co w ogóle się o cokolwiek pytać? Przecież, "co będzie na obiad?" ma tyle samo sensu, znaczenia, piękna i sztuki w sobie co "Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?" - więc po cóż powściągać szalone ciągi wyobraźni, skojarzeń - i znowu pytanie! Na piedestał można wrzucić, niby worek kartofli, też taki, przykładowy, śmietnik świadomości.
"Czy przypadamy do smaku wszechświatom, w których nikniemy? Kwestia smaku - z poezji tego szalonego wieku na pewno Rilke Eliot. Na pewno? Na pewno nie wiem nic. Jest wkoło ten rzeczy niepokój, który rzeki przesyca i morza obłoków, który jest sam przez siebie, a ja ponad którym jestem jak smutne dziecko przenoszące góry. Tylko? ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi! Ludzie chorzy w wielkim smutku przykładają je do powiek i czekają tak spokojni, aż im inni wzrok przywrócą. Jak? Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy? Jak pozbierać myśli, z tych nieposkładanych? Ot, W Ziarnku Piasku ujrzeć świat cały, całe Niebo - w Kwiatku Koniczyny, nieskończoność zmieścić w dłoni małej, wieczność poznać w ciągu godziny." **
Może faktycznie wszystko to tylko postmodernizm. 


* Product placement. Ale to naprawdę dobre lody są. I jak miło się robi na myśl, że Grycan wykiwał tych z Nestle, czy komu tam sprzedał Zieloną Budkę.
** Cały akapit, nie licząc drobnych połączeń i zmian wynikłych z przystosowania do prozy jest zlepkiem cytatów. Autorka ma tego świadomość i nie zamierza wprowadzać czytelnika, Ciebie, w błąd.

Dodo

dodo89p@o2.pl

"Polly! Mam dla ciebie smakowite śniadanko! Tylko się zbudź, papużko Polly! (...) Polly, Polly! (łup, łup, łup) Papużko Polly, obudź się!"