"SZPITAL PSYCHIATRYCZNY, SZPITAL DLA INNYCH, SZPITAL DLA CZUBÓW,
SZPITAL DLA WINNYCH"*
Mró nie myślała wtedy o tym, że się nie uda i że wyląduje w
psychiatryku. Myślała raczej o tym, że będzie zimnym trupem i tego chciała ponad
wszystko. Dlatego połknęła 80 psychotropów i rtęć. Do tego trzy piwa na odwagę.
Chyba jednak źle zrobiła z tymi piwami. Bo zadzwonił chłopak gdy zdychała pod
drzewem w lesie. Bo coś jej nie dawało spokoju i przyczołgała się do domu. Potem
płukanko żołądka (brrr) i jednodobowy pobyt w zwykłym szpitalu. Ok. tydzień
później podcięła sobie żyły. Tym razem bez alkoholu. Bolało jak skurwysyn. Jakoś
doturlała się do łóżka i zasnęła z myślą, że się nie obudzi. Dupa. Następnego
dnia podkradła 150 tabletek w skład których wchodziły psychotropy, nasenne,
coś-tam na nadciśnienie, aspiryna itp. Ogromna większość na receptę. Potem trzy
piwka i wieczne palulu. I znowu się obudziła. Była tak wściekła, że wykrzyczała
matce iż musi dokupić sobie leki. Kilka dni później została obudzona wiadomością
iż jedzie do Warszawy na rozmowę z psychiatrą. I wtedy nadeszło ów okropne
przeczucie. No i stało się to, czego się bała. Opatrzność nad nią czuwała.
Mró nie cierpi Opatrzności. Jadąc do szpitala słuchała piosenki "This is my
destination". Nie wiedziała czyjego wykonania, w każdym razie było to to w
klimacie techno czy coś w tym stylu. Całkiem nienajgorsiejsze. Musiała wepchnąć
sobie pięści w oczy by się nie rozbeczeć jak małe dziecko. Mró i rodzinka
dojechała. Rodzinka, bo jechała z macierzą i bratem. Budynek prezentował się
całkiem nieźle. Stary, o ciekawym architektonicznym wykonaniu, pokryty
ciemnoczerwoną cegłą. Mimo iż przez całą drogę powtarzała, że ją tam zamkną i
nie ma bata by było inaczej, brat nie wierzył w jej zapewnienia. A Mró się bała.
Niby miała iść tylko na rozmowę z psychiatrą, bała się panicznie, że matka i
brat wrócą do domu bez Mró. Zapaliła papierosa, potem drugiego. I wlazła.
Okazała recepcjonistce dowód iście osobisty i kartę rencisty/emeryta (Mró od
razu pragnie wyjaśnić iż Mró zdecydowanie nie jest emerytką). Po jakimś czasie
mogła pogadać z młodą panią psychiatrą. No i co? Zakuli ją w szpitalną piżamkę,
twór jakiegoś krawieckiego bezguścia, i zaprowadzono siłą na oddział pierwszy
nie zważając na jej syki i warczenie. Przejrzano jej torbę. Musiała pożegnać się
z komórką, mp4 i dokumentami. Matka dała jej paczkę papierosów i se poszła.
Weszła (Mró, nie matka) do pokoju zabiegowego. Torba ponownie została
przejrzana. Mró siedziała napięta jak struna bacząc uważnie na to, co jej
aplikowano. Były to trzy dawki hydroxyzyny (kilka dni uczyła się tej nazwy). Gdy
wreszcie pozwolono jej (Mró, nie hydroxyzynie) opuścić gabinet udała się na
poszukiwanie palarni. Zawsze myślała, że to, co ludzie mówią o psychiatrykach i
to, co pokazują czasem w filmach to mit. Że tu wcale nie ma świrów, jedynie
nieszczęśliwi ludzie. Bardzo się myliła. Spotkała, oczywiście, schizofreników,
ludzi po próbach samobójczych, alkoholików. Takich z którymi można pogadać.
