Alkobiografia


Gdy siedziałem na balkonie, to widziałem samochody, samoloty i domy. Odkryłem prawidłowość, że w każdym jadącym samochodzie, siedzi przynajmniej jeden człowiek. Spojrzałem na niebo i zobaczyłem błąd w systemie, bo samolot przeleciał za księżycem. Wtedy właśnie zrozumiałem, że nie mam celu w życiu. Oczywiście poza piciem. Deja vu mi się włączyło, co jest teraz, to już było i znów nie ma nic. Ludzie żyją, czas upływa, trybią tryba, co za kiła. Chciałbym by się coś zmieniło, bym mógł lepiej żyć. Nagle poczułem, że w moim życiu daremnym coś dzieje się! Ruszyła maszyna po szynach, ruszyło me życie do przodu, przestałem się włóczyć po barach, przyniosłem alkohol do domu. Piłem piwo na balkonie, piłem wino w kuchni i waliłem wódkę w salonie. Nagle heca i ambaras, współlokatorzy wrzeszczą naraz: "Zarzygałeś cały taras!" Było mnie trzech, dwóch pijanych jak wieprz, a trzeci pod stołem leżał. Padłem na twarz, bowiem chciałem iść spać lecz sił by dojść do łóżka nie było już. Pomyślałem, że tu będę musiał wyspać się, skulony jak pies, zwalony z nóg. Szybko przyszedł sen, przyszedł i był zły, bo śniło mi się, że zapiłem się na śmierć. Ale był nierealny, bo wypiłem tylko litra pół i jeszcze ćwierć.

Wpadłem w ten stan i by wydostać się nie było szans ani krzty. Suszyło mnie, wypiłem butelki dwie i ćwiartki trzy. Patologia to czy chorobą by to zwać? Według mnie, to jeden czort. Gdy usiadłem, to już nie mogłem z miejsca wstać. Raz nawet bym z balkonu spadł na twarz. Chciałbym przestać pić i na nowo zacząć żyć, lecz tak łatwo nie da się. Póki alkohol na stanie, a pod ręką flaszki dwie, to muszę pić. I nie pojmiesz tego, skąd biorę pieniądze na alkohol, skoro nie mam nawet na chleb. Sam dziwie się, że przychodzi to tak łatwo, a jeszcze łatwiej upłynnia się. W gardle wódka jak woda, wino jak ambrozja, a piwo jak pitny miód. Zresztą miód piłem też, nawet kopło mnie fest, rano dopadł mnie ogromny kac. Czystą chciałem zabić go, lecz pogłębił tylko się. Nie wiedziałem co z tym zrobić mam. Myślałem, że to koniec już i że kac ten zabije mnie. Lecz nie mogło by się tak stać, bo on nie był mocny tak, jak ten gdy wychyliłem żołądkowe dwie.

Ratujcie mnie, bo promile mi spadają na łeb, na szyję! Nie mam co pić, odechciewa się żyć. Sami widzicie jak ciężko jest. Do baru iść, po to by gwoździa wbić, chyba nie za bardzo jest sens. Niech skoczy ktoś i przyniesie mi coś, a najlepiej butelki trzy. Na śniadanie, na obiad i na kolację muszę przecież coś mieć. Śmiać wam się chce, czy litość was bierze? Dajcie mi pić, bo ja chcę pić. Co was obchodzi, jak ja żyję? To mnie się nie układa, nie wam. Nie patrzcie tak, jak bym zabić was chciał, bo ja przecież zabijam się sam. Z balkonu na was sram! Widzę samochody, samoloty i domy, a wszystko parami lub po trzy. To zależy ile procentów we krwi mam, a ile w powietrzu wydychanym. Błąd w systemie, flaszka skończyła się, więc kończę żyć. Idźcie precz! Wasze zdrowie, psia wasza mać! Psia wasza krew! Nie chcę z wami pić.



Autor: Leniwiec
l.e.n@wp.pl