BREAK ON THROUGH
Dekadencja. Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz usłyszałam to słowo. Było to w czasie jednego z corocznych spotkań rodzinnych w domu. Moja ulubiona ciotka zwiedzała nasze mieszkanie i wchodząc do pokoju mojego starszego brata stwierdziła: „ale tu dekadencko”. Bardzo zaintrygowało mnie użyte przez nią słowo. Po pierwsze dlatego, że powiedziała to osoba uważana przeze mnie za fajną. Po drugie dlatego, że wymówiła to słowo jednocześnie z uznaniem i kpiną. Oczywiście musiałam dowiedzieć się co to znaczy.
Najpewniejszym źródłem informacji w dzieciństwie był tata (nie mieliśmy jeszcze internetu, a co za tym idzie Wikipedii ;)), tak więc u niego szukałam odpowiedzi. Nie pamiętam już dokładnie jak mi to tłumaczył, ale pamiętam, że nie udało mi się wyjaśnić zadowalająco kwestii „czym właściwie jest ta dekadencja?”.
Od tamtego czasu dekadencja nie raz dawała o sobie znać w mojej rzeczywistości. Lubię ten termin za jego słodko-gorzki smak, za to uznanie połączone z kpiną i dystansem do uznania, które sobą wyraża. Nie chcę przytaczać tu historii dekadentyzmu, ludzi z nim związanych. Chyba starczy powiedzieć, że przewijają się przez nią te same wątki: poezja, pijaństwo, łamanie konwencji, włóczęga, jakieś cierpienia ludzi, piękno, silne emocje, sztuka. Ot na przykład wymieniani przez Wikipedię w tym kontekście Paul Verlaine i Arthur Rimbaud - francuscy dziewiętnastowieczni poeci. Ten pierwszy: alkoholik żyjący przez część życia w biedzie, który porzucił żonę i syna dla kochanka. Pod koniec życia scharakteryzowany jako „coraz bardziej niepoczytalny”. Ten drugi także pijący, nie dbający o wygląd, włóczący się po Francji, potem także po całej Europie. W końcu osiadł w Etiopii, gdzie zajmował się między innymi handlem bronią. Jednocześnie obydwaj wielce utalentowani, inteligentni. Ludzie o których się słyszało, których wiersze omawia się na języku polskim (a przynajmniej wspomina). To jest właśnie to. Mieszanka uczuć. Podziw i kpina. I dystans do podziwu. I chęć dekadencenia się. I potępianie takiego zachowania.
Czemu się zachwycać? Bo odwaga, bo spontaniczność, bo czerpanie z życia pełnymi garściami. Bo tacy ludzie przeżywają bardzo mocno. Nie mają wielu zmartwień, przynajmniej nie na co dzień. Nie kiedy podróżują, uciekają. Bo umieją się naprawdę cieszyć i naprawdę smucić. Nie krępują się zbyt wielkim ciężarem konwenansów. Często tworzą piękne rzeczy. Oglądając film „The Doors” zachwycam się Morrisonem. Czytając „W drodze” Kerouac’a zachwycam się Deanem.
Czemu potępiać? Bo w swej naturze dekadentyzm ma nietrwałość, rozpad i katastrofy. I nawet nie przeszkadza mi tak bardzo to, że zakłada pewną pogardę dla innych, dla nie-artystów. Nie przeszkadza mi też to, że dekadenci to ludzie w pewien sposób nieprzystosowani, których można łatwo podpiąć pod ludzi z problemami. Którzy mówią „zamknij oczy i patrz na rzeczywistość, otwórz oczy i patrz na sen”.
Przeszkadza mi to, że przyczyniają się do cierpienia, do niszczenia innych.
Oni żyją chwilą, więc jak mogą wierzyć w coś takiego jak na przykład związek z kimś na całe życie? To nie wiara, tylko podejście straceńca „Nie mam nic do stracenia” i „- Oddałbyś za mnie życie? - Pewnie, za każdego”. Jak na niczym ci nie zależy, to wszystko jest relatywne. Z takich postaw rodzi się ból, krzywda wyrządzana innym ludziom. Po co coś takiego istnieje? Czy to jakaś głęboka niemoralność, masochizm, potrzeba zaistnienia nawet kosztem największych wartości i kosztem najbliższych ludzi? Czy to coś takiego, coś tak podstawowego, co zawiera w sobie cały sens jak potrzeba miłości i czułości? Wiem, to paradoksalne. Straceńcy dążą do miłości i czułości raniąc innych, wywołując cierpienie. Ale czy to znaczy, że są niezdolni do miłości? Wierzę, że nie. I po prostu nie umiem ocenić takich osób jednoznacznie. Czasem wydaje mi się, że to źli ludzie. Czasem, że dobrzy.
Na dłuższą metę nie da się żyć pomiędzy racjonalną codziennością, a fantastyczną niecodziennością. Takie zawieszenie pomiędzy pachnie mi upadkiem. Gówno a nie break on through – to trwanie ciągle w tym samym stanie. Używki niczego nie przełamują. Co najwyżej człowiek traci poczucie wstydu, jakieś bariery, godność… takie rzeczy.
Dekadentyzm tak przeze mnie rozumiany zachwyca i nie zachwyca. Bywał i jest obecny w moim życiu. Staram się, żeby to były małe dawki. Bo super jest raz na jakiś czas rzucić wszystko w biesy i zaszaleć, zapomnieć, niczym nie martwić, bawić się i tylko cieszyć. Ale jeśli chce się tylko tym żyć, to nie jest to życiem. Dla mnie na pewno nie.
asztaka
asztaka@gazeta.pl