Niestety, stanowili dosyć małą część oddziału. Jeszcze nigdy nie widziała
wariatów, teraz miała 'zaszczyt' to zrobić. Był sobie np. około trzydziestoletni
facet. Podszedł do Mró i zapytał "czy masz orank". Ke? Po dłuższej chwili
zorientowała się, że zapytuje o sok pomarańczowy. Odparła, zgodnie z prawdą, że
nie posiada żadnego napoju. Podszedł do młodej dziewczyny, Magdy, i zapytał ją o
to samo. Jakież było zaskoczenie Mró gdy zaczęła go brutalnie ciągnąć przez cały
korytarz i wpakowała siłą na jego salę krzycząc przy tym "spierdalaj ch**, nie
mam nic dla ciebie!". I niemal wszyscy się tak do niego odnosili. Mró było go
bardzo szkoda. Nie miała jednak czasu na dalsze żale ponieważ wezwano ją na
powrót do zabiegowego. Siedziała tam inna pani psychiatra. Wypytała ją o kilka
rzeczy i oznajmiła, że tej nocy będzie spać na korytarzu O_o. Ke? "To się akurat
wyśpię", odparła Mró. Broniła się wszystkimi kończynami, niestety, ustawiono już
jej trumnę, tuż pod pokojem pielęgniarek. Zajedwabiście. Miała spać na
oświetlonym przez 24 godzin na dobę korytarzu wśród kręcących się tu i ówdzie
psychicznie chorych ludzi. Powodem tej tortury miał być napis w nawiasie obok
jej nazwiska na karcie przebiegu choroby (?). Brzmiał on 'desperatka'. Trzy
próby samobójcze w ciągu niespełna dwóch tygodni to desperacja? Chyba tak. Albo
cholerny niefart. Mró słucha teraz pewnej piosenki. "We must swallow all our
pride and leave this mess behind" czy jakoś tak. I przypomina jej się każda
chwila z pobytu tam. Kręciła się biedaczka jakoś do drugiej w nocy by
wreszcie położyć się spać. Obudziła się o 5.30. W palarni był Leszek (problemy
samobójczo-alkoholowe) i chora psychicznie starsza pani. Chuda jak wykałaczka.
Później Mró się dowiedziała, że siedzi tu już prawie pół roku. No tak. Mró
widziała posiłki. Widziała tylko bo jeść tego czegoś by nie zdołała. Mró czytała
ostatnio recenzję z sympozjum AM 2003 i sądzi, że mieliście o wiele lepsze
żarcie. No cóż, ktoś powiedział kiedyś coś z czym Mró musi się zgodzić, chodzi o
drogę jaką przebywa jedzenie: RESTAURACJA -> SKLEP -> SZKOŁA -> SAMOLOT
-> ŚMIETNIK -> SZPITAL. Na szczęście odwiedziła ją macierz wnosząc jadalną
strawę i jej ubrania. No i papierosy bo bez nich by tam na pewno nie wyrobiła. A
najgorsza w tym wszystkim jest myśl, że i tak musiałaby wyrobić. Albo by
uciekła. I tak by ją znaleźli. Tak jak tego faceta co w gazecie ostatnio był. Co
nawiał ze 'szpitala Mró', łaził po gzymsach gotując się do skoku.. Ta, jasne.
Jakby chciał to by od razu po wlezeniu tam krzyknął "dżeronimo!" i hop. Co
mogłaby jeszcze zrobić by tam nie siedzieć? Zabić się? I skończyłaby tak jak
jeden pacjent, chyba miał ze sto lat. Zacisnął sobie na szyi pasek od szlafroka.
Nie udało mu się i wylądował w izolatce. Nie na jeden dzień. Był w izolatce co
najmniej tydzień. Mró to wie, bo poprosił ją raz o poprawienie mu pościeli i jej
powiedział. Poprosił najpierw pielęgniarkę, ale chyba nie za bardzo się
kwapiła.
Co Mró chc przekazać w tym tekście? Chyba już wie. Na początku
chciała się wyżalić. Opisać swoje przeżycia. Ale coś się zmieniło. Chyba
tak.
