14
maj 2007


kontakt

Strona - 07 - Solidarni z Jamajką...

Solidarni z Jamajką...

Dokładnie rok i dziesięć dni temu, czyli niedługo przed wyborami prezydenckimi na Białorusi, w Warszawie odbył się koncert pt. „Solidarni z Białorusią”. Śmietanka białoruskojęzycznych artystów, głównie weteranów, wykonała utwory swoje, polskie „klasyki” we własnej mowie, a także w paru (bodaj czterech) utworach wsparły ich ze swoimi piosenkami polskie gwiazdy. O dziwo mimo wyraźnego nastawienia na masowego widza, koncert nie wypadł źle. Głupotki wygadywane przez co niektórych zapowiadających występy werbowanych głównie z grona bezmyślnych, gówniarskich, serialowych aktorzyn (wiadomo - rewolucyjny lans!) nie zaważyły zbytnio na całokształcie.

Zresztą po reakcjach publiki poznać można było, że to oni jedynie znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, nie na odwrót. Tłum zagranicznym gościom zgotował gorące przyjęcie, nie byli to przypadkowi ludzie, tylko prawdopodobnie te samo kilka tysięcy, które w kolejnych dniach, przede wszystkim 19 i 25 marca spotykało się na demonstracjach pod ambasadą na Wiertniczej. Cel został tym bardziej osiągnięty, że o akcji usłyszano za wschodnią granicą, niektóre białoruskojęzyczne wykonania polskich przebojów (jak „Autobiografii”) zrobiły tam niezłą karierę. W tym roku w gronie mińskich melomanów o akcji było równie głośno, tylko już niestety w całkiem inny sposób, i o ile rok temu muzycy wracali do kraju z lękiem o represje ze strony reżymu za tak ostry, polityczny występ, to teraz wracali zapewne głównie z obawą przed reakcją fanów.

Nie bez powodu. Udziału w przedsięwzięciu wcześniej odmówiła znaczna część białoruskich muzyków, żeby wymienić tu na ten przykład Kasię Kamocką, poetkę, barda, kompozytorkę, wokalistkę zwaną przez opozycję „rockową księżniczką”, czy najbardziej cenionego i poniekąd jedynego liczącego się białoruskiego hip-hopowca Krou. Był to ich gest dezaprobaty wobec programu, jaki zaproponowali w tym roku organizatorzy. Programu w którym mieliby posłużyć za samo przybranie do głównego dania, którym mieli być Sidney Polak, Kayah, i inne postacie polskiej estrady z problemem białoruskiej opozycji mający tyle wspólnego, co pseudokibol z malarstwem impresjonistycznym (i nie chodzi mi o bazgranie sprayem „huj” na ścianie).

Z początku pomysł był taki, by muzycy wykonali w swoim języku utwory Boba Marley'a. Nie wiem, czy to jakaś fanaberia, prywatny „schizz” organizatorów, czy raczej zwyczajna głupota. Przynajmniej z tego, co zauważyłem, nie tylko ja dostawałem wytrzeszczu gałek ocznych, kiedy na telebimie pokazywała się facjata Marley'a i wielki napis „niepodległość” (czy Ci ludzie w życiu słyszeli coś o poglądach Boba?!)... Ale nawet to byłoby do zniesienia, gdyby nie nagła zmiana planów. Odstąpiono od pomysłu śpiewania po białorusku. Teraz Marley miał polecieć z oryginalną liryką, Polacy swoje, a mową rodu Krywiczów miał podczas całego koncertu wybrzmieć tylko jeden utwór („Ja naradziusia tut”). Czas jeszcze bardziej zweryfikował te druzgocące informacje, w efekcie Białorusini zdegradowani zostali do pełnienia funkcji w chórkach, ew. krzątania się bez celu po scenie jak np. Pomidor (wiecie, ten brodaty, podstarzały pajac w czerwonym t-shircie z Che Guevarą). Pierwsze skrzypce zagrali festyniarz Sidney Polak z przebojem o tym, jak się pije tu na wschodzie, rasta-chłopcy z Vavamuffin, którzy nawet nie mogli się powstrzymać od tego, by nie zareklamować ze sceny swojego nadchodzącego koncertu w Stodole, Kayah, przemawiająca z takim przejęciem, że więcej uczucia włożyłbym w czytanie na głos instrukcji obsługi magnetowidu, bracia Mroczkowie, i inne osobowości zapewne "Tańca z gwiazdami", "M jak Miłość", czy innych mózgojebnych produkcji telewizyjnych, o których Bohaterach pojęcia nie mam.


