CO SIE STA-O, CO SIE STA-O
Dzisiaj znowu nie poszłam do szkoły. Właściwie, to nigdzie nie poszłam.
Miałam, jeśli by świeciło słońce, wstać rano i się powłóczyć, ale było
zupełnie ciemno. Nawet nie chciało mi się zwlec z łóżka. Nie byłam śpiąca,
ani zmęczona. Nie było mi źle, dół to nie był. Tylko taki dziwny stan, w
którym niby jest człowiekowi dobrze, ale wszystko jest złe i nudne, ludzie są
źli i nudni, przede wszystkim nudni. Jest jedno wielkie Nielubię i Niechcę.
Przeleżałam tak kilka godzin.
W szkole siedziałoby w klasie kilka osób na krzyż. Normalne lekcje
nie odbyłyby się. Zresztą, nawet jak się nauczyciel stara, to nikt go nie słucha.
Zwłaszcza teraz, na dwa miesiące przed maturą. Każdy zajmuje się swoimi
sprawami, uczy się na matematyce angielskiego, a na polskim historii. Część
w ogóle się nie zjawia w szkole, wychodząc z założenia, że lepiej ten czas
spożytkuje w domu.
Czy wprowadzenie mundurków i monitoringu w szkołach może coś zmienić?
Na tyle, żeby szkoła stała się miejscem tak znaczącym, jak była przed wojną?
Jest źle. Na historii uczniowie nie zdający jej na maturze grają w
karty na pieniądze. Nauczycielka wzburzona mówi: „Do czego to podobne!”,
po czym pada wesoła odpowiedź: „Do kasyna, pani profesor!”. O czymś
takim, jak „dyscyplina” nikt już nie pamięta. Do szkoły przychodzi się w
połowie pierwszej lekcji lub nawet w połowie drugiej. Po dzwonku korytarze wciąż
są pełne uczniów. Rzadko zdarza się, żeby ktoś zwrócił im uwagę, a jeśli
już, to nikt się tym nie przejmuje, idzie tylko w inny rejon budynku. Kiedyś
też można było wyjść w każdej chwili na ulicę, ale ostatnio założyli
domofon. Efekt jest taki, że i tak można to zrobić bez większego problemu -
uczniowie liceum to ludzie w dużej części dorośli, wolni obywatele kraju, którzy
mają prawo do swobodnego przemieszczania się. Podobnie mają prawo nie zjawić
się na lekcji, tylko spacerować po korytarzu, jeśli nie będą zakłócać
spokoju.
Tak to wygląda w „elitarnym” liceum. W gimnazjach na pewno, a
prawdopodobnie również w technikach czy zawodówkach dochodzą do wymienionych
inne problemy. Szpanowanie i wyśmiewanie
uboższych uczniów, bójki i różnego rodzaju znęcanie się, również nad
ciałem pedagogicznym. Czy jednak sposoby walczenia z tym, forsowane przez rząd
są właściwe?
Niewątpliwym ideałem, uznawanym przez wiele osób, jest osiągnięcie
dyscypliny międzywojennej.
Wtedy chodzenie do gimnazjum (od 5 do 12 klasy), było zaszczytem. Ze
szkoły bardzo łatwo było zostać usuniętym. Wykształcenie się liczyło i
nawet ukończenie średniej szkoły stawiało w elitach społecznych. Trochę
przesadziłam, ale odsetek analfabetów wciąż był pokaźny, zwłaszcza na
wsi. Myślę, że to dobrze, że średni poziom wykształcenia się podniósł.
Ale zarazem słuszne jest wprowadzenie ograniczeń przy dostawaniu się do liceów
ogólnokształcących. Zaproponowane 70% punktów z egzaminu gimnazjalnego uważam
jednak za przesadę. Wiek gimnazjalny to wiek trudny i zwłaszcza chłopcy mają
w tym okresie problemy z nauką. Zawsze są licea „lepsze” i „gorsze”
(tj. takie, do których się trudniej lub łatwiej dostać). 70% to wysoki wynik
i myślę, że 50% byłoby ograniczeniem wystarczającym. Chodzenie do technikum
nie zamyka możliwości dalszej edukacji, ale nie czarujmy się, że każdy może
być magistrem. Magister to, wbrew polskim pozorom, stopień naukowy, poświadczający
umiejętność prowadzenia badań naukowych. Nie każdy jest naukowcem i
stwierdzenie tego nie jest obraźliwe. Dlatego świetnym pomysłem było
wprowadzenie studiów zawodowych, licencjackich, nie dających praw do
samodzielnej pracy badawczej, natomiast do pedagogicznej na przykład - jak
najbardziej. Naukowcy, którzy powodują rozwój, najczęściej jako nauczyciele
nie sprawdzają się w ogóle.
W okresie międzywojennym każdy uczeń gimnazjum obowiązany był nosić
mundurek, nie tylko w szkole, lecz również poza nią. Pokazanie się na ulicy
w innym ubiorze było karane.
Zmieniły się obyczaje. Nie da się tego przywrócić. Bardzo silnie
rozwinięte poczucie wolności wśród młodzieży nie pozwoli na to. Może nie
każdy, ale znakomita większość na propozycję noszenia na co dzień mundurka
wybuchnie śmiechem. Bardziej uczony podeprze się konstytucją i prawami
obywatela.
Duża część uczniów mojej szkoły to „metale”, wielu też ubiera
się z kolei na modłę hippisowską. Wtłoczyć ich w uniformy? Nie wyobrażam
sobie.