Po wzięciu wieczornej dawki leków udała się do pokoju numer cztery,
czteroosobowego z resztą, walnęła się na wolne łóżko. Myślała, że się wyśpi. A
tu ci niespodzianka bo dyżurny lekarz postanowił inaczej. Dał jej wybór. Albo
jeszcze jedna noc na korytarzu albo dwie w ośmioosobowej sali. W sali ów
znajdowały się osoby bardzo chore. Mimo, że cela znajdowała się naprzeciw
rezydencji pielęgniarek, Mró się bała. A jeśli jakiejś pokręconej babci odbije i
zadusi ją poduszką? No ale jak, przecież to stare osoby. Poradzi sobie. Ale
przecież jak taka babcia wpadnie w furię to będzie mieć może nawet nadludzkie
siły, nie? Mró wtedy jeszcze tego nie wiedziała na sto procent. Później się
przekonała. I to na własnym przykładzie. Tak czy owak wybrała korytarz. Śrubka
(tak nazywaliśmy młodego pokręconego chłopaka) oświadczył iż będzie pilnował Mró
całą noc. Miał (miał to idealne słowo) chłopak werwę. Wcześniej przez cały dzień
biegał do personelu i opierniczał wszystkich za to, że nie chcą dać jej tej
głupiej czwórki. Obudziła się jakoś po piątej rano. W palarni był oczywiście
Leszek i starsza pani ze sporym stażem szpitalno-psychiatrycznym. Mró opisze
krótko Leszka. Bezrobotny facet po czterdziestce. Dużo pił. No i gdy siedział
samotnie w domu pijany pomyślał sobie, że ma dosyć. Wziął prochy i palulu. Ale
ktoś go znalazł i wylądował tutaj. Nie pierwszy raz. A starsza pani? Bardzo
chora osoba. Skoczyła z ósmego piętra. Przeżyła. I trafiła tutaj. I będzie
siedzieć jeszcze długo. Może nawet do końca życia. Wyglądała bardzo wiekowo.
Później Mró się dowiedziała, że jest po pięćdziesiątce. No i Śrubka.
Dwudziestodwuletni chłopaczek, który nazywał Mró swoim słoneczkiem, szpitalną
dziewczyną. Który nie mógł chwili usiedzieć w jednym miejscu i nie gadał tylko
wtedy gdy spał. Smutna historia. Nie on jej ją opowiedział. Jego matka to
zrobiła. Mówiła ze łzami w oczach. Że miał dziewczynę, którą bardzo kochał.
Dawał jej wszystko co chciała, nieba przychylał. Mówiła, że jeździ za granicę do
rodziny. Jak się to skończyło? Wycyckała go z ostatniego grosza i rzuciła.
Później dowiedział się, że jeździła do Niemiec dawać dupy za pieniądze. I Śrubka
się załamał. Zwariował. Gdy trafił do psychiatryka (sześć dni przed Mró) był
jeszcze w miarę normalny. Ale szpitalny klimat i leki zmieniły go nie do
poznania. I gdy za bardzo wkurzał Mró gadaniem o niczym odburkiwała mu, żeby dał
jej spokój, siadał w kącie i mówił, że jego Monika niedługo go odwiedzi i
zabierze stąd. Ciekawe czy nadal jest w szpitalu. W każdym razie ostatniego dnia
pobytu Mró tam jego stan bardzo się pogorszył. Trafił pod kroplówkę i majaczył.
Jakoś na początku czy w środku tekstu Mró wspomniała o wariatach, o Magdzie i
trzydziestoletnim facecie. Świrem nie była ona lecz ten facet. Andrzej, nazywany
Parówą lub Kleptomanem. Dlaczego niemal wszyscy go tak traktowali? Mró pytała o
to wiele razy aż w końcu sama zrozumiała. Kradł po szafkach. Nie pieniądze i
inne drogocenne rzeczy lecz jedzenie i napoje. Nikt go nigdy nie odwiedzał.