Gwiazdy najwyższego formatu naszych wschodnich sąsiadów potraktowane zostały jak ostatnie parobki, jeszcze rok temu rozkręcali tę „imprezę”, teraz mieli kilkusekundowe wejścia między jedną a drugą zwrotką śpiewaną przez Kaję. Dla białoruskiego widza musiało to być uwłaczające. W istocie było też dla mnie i tych, którzy zainteresowani koncertem (a raczej tym, co wyrażał tylko jego tytuł), przybyli w Święto Niepodległości Białorusi na Stare Miasto. Współorganizatorzy przerzucali winę na TVP, która rzekomo miała naciskać na taki, a nie inny kształt koncertu. Jan Kręcik (inicjatywa Wolna Białoruś) miał tłumaczyć: „telewizji zależy na tym,by zebrać przy telewizorach jak najwięcej widzów, a z białoruskimi muzykami ich nie zbierzesz”. Co za bzdura?! Jeśli rok wstecz dokonano tego, to czemu tym razem miałoby się nie udać? Tym bardziej że wtedy postawiono pierwszy, najtrudniejszy krok. Oni próbują nam powiedzieć, że przeciętnemu „zjadaczowi chleba” robi wielką różnicę, czy będą grane piosenki Marley’a, Izraela, innych polskich undergroundowych formacji, czy NRM-u? Albo z kolei słuchacz wspomnianych zespołów jak w telewizorni usłyszy koncert białoruskich artystów z tego samego gatunku, to z niesmakiem, ze zgrzytem zębów przełączy, stwierdzi to nie dla niego?...

Co gorsza, Ci ludzie najwyraźniej zapomnieli, do czego powołana została telewizja publiczna. Gdybym chciał produkcji bijących się o widza, mam od tego media prywatne, utrzymujące się z reklam, działające na zasadach wolnorynkowych (choć wiadomo, że w realiach polskich i przypadku koncesjonowania mediów elektronicznych, okrasić trzeba to było cudzysłowem). Tymczasem telewizja - za przeproszeniem - publiczna powołana została do pełnienia tzw. „misji”, której wyznacznikiem nie jest statystyka oglądalności, a intelektualna wartość propozycji programowej. Jest to nieuczciwe nie tylko wobec gości, których zaproszono, ale przede wszystkim wobec nas, płacących regularnie podatki. To nam się opowiada bajki o „misji”, nią usprawiedliwia zatrudnienie w TVP 6,8 tys. ludzi (za – podkreślam – NASZE pieniądze), podczas kiedy taki Polsat utrzymuje swoje wszystkie programy zatrudniając jedynie 220 osób (za swoje, prywatne środki). To tą „misją” argumentuje się potrzebę istnienia mediów publicznych, po czym gdy przychodzi do czynów, okazuje się, że zasadą naczelną jest jednak - jak w przypadku mediów prywatnych - oglądalność.

To nie Białorusini, tylko Kayah, Staszczyk, Polak, Mroczkowie i inni okazali się głównymi benificjentami przedsięwzięcia z 25 marca 2007. Bez owijania w bawełnę trzeba powiedzieć, że to Ci ludzie z błogosławieństwem organizatorów (dobrowolnym, bądź motywowanym cichą łapówką), wytarli sobie gębę sprawą Białorusi, dla własnego lansu, podwyższenia popularności, poprawienia wyników głosowań sms-owych w tefałen, sprzedaży płyt, poprawienia frekwencji na koncertach itd. itd. Odmóżdżone małolaty z MTV zamiast mózgu, czy stare pierdziele zapatrzone w „Taniec z gwiazdami” pewnie nie, ale ludzie myślący bez wątpliwości to dostrzegli, i mam nadzieję, że Wam tego nie zapomną!

Autor: Tomek  

   
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)