Teraz zwolennik mundurków może powiedzieć, że przecież nikt nie każe
im chodzić w nich po ulicy. Po południu może się ubierać jak mu się żywnie
podoba. Świetnie, tylko że ja na przykład przez większość liceum nie miałam
kiedy wejść do domu i się przebrać. Zaraz po szkole leciałam do muzycznej,
a po niej zdarzało się, że do teatru. Szafki, w których można by zostawiać
stroje są w niewielu szkołach. Noszenie dwóch zestawów ubrań ze sobą
odpada bezapelacyjnie. Poza tym to by była pół-dyscyplina, prowadząca do
zatuszowania problemu. Szkoła tylko jeszcze bardziej wycofałaby się z funkcji
wychowawczej - on/ ona ćpa? prostytuuje się? No to co, u nas przecież jest
grzeczną dziewczynką/ chłopcem w mundurku.
Następna kwestia - powszechne w szkołach szpanowanie. Czy nie było go
przed wojną? Oczywiście, że było. Teraz do „lansowania się” potrzebna
jest wypasiona komórka, kiedyś wystarczał zegarek lub finka. Zawsze są ci,
którzy potrzebują czuć się lepsi i ci, którzy chcą (podświadomie) być
gorsi. Ubranie wszystkich jednakowo nie zmieni natury ludzkiej.
Dodatkowo, mundurki musiałyby być takie, żeby nawet najuboższych
uczniów było stać na nawet dwa rocznie, jak w podstawówce, kiedy dzieci
szybko wyrastają. Zaprezentowane wstępnie projekty są ohydne, z najpośledniejszych
materiałów. Może tanie, ale nikt ich nie będzie chciał nosić. Jeśli
natomiast zróżnicujemy - powstaje rywalizacja gorsza nawet, niż obecnie.
Teraz jest możliwe kupienie na wyprzedażach bardzo tanio ubrań, prawie albo i
zupełnie modnych, tylko niezgodnych z najświeższymi trendami. Skąd zaś wziąć
tańszy mundurek?
Drugim absurdem przegłosowanym kilka dni temu jest monitoring w każdej
klasie. Wspaniale, przejedzmy kolejny milion z rezerwy walutowej! W ciągu
samego tylko lutego o tyle właśnie się skurczyła. Czy naprawdę 38mln to
kwota rezerwy na miarę tej wielkości państwa tak ogromna, że można ją
bezmyślnie roztrwonić?!
Kiedyś radzono sobie bez tak radykalnych i kosztownych środków, a i
dziś są szkoły, w których problem chuligaństwa jest rozwiązany. Wymaga to
dużej energii od dyrektora i pracowników szkoły, ale sama kamera też niczego
nie załatwi i umiejętne interwencje i tak będą potrzebne. W podstawówce, którą
skończyłam, dyrektor nie przebierał w środkach. Większość chłopców, którzy
w gimnazjum zaczęli sprawiać straszliwe problemy wychowawcze, została
ujarzmiona przez odpowiednie nagrody i kary oraz sprawną kadrę pedagogiczną.
Historyk sprawił, że ci „źli” uczniowie znali historię Polski nie gorzej
od kujonów. Umiał ich zmotywować do nauki. Powszechną praktyką jest
ignorowanie pozytywnej aktywności trudnych uczniów. On natomiast czasem nawet
ich nieco faworyzował, nieznacznie, ale starał się, by czuli się docenieni.
Polonistka oglądała z najgorszymi chuliganami katalogi samochodów. Miała
spokój na lekcjach, a przy okazji trochę wiedzy im przemyciła, może do tej
pory pamiętają chóralnie powtarzane na prawie każdej lekcji „na-pewno,
przede-wszystkim, na-przykład, z-powrotem” i nie napiszą tego łącznie.
„Źli” uczniowie bardzo często okazują się wspaniałymi
rysownikami albo wykazują uzdolnienia muzyczne, czy aktorskie. Mieli okazję
sprawdzić się i zostać nagrodzonymi, podczas gdy w wielu szkołach są tępieni.
Nie powtarza im się, że „każdy jest geniuszem, tylko musi odkryć w sobie tą
zdolność, niekoniecznie to jest matematyka, czy język polski”, jak często
mawiała wicedyrektorka szkoły.
Nie na wszystkich działają takie metody. Dlatego dyrektor umiał też
zadziałać inaczej. Kiedy jeden z chłopców po raz kolejny pobił drugiego, usłyszał:
„jeszcze raz go tkniesz, a ci skopię jaja”. Rzecz obecnie karygodna, ale w
tym przypadku jedyna skuteczna. Działa na wyobraźnię. Nigdy więcej nie było
z nim problemów.
Do tego dyrektor robił nocne wypady na osiedle i zgarniał uczniów pijących
pod monopolowymi. Jeśli dowiedział się, że ktoś bierze narkotyki, wzywał
policję. Niestety, ale albo się wychowuje, albo olewa. Pedagodzy sami
doprowadzili do sytuacji, w której przestali być szanowani. Kiedy pozwala się
na wszystko i udaje się, że się nie widzi - nie może być inaczej. W innej
szkole, do której chodziłam, nauczyciele patrzyli w sufit. Tam dzieci wieszały
się wzajemnie na hakach w szatni, a raz calutka klasa zaćpała się na śmierć.
Oni nie widzieli, a to czego nie widać - nie istnieje, prawda? To lepiej nie być
nadgorliwym, a potem mieć kosz na śmieci na głowie i już w ogóle mieć
wszystko zasłonięte.
I tylko czasem zastosować jakiś pół-środek, który zamknie usta społeczeństwu.
Super.