Można pomyśleć "więc co z tego, niech ma chociaż to, co podwędzi albo
podrzucajcie mu coś czasem". I też tak myślała i Mró i wszyscy inni. Ale on
robił o wiele więcej wkurzających rzeczy, m.in: (jeśli ktoś nie ma mocnych
nerwów i silnego żołądka niech lepiej nie czyta tego kawałka) srał na korytarz.
Właził na cudze łóżka, zasypiał i robił pod siebie. Masturbował się i potem
chodził dzierżąc w dłoniach kubek z wiadomą zawartością chcąc by mu dolano do
tego soku. Wykonywał, ekhem, ciekawe gesty przy co atrakcyjniejszych kobietach i
młodych facetach. Zwłaszcza przy Mró (młodym facecie ;p) i przy Grześku
(atrakcyjnej kobiecie ;p). Pewnie mimo ostrzeżeń przeczytały to nawet osoby,
które mają słaby żołądek, więc Mró nie ma wyrzutów sumienia zamieszczając tego
typu rewelacje. Może nadal nie są to aż takie znowu powody by kogoś bić i nań
wrzeszczeć. Jednak pobyt w takim szpitalu, ta niemożność zrobienia rzeczy, które
by się chciało zrobić (choćby wypicie piwa), arogancja i brak zainteresowania
pielęgniarek, prawie całkowita nieobecność lekarzy (od poniedziałku do piątku
siedzą kilka godzin, z lekarzem przez cały czas pobytu Mró rozmawiała - uwaga! -
całą godzinę) wzbudza w człowieku złość. Bardzo silną złość, którą z resztą
trzeba tłumić by nie trafić w kaftan. Ale czasem coś pęka. Puszcza tama i ma się
ochotę kogoś bić tak długo aż wyzionie ducha. I któż najlepiej nadawał na kozła
ofiarnego? Osoba najbardziej wkurzająca, obleśna i bezbronna (poruszał się jak
mucha w rosole). Czasem szedł na skargę do pielęgniarek. "Uderzył mnie taki
jeden, czaszka mnie boli, o tu". Mró była przy tym. Co na to pielęgniarka? "I
dobrze ci tak, po co kradłeś?". Czyż to nie przyzwolenie? Wywalił raz całą
szafkę Mró na środek pokoju. Ukradł jedzenie, które kosztowało matkę Mró bardzo
drogo. Miarka się przebrała. Rzuciła się na niego z pięściami (Mró, nie matka).
Biła na oślep. Kopała. Widziała, że Parówa nie może złapać tchu. Biła dalej. I
tak codziennie. Kilka razy dziennie. To była furia. Wyładowywała się a potem
nerwowo śmiała. Myślała, że tak jak Śrubka, zaczyna wariować. Nazwijcie ją
bestią. Jak można bić chorą psychicznie biedną osobę? Z biegiem czasu Mró
zaczyna coraz bardziej tego żałować. Jak i wielu innych rzeczy. Ale czemu akurat
Mró szlag trafił? Czemu nawet rosły Grzesiek go tak nie traktował? A propos
Grześka. Jego historia w skrócie: bogata chata, duże wymagania. Uciekł z domu
jako nastolatek, żebrał na ulicy. Potem wrócił na łono rodziny. Skończył liceum,
poszedł na studia, tak jak rodzice chcieli. Dwa kierunki, praca. Wyrabiał
dziennie o wiele więcej godzin niż miała doba. I coś w nim pękło. Zrobił imprezę
pożegnalną. Wielką, kilkudniową. Opowiedział wszystkim, że jedzie na kontrakt do
Moskwy, kupił nawet bilety. O drugiej w nocy zamykano lokal, więc planował od
razu potem udać się do Mariotu i 'wyjechać'. Ale pijanego zaciągnięto jeszcze na
domówkę, więc wylądował w pokoju hotelowym dopiero o ósmej rano. Połknął sto
tabletek wykorzystywanych w Holandii w celu dokonania eutanazji. Ale trochę
wyrzygał. Wszedł do wanny i zaczął ciąć żyły. Zasnął w trakcie. Obudził się w
szpitalu. W sumie wydał na bilet na tamten świat ok 22 tysiące złotych. Mró
nawet nie może sobie wyobrazić jego miny gdy się obudził i nie wie czy chciałaby
ją zobaczyć. A Magda, dziewczyna w wieku Mró? Wyszła ze szpitala kilka dni przed
Mró. Siedziała tam ponad miesiąc. Próby samobójcze. Powinni ją wypuścić
wcześniej, taka roześmiana i pełna planów, ale zrobiła coś czego potem trochę
żałowała. Ale tylko trochę. Chciała przekonać się "jak to jest". Zbiła szklankę
i zaczęła ciąć ręce. Dopadły ją pielęgniarki i sanitariusze, poszła w pasy. Tzn.
przywiązali jej nogi i ręce do łóżka. Ponoć tak mocno, że krew prawie doń nie
dopływała. Ale jakoś się wydostała, wsadzili ją w kaftan i do izolatki. Co
zrobiła, żeby wyjść z kaftana? Przed całym 'zabiegiem' wyjęła ze spodni agrafkę
i wsadziła do ust. Podobno czterech obserwujących ją zza szybki sanitariuszy
miało ciekawy wyraz twarzy gdy pokazała im żelastwo na języku uśmiechając się
przy tym tryumfująco. I tych czterech chłopa nie dało rady odebrać
dziewiętnastoletniej dziewczynie jednej agrafki. Bojąc się, że ją połknie,
zdjęli kaftan. Poszła w baleron (położyli ją siłą na łóżku i owiązali dokoła
pasami). Leżała tak całą noc z trudem łapiąc oddech. Cała ta sytuacja opóźniła
jej wypis ze szpitala. Mró myśli jednak, że każdego w miarę normalnego osobnika
przebywającego w takim miejscu korciłaby myśl "jak to jest siedzieć w
kaftanie?". Przynajmniej z Mró i Magdą tak było. Jednak ta pierwsza prawie od
razu postanowiła jak najmniej odwalać by jak najszybciej opuścić ten nieszczęsny
przybytek. Udało się, wyszła po jedenastu dniach. Gdyby zsumować czas pobytów
Mró w psychiatrykach były by to niecałe trzy tygodnie. Tak, Mró znajdowała się
już kiedyś w 'trochę innym miejscu'. Gdy miała dwanaście lat. Ale nie ma po co
tego opisywać bo Mró była wtedy tak zaćpana prochami uspokajającymi, że prawie
nic nie pamięta. Może powiedzieć tylko tyle, że tam chyba nie było wariatów,
oprócz Mró rzecz jasna ;). Mró czytała cały ten tekst kilka czy kilkanaście
razy. I chyba gubi gdzieś sens. Trzeba „wziąć się w garść, stanąć na nogi,
przejrzeć na oczy”. Łatwo powiedzieć. Mró sądzi jednak, że to nie pomoże
facetowi, który skoczył do Wisły razem ze swoją matką. On przeżył i trafił
tutaj, jej ciała nadal nie odnaleziono. Mró nie gadała z nim długo, miała już
wypis. Pożegnała się z kilkoma osobami i wyszła na wolność. Było cholernie zimno
i równie cholernie przyjemnie. Jak dobrze!
Co nauczył Mró pobyt w
szpitalu? Mró wie, ale nie powie, przynajmniej nie bezpośrednio. Jeśli macie
problem to się tam zainstalujcie. Nie pomogą Wam rozmowy z lekarzami ani leki.
Ale może pomoże Wam sam pobyt w takim miejscu, widok ludzi o wiele bardziej
pokrzywdzonych przez życie. Idźcie tam i nabierzcie siły. Może przy okazji
użalania się nad własnym losem zdołacie komuś pomóc? To chyba właśnie jest cel
tego tekstu. Może z niego wyciągniecie to, co Mró chciała przekazać. To tyle,
gasimy. Trzeba ustawić się w kolejce po leki.